Turcja (Kurdystan) zima 2014 | tamBylscy.pl - historia naszych podróży.

Turecki Kurdystan 2014 - logistyka podróży

Lutowa wyprawa do tureckiego Kurdystanu była naszą pierwszą objazdową podróżą realizowaną bez samochodu. Czas na małe podsumowanie organizacji logistycznej – transportu, noclegów i wszystkiego, co musieliśmy ogarnąć w czasie pobytu w południowo-wschodniej Turcji.

Turcja południowo-wschodnia, podsumowanie (poprzedni wpis: Berlin, East Side Gallery). Objazdowe wyprawy nie są dla nas żadną nowością, od kilku lat tym stylem podróżujemy po całej Europie, głównie podczas wakacyjnych wojaży na południowe zakamarki starego kontynentu. Ale tym razem zmieniliśmy styl – do Turcji dolecieliśmy samolotem, a 9 dni później mieliśmy odlecieć z miejsca oddalonego o nieco ponad 900 km – najkrótszą drogą. Nasza jednak droga pomiędzy tymi miastami nie była tą najkrótszą – jej rzeczywista długość wynosiła 1670 km, nie licząc kilometrów zrobionych podczas zwiedzania atrakcji dookoła Hatay, Sanliurfy i Van. Pomiędzy Adaną (start) i Van (meta) organizowaliśmy się „transportowo” bez posiadania samochodu, zakładając przede wszystkim przejazdy transportem publicznym.

Turcja 2014

Turcja 2014 (nie do końca dokładna trasa naszego przejazdu)

O tym, że pojedziemy do Turcji drugi raz, wiedzieliśmy już przed wyjazdem na nasz pierwszy, wakacyjny pobyt w Turcji latem 2013 r. Szukając informacji na temat tego kraju na potrzeby letniego wyjazdu, doszliśmy do wniosku, że oprócz tej bardziej cywilizowanej, zachodniej części, musimy też zobaczyć tę rzadziej uczęszczaną, wschodnią, przy granicy z Syrią czy Iranem. Byliśmy tak silnie do tego pomysłu przekonani, że już w czerwcu ubiegłego roku mieliśmy kupione bilety na lutowe loty (jeśli myślicie, że to ogromne wyprzedzenie, to informujemy, że na luty 2015 r. bilety lotnicze mamy kupione już od kilku tygodni, a dopiero zaczyna się maj :-)).

Oczywistość, na którą długo przy planowaniu wyjazdu nie zwracaliśmy uwagi, a która „olśniła” nas dopiero jakieś 2 tygodnie przed wylotem, to pora roku, w której wyjeżdżamy. Otóż pierwotny plan zakładał przemieszczanie się pomiędzy poszczególnymi miastami: AdanaHatayGaziantepSanliurfaDiyarbakirMidyatMardinDogubeyazitVan w cyklu: rano wymeldowywujemy się z hotelu, idziemy na autobus, dojeżdżamy do kolejnego miasta, zwiedzamy zaplanowane atrakcje, śpimy w hotelu i rano tak samo do kolejnego miasta.

Zapomnieliśmy tylko, że jedziemy w lutym, czyli że… dni są o wiele krótsze, a ściemniać zaczyna się w okolicach godz.17-tej. W związku z czym w wymyślonym przez nas cyklu do kolejnych miast dojeżdżać będziemy koło godz.13-14 lub nawet później. I zanim znajdziemy hotel i się w nim zameldujemy, to może już nic nam nie zostać na zwiedzanie… Szybko więc musieliśmy przestawić plany na cykl: wyjeżdżamy z aktualnego miasta po południu, dojeżdżamy do kolejnego wieczorem, szybki wieczorny spacer „zapoznawczy”, spanie, a rano do popołudnia właściwie zwiedzanie. W tym cyklu na zwiedzanie z reguły mieliśmy (uwzględniając wcześniej śniadanie w hotelu) godziny 8-16, czyli już spokojnie da się coś zobaczyć. Warto o takich niuansach pamiętać, niby różnica w cyklu jest kosmetyczna, ale jaka różnica w czasie dostępnym na zobaczenie świata, w którym przebywamy.

Loty

Turcja ma silnie rozwiniętą sieć lokalnych, krajowych lotnisk, do których prawie zawsze można dolecieć z Ankary lub Stambułu. Zdecydowanie najpopularniejszym przewoźnikiem na krajowych trasach wewnątrz Turcji jest Pegasus, który od czasu do czasu robi dość atrakcyjne promocje – i na taką właśnie promocję trafiliśmy w czerwcu – za loty krajowe płaciliśmy po 29,99 TL (trochę ponad 45 zł) za osobę w jedną stronę.

Lotnisko w Adanie

Lotnisko w Adanie

Lotnisko w Van

Lotnisko w Van

A że Pegasus dolatuje także do Turcji np. z Berlina, to skompletowaliśmy na jednym bilecie trasy:

  • Berlin – Stambuł – Adana
  • Van – Stambuł – Berlin
Pegasus ma bardzo młodą flotę, co oznacza nowe, dobrze wyposażone wersje samolotów

Pegasus ma bardzo młodą flotę, co oznacza nowe, dobrze wyposażone wersje samolotów

Trasy pomiędzy Berlinem a Stambułem nie były już żadną promocją, ale jeden bilet w jednej linii ma swoje plusy, o których większość pewnie już wie. Ważne było też to, że pomimo że Pegasus jest tanią linią lotniczą, to w cenie biletu jest bagaż rejestrowany. Na liniach międzynarodowych limit wagi to 20 kg, na liniach krajowych 15 kg – ale jeżeli lecicie na jednym bilecie lotem międzynarodowym, a potem przesiadacie się na lot krajowy – także na tym drugim obowiązuje limit 20 kg na osobę.

Z lotami nie było żadnych niespodzianek ani negatywnych odczuć, wszystko raczej w standardzie, pomijając specyficzny klimat podróżowania w samolocie pełnym tureckich rodzin z dziećmi. Ale to też nic negatywnego. Samoloty na lotach krajowych (oba) leciały z pełnym obciążeniem pasażerskim, wypełnione na „full”.

Jedyną niespodzianką był… brak naszego bagażu po przylocie do Adany. Ale dość szybko okazało się, że został przewieziony z terminala krajowego na międzynarodowy, gdzie jako przybywający z zagranicy musiał przejść kontrolę celną. Po niewielkim zamieszaniu podstawiono nam busa, który wygodnie zawiózł nas do tegoż terminala po bagaż.

Hotele

Jako że lądowaliśmy w Adanie późno w nocy (przed północą), pierwszy nocleg w tym mieście zarezerwowaliśmy sobie przez internet jeszcze z Polski. I to miał być jedyny nocleg „robiony” przez internet, reszty mieliśmy sobie szukać w każdym kolejnym mieście już na miejscu. Ale w praktyce zrobiliśmy tak tylko raz – w kolejnym po Adanie odwiedzanym mieście – w Hatay, a potem zrezygnowaliśmy z tej strategii, żeby nie tracić w krótkie lutowe dni dodatkowo czasu na szukanie hoteli i negocjowanie cen z właścicielami. Wygoda wygrała. Aczkolwiek nie szukaliśmy po kryterium standardu, podstawowym czynnikiem pozostała cena i bliskość centrum. I tak po kolei:

  • Adana – wynajęty przez internet Unver Hotel, polecany w sieci, a nawet przez Lonely Planet jako „budżetowy” okazał się całkowitą klęską. Pokój przypominał krajobraz po bitwie, dziury po śrubach w ścianie, odpadające klamki, półtora (dosłownie) wieszaka w szafie i przede wszystkim: lodowata woda w kranach i pod prysznicem (ciepła poleciała po ok.10 minutach czekania) i totalny brak ogrzewania w pokoju (temperatura w nocy w lutym spada do lekko poniżej zera), strasznie biedne śniadanie rano – to wszystko sprawiło, że Turcja przywitała nas trochę koszmarnie; Nie wart swojej ceny (ok.90 TL za noc za 2-osobowy pokój);
  • Hatay (Antakya) – jedyne miasto, gdzie w nocy szukaliśmy na własną rękę hotelu. W samym centrum znaleźliśmy Mozaik Hotel, gdzie najpierw zaśpiewano 190 TL za noc, by ostatecznie zjechać do 120 TL (na setkę już nie poszli, nie pomogło nawet ostentacyjne wyjście z hotelu podczas negocjacji :-)). Standard zdecydowanie wyższy – ciepły pokój i ciepła woda uczyniły z nas szczęśliwych ludzi. Tylko telewizora obsłudze nie udało się uruchomić…;
Hatay, Mozaik Hotel

Hatay, Mozaik Hotel

Hatay, Mozaik Hotel

Hatay, Mozaik Hotel

Hatay, Mozaik Hotel

Hatay, Mozaik Hotel

  • Gaziantep, Yunus Hotel

    Gaziantep, Yunus Hotel

    Gaziantep – Yunus Hotel, który rozczulił nas swoimi obrobionymi pieczołowicie w Photoshopie zdjęciami na Booking.com – jest tam zdjęcie wolnostojącego budynku hotelu, podczas gdy w rzeczywistości jest on gęsto otoczony innymi hotelami :) Ale poza tym, bardzo przyzwoity standard, dobre śniadanie, no i położony w sercu starej dzielnicy miasta. Cena noclegu to 70 TL za pokój;

  • Sanliurfa – położony bardzo blisko Gölbasi Parki i jeziora z karpiami Balıklı Göl hotel Urhay Hotel, w zasadzie bez absolutnie żadnych zastrzeżeń. Plusem niezwykle widowiskowy kamienny budynek oraz wewnętrzny dziedziniec. Koszt noclegu to 100 TL za pokój;
  • Diyarbakir – bardzo przyjemny Köprücü Hotel przy samej granicy starówki w Diyarbakir, bez absolutnie żadnych zastrzeżeń, koszt noclegu: 80 TL za pokój;
  • Midyat – Shmayaa Hotel, zdecydowanie najlepszy hotel (choć i nie najtańszy, ale warty ceny), w jakim spaliśmy podczas całej podróży. Usytuowany w 1600-letnim pałacu, odnowionym kilka lat temu, z niezwykle klimatycznymi pokojami i łazienkami w wysokim standardzie (ogrzewanie podłogowe w lutym – mniam). No i to śniadanie – jedyne prawdziwe tureckie śniadanie, jakie zjedliśmy kiedykolwiek w Turcji. A miejscówka ? Serce starej dzielnicy Midyat. Rewelacja, jedyny minus to brak parkingu. Pokój za 130 TL, choć w sezonie zapewne jest dużo droższy;
Midyat, Shmayaa Hotel i nasza (wypożyczona w Diyarbakir) Fiesta przed nim

Midyat, Shmayaa Hotel i nasza (wypożyczona w Diyarbakir) Fiesta przed nim

Midyat, Shmayaa Hotel

Midyat, Shmayaa Hotel

Midyat, tureckie śniadanie w Shmayaa Hotel

Midyat, tureckie śniadanie w Shmayaa Hotel

  • Mardin – także nie najtańszy, ale świetnie usytuowany prawie przy głównej ulicy starego miasta hotel Antik Tatlidede Konagi, ze świetnym tarasem i widokiem na twierdzę. Jedno miejsce parkingowe na cały hotel (!), śniadanie w normie, koszt noclegu 110 TL za pokój;
  • Van – Mirva Hotel, ostatni nasz nocleg w Kurdystanie, zarezerwowany zmodyfikowaną metodą – sprawdzona cena na Booking.com, bez rezerwacji – i podejście do hotelu z pytaniem o cenę pokoju. Cena na miejscu okazała się niższa niż na Booking.com, nocleg kosztował nas 90 TL. W samym sercu miasta. Standardowo – czyli nie zapamiętaliśmy ani większych plusów, ani minusów. Ale że hotele są od spania, a nie od zapamiętywania – polecamy.
Mardin, hotel Antik Tatlidede Konagi i jego jedyne miejsce parkingowe, a na nim nasza Fiesta

Mardin, hotel Antik Tatlidede Konagi i jego jedyne miejsce parkingowe, a na nim nasza Fiesta

Mardin, taras hotelu Antik Tatlidede Konagi

Mardin, taras hotelu Antik Tatlidede Konagi

Mardin, hotel Antik Tatlidede Konagi

Mardin, hotel Antik Tatlidede Konagi

Autobusy

Autobusy publiczne od początku miały być i były podstawowym środkiem naszego transportu po południowo-wschodniej Turcji. To chyba „narodowy” środek transportu Turków na dalszych odległościach (na mniejszych królują oczywiście dolmusze, czyli mniejsze busy). Każde odwiedzane przez nas miasto posiadało swój, z reguły bardzo rozbudowany dworzec autobusowy („otogar”), co ciekawe umiejscowiony najczęściej daleko poza centrum miasta, także do samego dworca trzeba czymś z centrum dojechać – najtaniej dolmuszem, ale taksówki często są wygodniejsze, a i niespecjalnie drogie.

Sama organizacja transportu autobusowego w Turcji jest dość specyficzna, i po prostu musieliśmy się jej nauczyć, co już w chwili próby pierwszego wyjazdu (Adana – Hatay) kosztowało nas trochę pieniędzy i kilka godzin stania na dworcu. Ale o tym za chwilę, na początek fundamentalna sprawa: w Turcji nie ma jednego państwowego PKS-u – na dworcach z reguły jest kilkadziesiąt zatoczek (peronów), a każdy „na sztywno” przypisany jest jednej z wielu operujących w różnych kierunkach prywatnych kompanii autobusowych. Kupując bilet kupuje się go od określonego przewoźnika (nie da się pojechać innym) i na określoną godzinę. Na bilecie podany jest też peron, z którego autobus odjeżdża. Bałagan polega na tym, że żaden dworzec autobusowy nie ma jednego, wspólnego rozkładu jazdy – każdy przewoźnik ma swój własny, tylko dla swoich autobusów i swojego peronu. Jak się odnaleźć w tym bałaganie ? Napiszemy za chwilę.

Adana, dworzec autobusowy

Adana, dworzec autobusowy

Adana, dworzec autobusowy, pożegnanie poborowych

Adana, dworzec autobusowy, pożegnanie poborowych

Adana, dworzec autobusowy, pożegnanie poborowych

Adana, dworzec autobusowy, pożegnanie poborowych

Wracając do naszej nauki „obsługi” tureckich autobusów. Otóż przez obsługę hotelu w Adanie zostaliśmy skierowani do biura turystycznego w centrum, które sprzedawało (jako pośrednik) również bilety autobusowe. Kupiliśmy je sobie wygodnie rano na autobus o godz.17-tej i niczym nie zaniepokojeni udaliśmy się na zwiedzanie miasta.

Na dworzec dojechaliśmy grubo przed godziną odjazdu autobusu (16:15), grzecznie poczekaliśmy, tyle że… autobus nie przyjechał. Przekonani, że to pewnie jakiś przelotowy i złapał opóźnienie na trasie, postaliśmy tak jeszcze ponad godzinę po czasie odjazdu… i nic. Gdy już raczej byliśmy pewni, że z autobusu nici, trzeba było zacząć szukać kogoś, kto powie nam o co chodzi. Każdy przewoźnik ma na dworcu swoje biuro (w zasadzie kasę, służącą do kupowania biletów), więc bez problemu znaleźliśmy „swojego”. Czterech panów przy jednym komputerze pooglądało nasze bilety, pomachali rękami i poczęli powtarzać jedno słowo, a widząc brak zrozumienia (oczywiście żaden w ząb nie rozmawiał po angielsku) słowo to wypisali mi na bilecie: „iptal”. Google podpowiedziało: „anulowany”. Super.

I teraz nauka. O ile dobrze zrozumieliśmy rozmowę na migi, bilety pewnie moglibyśmy oddać i odzyskać kasę, ale w biurze w którym je kupiliśmy, czyli w centrum Adany, parę kilometrów od dworca. A na dworcu mogliśmy sobie nimi… , po czym pozostało tylko kupienie nowych. 2 x 25 TL szlag trafił, ale my zyskaliśmy naukę – autobusy na większości tras kursują tak często, że nie warto ich kupować „na mieście”. Przychodzi się na dworzec i kupuje bilety na autobus, który jako pierwszy odjeżdża w pożądanym kierunku. Przewoźnik nie ma znaczenia. A jak znaleźć ten autobus, co zaraz odjeżdża, skoro nie ma żadnego rozkładu jazdy. Nie trzeba go szukać – sam nas znajdzie :) Wystarczy przejść przed rzędem biur poszczególnych przewoźników, przed każdym stoi naganiacz, który wykrzykuje nazwy miast, do których autobusy zaraz odjeżdżają. Tym sposobem już później trafialiśmy na dworce i z reguły od razu wsiadaliśmy do jakiegoś autobusu, który zaraz startował.

Diyarbakir, dworzec autobusowy

Diyarbakir, dworzec autobusowy

Diyarbakir, dworzec autobusowy

Diyarbakir, dworzec autobusowy

Angry Birds w autobusie rejsowym w Turcji

Angry Birds w autobusie rejsowym w Turcji

Angry Birds w autobusie rejsowym w Turcji

Angry Birds w autobusie rejsowym w Turcji

Windowsowy pasjans w autobusie rejsowym w Turcji

Windowsowy pasjans w autobusie rejsowym w Turcji

W autobusie z Dogubeyazit do Van

W autobusie z Dogubeyazit do Van

A w Adanie spędziliśmy na dworcu bite 4 godziny, zanim w końcu wsiedliśmy do autobusu do Hatay. Małym plusem była dla nas okazja do oglądania (przez całe 4 godziny) i słuchania niesamowitego jazgotu fujarek i bębenków – na większości peronów trwały nieznane przez nas do tej pory „obrzędy” rodzinne, których bohaterami byli młodzi mężczyźni z chustami w tureckich barwach na plecach, odprowadzani do autobusów przez niezwykle liczne grono rodzinne. Całość uświetniały dość widowiskowe tańce, śpiewy i piski, a „ekipy” zmieniały się jak w kalejdoskopie.

W sumie przez te 4 godziny przewinęło się na pewno kilkadziesiąt takich korowodów, każdy bliźniaczo podobny pod względem zachowania do poprzedniego, a przez większość czasu równocześnie trwało kilka takich „imprez” na różnych peronach. Ten „folklor” oglądaliśmy regularnie na każdym tureckim dworcu aż do Diyarbakir, już w Adanie zaczynając się domyślać, co jest jego sensem. Upewnił nas taksówkarz w Sanliurfie – tak wygląda w Turcji obrządek żegnania poborowych, idących do wojska.

A’propos kupowania z wyprzedzeniem biletów autobusowych – jest jeden ważny wyjątek – trasy długodystansowe (autobusy nocne). Jedną z nocy w Turcji spędziliśmy w autobusie jadącym z Diyarbakir do Dogubeyazit (prawie 500 km drogi w dość wysokie góry – Dogubeyazit leży ponad 1600 m n.p.m., jazda trwa prawie 10 godzin) – na takie trasy decydowanie warto kupować bilety z wyprzedzeniem, bo z reguły jeżdżą na nich autobusy rzadziej (na opisywanej przez nas trasie jeżdżą 3 kursy na dobę) i biletów może zwyczajnie zabraknąć tuż przed wyjazdem. My bilety w Diyarbakir kupiliśmy w niedzielę na wtorkowy wieczór (po czym pojechaliśmy sobie na objazdówkę Diyarbakir – Midyat – Mardin – Diyarbakir, by wrócić na odjazd autobusu).

Jeszcze jedna ważna informacja. O ile na prawie wszystkich trasach, na których jechaliśmy (Adana – Hatay: 3,5 godziny, Hatay – Gaziantep: 5 godzin, Gaziantep – Sanliurfa: 2 godziny, Sanliurfa – Diyarbakir: 2,5 godziny), autobusy kursują bardzo często, z reguły co godzinę, to była dwa wyjątki: wspomniany już kurs Diyarbakir – Dogubeyazit: 10 godzin (a właściwie Diyarbakir – Igdir, Dogubeyazit było jednym z przystanków po drodze), na którym było sporo kursów, ale na pewno mniej niż raz na godzinę oraz autobus Dogubeyazit – Van: 3 godziny, na której to trasie jest 5 kursów dziennie, i co bardzo istotne (i zaskakujące), ostatni z nich odjeżdża z dworca w Dogubeyazit już o godzinie 14:00 (do Van wozi z dworca w Dogubeyazit tylko jeden przewoźnik). Później kursów do Van już nie ma, choć można spróbować złapać coś z przystanku dolmuszy w centrum miasta.

Autobusy i ich jakość w Turcji to osobna historia. Królują nowoczesne Mercedesy o wysokim standardzie podróży, a podróżni mają w większości z nich do dyspozycji ekrany LCD o różnej funkcjonalności, w zależności od tego, jaki „trafi” się autobus. Od ograniczonej do oglądania naziemnej TV po pełne filmy VOD, kamerę z przodu autobusu, muzykę do słuchania (słuchawki każdy pasażer ma na wyposażeniu) aż gry komputerowe (ekrany dotykowe, graliśmy m.in. w Angry Birds) czy dostęp do Internetu. Jedną z tras pokonywaliśmy autobusem z wbudowanymi aplikacjami Facebooka, Twittera i YouTube’a.

Podczas każdej podróży podawana jest ciepła herbata, a we wbudowanej we wnętrzu lodówce zawsze jest wbród wody mineralnej – dostępnej oczywiście gratis. Ręce można umyć specjalnym płynem i chusteczkami, które także obsługa rozdaje gratis. Osobnym elementem jest traktowanie pasażerów, dbałość o nich. Po wyruszeniu w każdą z tras chłopak z obsługi autobusu (zawsze był drugi człowiek oprócz kierowcy na pokładzie) spisywał kto z jakiego numeru siedzenia gdzie wysiada – i pilnował, by pasażer nie przegapił swojego przystanku.

Na nocnej trasie Diyarbakir – Dogubeyazit autobus miał nocny przystanek w wysokich górach, w małej miejscowości, której nazwy nigdy nie poznaliśmy. Postój trwał ok. pół godziny, a po jego zakończeniu obsługa sprawdziła każde siedzenie i każdego pasażera, licząc ich czy wszyscy są. Na brakujących czekano, a gdy uporczywie się nie pojawiali, poszukano ich w budynku dworca do skutku – aż wszyscy z powrotem zasiedli na swoich miejscach. Mieliśmy szybkie porównanie w drodze powrotnej, w Berlinie i autobusie naszej „topowej” marki – Polski Bus, gdzie po dłuższym postoju na lotnisku Schoenefeld nikt nie zainteresował się, czy wszyscy pasażerowie wrócili na swoje miejsca. Wśród pasażerów natychmiast pojawiły się opowieści o przypadkach „zgubienia” pasażerów – a przecież w środku są ich bagaże, ubrania, być może dokumenty…

Ceny przejazdów autobusami w Turcji są w miarę przystępne – wszystkie mieściły się w przedziale 20-30 TL za osobę, za wyjątkiem wspomnianego wyżej nocnego autobusu Diyarbakir – Dogubeyazit – na tej trasie bilet kosztował 60 TL.

Wypożyczanie samochodu

Nigdy w życiu nie wypożyczaliśmy samochodu z wypożyczalni. Ale że w niektórych miastach, które zamierzaliśmy zwiedzić, sporo atrakcji mieściło się poza ich granicami, zdecydowaliśmy się przetestować tureckie wypożyczalnie. Zeby zbytnio nie przesadzać z szaleństwem, zdecydowaliśmy się na markową ogólnoświatową sieć Avis, co wg nas gwarantowało cywilizowany standard obsługi, a przede wszystkim samochodów. Trafiliśmy na promocję obniżającą cenę wynajmu do 120 zł za dobę we wszystkich wypożyczalniach Avis na terenie Turcji, więc poszliśmy po całości, rezerwując samochody w czterech lokalizacjach: Hatay, Sanliurfa, Van i Diyarbakir. Tylko w tym ostatnim wynajem opiewał na 2 dni, reszta do zaledwie kilkugodzinne wypożyczenia (z reguły godziny 9-16), choć i tak płatne były wg całodniowej stawki.

Wypożyczony w Sanliurfie Ford Focus (zdjęcie robione w Gobekli Tepe)

Wypożyczony w Sanliurfie Ford Focus (zdjęcie robione w Gobekli Tepe)

Samochody rezerwowaliśmy z wyprzedzeniem przez internet, na stronie internetowej sieci Avis, bez żadnych pośredników. Standardem jest możliwość cofnięcia rezerwacji do 48 godzin po jej dokonaniu, ale sporym utrudnieniem jest konieczność ubiegania się o zwrot zapłaconej kwoty listownie, u polskiego przedstawiciela Avis w Warszawie. Nie wiemy, kto to wymyślał, ale zdecydowanie zapomniał o XXI wieku. Teraz trochę o tym, jak w praktyce wyglądało odbieranie zamówionych samochodów:

  • Hatay – na stronie Avis dostępne są dwie lokalizacje wypożyczalni – na lotnisku i w mieście. Wybraliśmy tą miejską, która okazała się leżeć… 7 km za miastem, a jej adres brzmiał: 7-my kilometr ulicy jakiejśtam – nie trafił do niej nawet taksówkarz, który pobłądził, za co oczywiście zapłaciliśmy wg licznika. Sama wypożyczalnia okazała się salonem samochodowym Peugeota, bez żadnych oznaczeń Avis. Sytuację poprawiła obsługa, do której oddelegowano zdaje się syna właściciela. Syn miał na oko… 12-13 lat i posłużyliśmy mu za sparingpartnerów do ćwiczeń z angielskiego, a do „obowiązków” podszedł niezwykle poważnie i profesjonalnie. Momentami ciężko się było powstrzymać od uśmiechu. Dodatkowy plus: okazało się, że w mieście jest jeszcze jedna wypożyczalnia Avis (niedostępna na stronie), w samym centrum i możemy tam oddać samochód, oni wszystko pomiędzy sobą załatwią. Minus: brak zamówionego Forda Fiesty – bierzemy Fiata Lineę ze słabym silnikiem i nie marudzimy. Na naszych oczach samochód jest myty. Zaskoczenie: do wypożyczenia żądają podania TURECKIEGO numeru telefonu – jakież szczęście, że w Adanie w pierwszy dzień podróży zdecydowaliśmy się kupić turecką kartę SIM sieci Turkcell z pakietem internetowym (o tym niżej);
  • Sanliurfa – wypożyczalnia w mieście znów jest na obrzeżach miasta. Odbieramy samochód 3 godziny po czasie, a mimo to nie ma go na miejscu. Gdy podjeżdża, nie ma w nim dokumentów. Podstawiony drugi ma pusty bak i „obsraną” przez ptaki przednią szybę. Udaje się nam wymóc zatankowanie auta, reszta bez przygód. Nie potrzebują tureckiego numeru telefonu, a zamiast Forda Fiesty dostajemy wypasionego, nowiutkiego Forda Focusa (rocznik 2013, przebieg 25 tys.);
Wypożyczony w Diyarbakir Ford Fiesta (zdjęcie robione w Hasankeyf)

Wypożyczony w Diyarbakir Ford Fiesta (zdjęcie robione w Hasankeyf)

  • Diyarbakir – tu znów mamy problemy ze znalezieniem wypożyczalni, choć jest w miarę blisko centrum. Nie pomaga nawet taksówkarz, dopiero przygodnie zapytany człowiek krąży z nami po okolicy, aż trafiamy do wypożyczalni. I tu niespodzianka – na drzwiach wypożyczalni wisi… kłódka, choć jesteśmy dokładnie o czasie. I następna niespodzianka – przy ulicy w samochodzie czeka na nas właściciel – okazuje się że jest niedziela i wypożyczalnia jest nieczynna (o czym kompletnie nie wspominała strona internetowa sieci Avis przy rezerwacji) – ale człowiek ów załatwił wcześniej temat i oto wiezie nas do punktu Avis na lotnisku w Diyarbakir (gratis, swoim prywatnym samochodem), który przejmie nasze „zamówienie”. Reszta bez przygód, też telefonu tureckiego nie potrzebują. Jest zamówiona Fiesta, też nówka (rocznik 2013);
  • Van – pięknie i wygodnie umiejscowiony punkt Avis w centrum miasta, ale nie mają w ogóle Fiest, choć strona internetowa zamówienie na Fiestę przyjęła. Wsiadamy w samochód jednego z pracowników i jedziemy… tak, na lotnisko, gdzie mają Fiesty :) Zadnych innych zaskoczeń, samochód możemy oddać także na lotnisku, co imponująco ułatwia nam odlot w drogę powrotną (nie musimy dojeżdżać na lotnisko z centrum);
Wypożyczony w Van Ford Fiesta (zdjęcie robione nad jeziorem Van)

Wypożyczony w Van Ford Fiesta (zdjęcie robione nad jeziorem Van)

Generalnie jesteśmy zaskoczeni na plus, spodziewaliśmy się mimo wszystko większych niespodzianek. Choć żadna z wypożyczalni nie trzymała jednolitego standardu, to wszystkie problemy można raczej nazwać lokalnym folklorem, jak utrudnieniami. Wszędzie starano się nam maksymalnie pomóc, pokazać drogę do atrakcji poza miastem, dowieźć jeśli trzeba do innego punktu sieci. A przede wszystkim nie było żadnych problemów (i żadnych dodatkowych opłat) przy chęci oddania samochodu w innym punkcie sieci w tym samym mieście – strona internetowa za takie machinacje żąda słonej dopłaty. A można się po prostu dogadać na miejscu.

Internet mobilny

Pomysł kupienia tureckiej kart SIM w salonie Turkcell w Adanie okazał się wręcz zbawienny w trakcie naszej podróży. Naprawdę warto zainwestować pieniądze i czas, by móc mieć podczas takiej objazdówki internet w telefonie. Piszemy o inwestycji w czas, bo zakup przedpłaconej (prepaid) karty komórkowej w Turcji nie to jest byle jaka operacja. Nie da się jej wykonać w byle jakim punkcie sprzedającym usługi sieci komórkowej – trzeba udać się do salonu firmowego, gdzie musimy się wylegitymować paszportem – karta SIM zostanie na nas zarejestrowana w systemie i dopiero wtedy (oraz oczywiście po zapłacie odpowiedniej kwoty) będzie bezproblemowo działała.

Dla tych, którzy nie wiedzą, ze względu na „zagrożenie terrorystyczne” Turcja nie pozwala na używanie tureckich kart SIM w telefonach kupionych poza tym krajem. Kupiona na bazarze karta, włożona do kupionego w Polsce telefonu teoretycznie powinna działać maksymalnie 28 dni, ale ze znalezionych przez nas opinii wynika, że przestaje działać losowo, w różnym czasie, po 2, 7 czy 14 dniach. I co istotne – podobno numer IMEI takiego telefonu jest blokowany – i nigdy już z turecką kartą w Turcji nie zadziała. „Lekarstwem” jest przejście oficjalnej procedury zakupu w salonie wraz z rejestracją karty SIM na dane z paszportu. Nie kosztuje to nic dodatkowo, a gwarantuje działanie telefonu i usług wykupionych na karcie. Sama karta wraz z pakietem 2 GB internetu kosztowała nas ok.70 TL (mniej więcej po połowie: aktywacja karty i pakiet danych, aktywny przez 30 dni). Lokalnym folklorem była dziewczyna, wkładająca SIM do mojego iPhone’a za pomocą własnego… kolczyka (jako bolca do otworzenia gniazda karty).

Śniadanie w hotelu w Gaziantep

Śniadanie w hotelu w Gaziantep

Obiad w Gaziantep

Obiad w Gaziantep

Kolacja w Mardin

Kolacja w Mardin

Obiad w Dogubeyazit

Obiad w Dogubeyazit

Internet w telefonie przydawał się w Turcji dosłownie co chwilę. Od wspomnianej wypożyczalni w Hatay, gdzie zażądano od nas tureckiego numeru telefonu (tu akurat przydała się sama karta SIM, nie internet) po umożliwienie orientacji w terenie w każdym z miast, aż po funkcję nawigacji samochodowej w momencie, gdy poruszaliśmy się autem. Przez internet też szukaliśmy jadąc autobusem noclegu w mieście, do którego zmierzaliśmy. Generalnie, bez tej karty SIM byłoby dużo ciężej, szczególnie z jazdą samochodem po zaułkach podrzędnych tureckich dróg w Kurdystanie, pod granicą z Syrią czy Iranem.

Podsumowanie

Generalnie cały plan zwiedzania został przez nas zrealizowany – nie licząc miejsc, które okazały się zamknięte lub remontowane przed sezonem. W ciągu 8 dni spędzonych w południowo-wschodniej Turcji przebyliśmy 1.670 km pomiędzy Adaną i Van, od wybrzeża Morza Sródziemnego po wysokie (ponad 5 tys. metrów) szczyty Araratu. Jedynie 340 km przejechaliśmy samochodem, resztę trasy zrobiliśmy transportem publicznym (autobusami). Dodatkowo przejechaliśmy ok.250 km nie wliczone do trasy, podczas objazdu atrakcji rozmieszczonych dookoła Hatay, Sanliurfy i Van.

Podróż wypełniły dodatkowo – walentynkowy poranek w azjatyckiej części Stambułu oraz zwiedzanie pałacu Charlottenburg oraz muru berlińskiego (East Side Gallery) w Berlinie, skąd odlatywaliśmy i gdzie przylatywaliśmy.

Zobaczyliśmy tę część Turcji, gdzie turysta nadal jest wydarzeniem i gdzie pomoc przybyszom i pozostawienie dobrego wrażenia u nich jest ważniejsze od zarobku. Gdzie pyta się, w czym pomóc, zanim padnie prośba o pomoc. Gdzie turysta pytający o drogę otrzymuje odpowiedź od razu od wszystkich w zasięgu głosu, bo wszyscy chcą tak samo bardzo pomóc. Gdzie religia i związana z nią kultura bycia i życia jest dużo ważniejsza niż w „cywilizowanej”, zachodniej części Turcji. Gdzie jest ta prawdziwa, autentyczna, nie skażona dziesiątkami milionów turystów gotowych płacić za wszystko wszystkim, tradycyjna Turcja. Choć i tu (np. do Harran) widać już „ślady” masowej turystyki, na przykładzie dzieci nauczonych kilku zdań po angielsku, za wypowiedzenie których od razu żądają zapłaty. Ktoś im najwidoczniej te pieniądze w sezonie daje, skoro biegają za każdym napotkanym turystą.

W wschodniej Turcji nie da się wtopić w tłum – ubiorem, kolorem włosów i skóry od razu wyróżniamy się w każdym miejscu, w którym się znajdujemy. Widać, że wzbudzamy ciekawość, często wzbudzamy automatyczną chęć rozmowy i jesteśmy po prostu zaczepiani na ulicy – a to przez uchodźców z Syrii, którzy chcą powiedzieć coś o sobie, a to przez mieszkańców celem ostrzeżenia przez niebezpieczeństwem (Diyarbakir), a to po prostu by porozmawiać. Najczęściej konwersację rozpoczyna obsługa w restauracjach, siłą rzeczy mająca do tego najlepszą okazję. Często przyłączają się inni goście lokalu, w którym jemy. Trzeba przyzwyczaić się, że choć teoretycznie to my przyjechaliśmy oglądać interesujące nas atrakcje, to dla miejscowych sami jesteśmy sporą atrakcją. Dla nich honorem i przyjemnością jest rozmowa z przybyszami, a już niejako wyróżnieniem – możliwość pomocy, przysługi czy nawet wręczenie drobnego prezentu (np. w postaci słodyczy – też przypadek z Diyarbakir).

Jak ważne i honorowe dla Kurdów (bo to z nimi mieliśmy najczęściej do czynienia) jest to, by przybysz wyjechał zadowolony, pokazała nam „akcja” z przebukowaniem biletu autobusowego do Van na dworcu w Dogubeyazit – opis znajdziecie tutaj. Pomoc obcym jest wpisana w obowiązki miejscowych, potrafią się mocno pokłocić, by wywalczyć turyście nawet drobną i z pozoru dającą się pominąć przysługę. Turysta nie ma prawa zabrać ze sobą żadnych złych wspomnień. I nie jest to związane z jakąkolwiek formą oczekiwania korzyści materialnej – wschodnia Turcja gościnność ma wpisaną w naturę, i to gościnność w formie całkowicie naturalnej, nie podszytej komercją.

Szczególnie interesujący jesteśmy dla dzieciaków, które w sposób naturalny najszybciej łamią własne opory i wygrywa ciekawość. Dzieci często kręciły się wokół nas na ulicach miast, w czasie jazdy autobusami czy podczas posiłków w restauracjach. Potrafiły się do nas przysiadać, odchodząc od własnych rodziców i próbując „dogadać” się z nami lub po prostu przy nas posiedzieć.

Jednym zdaniem – wróciliśmy zauroczeni wschodnią Turcją. Jeśli chcecie zobaczyć świat pełen historii i zabytków, nie zepsuty postanowieniem opróżnienia kieszeni każdego przybysza, świat, w którym by zobaczyć największe atrakcje nie trzeba przepychać się łokciami z tysiącami innych turystów, świat gdzie wszystko można robić wolniej, spokojniej, bez pośpiechu, tłoku, a za to w otoczeniu przyjaznych, chętnych do interakcji ludzi – wschodnia Turcja jest dla Was. Odłóżcie na półkę bajki o niebezpieczeństwach, terrorystach i zagrożeniach – jeśli macie choć drobne obawy, to po prostu pomińcie Diyarbakir (tylko tam byliśmy ostrzegani przez miejscowych przed złodziejami i napadami). Śmiemy twierdzić, że wschodnia Turcja to miejsce bezpieczniejsze niż większość polskich miast.

Więcej zdjęć, dotyczących transportu i noclegów w tureckim Kurdystanie znajdziecie na osobnej stronie naszego bloga.

 

Inne wpisy z: Turcja (Kurdystan) 2014

Do Turcji lecieliśmy liniami Pegasus

Lutowa wyprawa do tureckiego Kurdystanu była naszą pierwszą objazdową podróżą realizowaną bez samochodu. Czas na małe podsumowanie organizacji logistycznej - transportu, noclegów i wszystkiego, co musieliśmy ogarnąć w czasie pobytu w południowo-wschodniej Turcji.

Berlin, East Side Gallery

W Berlinie kończyła się nasza tegoroczna podróż po południowo-wschodniej Turcji, a że mieliśmy sporo czasu do autobusu wiozącego nas do domu, zaplanowaliśmy zwiedzanie kolejnej atrakcji stolicy Niemiec - East Side Gallery.

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Üsküdar, jedna z większych i najbardziej zaludnionych dzielnic Stambułu, gościł nas przez ułamek dnia podczas drogi powrotnej z podróży po południowo-wschodniej Turcji. Czasu wystarczyło na zwiedzenie kilku znaczących meczetów azjatyckiej części tej wielkiej aglomeracji.

 

Berlin, East Side Gallery

W Berlinie kończyła się nasza tegoroczna podróż po południowo-wschodniej Turcji, a że mieliśmy sporo czasu do autobusu wiozącego nas do domu, zaplanowaliśmy zwiedzanie kolejnej atrakcji stolicy Niemiec – East Side Gallery.

Choć Berlin leży relatywnie blisko naszego miejsca zamieszkania, to jakoś nigdy nie było okazji, by wybrać się w dedykowaną podróż z celem jego zwiedzenia. Jakoś zawsze jest u nas tak, że lepiej mamy zwiedzone odległe rejony Europy, niż te sąsiadujące z nami. Tak też jest z Berlinem, który zwiedzamy małymi etapami, przy okazji innych podróży. Przed wylotem do Turcji zobaczyliśmy pałac Charlottenburg, a w drodze powrotnej przyszła kolej na symbol upadku komunizmu w Niemczech – mur berliński i galeria East Side Gallery.

East Side Gallery to galeria murali, malowanych przez artystów z całego świata na pozostawionym w tym celu fragmencie muru berlińskiego (o długości 1,3 km). Dzieł jest tu lekko powyżej setki, a galeria jest ważną atrakcją turystyczną dzisiejszej stolicy Niemiec. Nie ma się co więcej rozpisywać – resztę zobaczcie na zdjęciach.

Berlin, East Side Gallery

Berlin, East Side Gallery

Berlin, East Side Gallery

Berlin, East Side Gallery

Berlin, East Side Gallery

Berlin, East Side Gallery

Berlin, East Side Gallery

Berlin, East Side Gallery

Berlin, East Side Gallery

Berlin, East Side Gallery

Berlin, East Side Gallery

Berlin, East Side Gallery

A nam zostało nam już tylko zaprosić Was do lektury podsumowania całego wyjazdu do tureckiego Kurdystanu, w którym zawarte będą przydatne informacje na temat lotów, hoteli, autobusów, wypożyczalni samochodów i mobilnego internetu we wschodniej Turcji.

Pełna galeria zdjęć z East Side Gallery w Berlinie znajduje się na osobnej stronie naszego bloga.

 

Inne wpisy z: Turcja (Kurdystan) 2014

Do Turcji lecieliśmy liniami Pegasus

Lutowa wyprawa do tureckiego Kurdystanu była naszą pierwszą objazdową podróżą realizowaną bez samochodu. Czas na małe podsumowanie organizacji logistycznej - transportu, noclegów i wszystkiego, co musieliśmy ogarnąć w czasie pobytu w południowo-wschodniej Turcji.

Berlin, East Side Gallery

W Berlinie kończyła się nasza tegoroczna podróż po południowo-wschodniej Turcji, a że mieliśmy sporo czasu do autobusu wiozącego nas do domu, zaplanowaliśmy zwiedzanie kolejnej atrakcji stolicy Niemiec - East Side Gallery.

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Üsküdar, jedna z większych i najbardziej zaludnionych dzielnic Stambułu, gościł nas przez ułamek dnia podczas drogi powrotnej z podróży po południowo-wschodniej Turcji. Czasu wystarczyło na zwiedzenie kilku znaczących meczetów azjatyckiej części tej wielkiej aglomeracji.

 

Inne wpisy z: Niemcy

IMG_3240

Nie ma bardziej kojarzącej się z niemiecką Kolonią nazwy od "wody kolońskiej", choć nie wszyscy zapewne utożsamiają ją z tym miastem. Ale to fakt - Kolonia jest "ojczyzną" tego specyfiku, który co ciekawe pierwotnie stosowany był jako... doustny lek.

Stralsund, plac Alter Markt, ratusz i kościół św.Mikołaja

Ostatnie zwiedzane przez nas podczas wrześniowego weekendu 2013 r. niemieckie miasto nad Bałtykiem to Stralsund, zwany po polsku Strzałowem. Trzecie (z czterech oglądanych) ze starówką, wpisaną w całości na listę UNESCO.

Rostock, Kröpeliner Strasse

Kontynuujemy naszą podróż po niemieckich hanzeatyckich miastach nad Bałtykiem. Drugi dzień weekendowej wyprawy rozpoczynamy od Rostocku, kiedyś jednej z potęg Hanzy.

 

Lutowy poranek w azjatyckiej części Stambułu

Üsküdar, jedna z większych i najbardziej zaludnionych dzielnic Stambułu, gościł nas przez ułamek dnia podczas drogi powrotnej z podróży po południowo-wschodniej Turcji. Czasu wystarczyło na zwiedzenie kilku znaczących meczetów azjatyckiej części tej wielkiej aglomeracji.

Turcja południowo-wschodnia (poprzedni wpis: Jezioro Van i okolice). Nasza podróż po południowo-wschodniej Turcji zakończyła się w Van, ale nie skończyła się tam nasza przygoda z samą Turcją. Przy okazji przesiadki lotniczej mieliśmy okazję znów wrócić do Stambułu, w którym spędziliśmy dwa dni podczas naszego „Tour de Europe 2013”, czyli ostatniej podróży wakacyjnej. Tym razem nasz pobyt tutaj był znacznie krótszy, a miejscem noclegu była dzielnica Üsküdar, położona w azjatyckiej części Stambułu.

Na stambulskie lotnisko Sabiha Gökçen przylecieliśmy z Van dość późnym wieczorem. Sama nazwa lotniska jest ciekawa – Sabiha Gökçen była pilotem wojskowym, pierwszą kobietą w Turcji, biorącą udział w lotniczych działaniach wojennych. Jako nastolatka została podobno adoptowana przez przywódcę Turków, Kemala Mustafę Atatürka. Zmarła w 2001 r.

Z lotniska do azjatyckiej dzielnicy Kadıköy, sąsiadującej z Üsküdar, można bez problemu dostać się tanio rejsowym autobusem E10 lub jego nieco szybszą, ekspresową odmianą – E11. Biletów nie da się kupić u kierowcy – są do nabycia w formie karty miejskiej „Istanbulkart” w budce naprzeciwko wyjścia z terminalu przylotów lotniska. Za 2 bilety i wyrobienie karty zapłaciliśmy 15 TL (nie wiemy, ile i czy w ogóle było w tym opłaty za samą kartę). Wystarczy wyrobić jedną kartę dla dwóch osób, oba bilety zostaną „nabite” na tę jedną kartę, a w autobusie należy ją dwukrotnie przyłożyć do czytnika, by pobrało opłatę za dwie osoby. Podróż późnym wieczorem z lotniska na końcowy przystanek przy przystani w Kadıköy trwała ok.40 minut (powrót przed południem trwał dłużej – trzeba uważać i wybrać się na lotnisko odpowiednio wcześniej, w Stambule nawet na autostradach dość często występują korki, autobus w większości porusza się autostradą właśnie).

Stambuł, ulice dzielnicy Üsküdar

Stambuł, ulice dzielnicy Üsküdar

Stambuł, ulice dzielnicy Üsküdar

Stambuł, ulice dzielnicy Üsküdar

Stambuł, ulice dzielnicy Üsküdar

Stambuł, ulice dzielnicy Üsküdar

Stambuł, ulice dzielnicy Üsküdar

Stambuł, ulice dzielnicy Üsküdar

Wieczór upłynął nam na poszukiwaniu zabukowanego wcześniej hostelu w Üsküdar, a potem na szybkich zakupach i wieczornym posiłku w ulicznym barze. Poranek kolejnego dnia (nawiasem były to Walentynki) przeznaczyliśmy na szybki rajd po najbardziej atrakcyjnych meczetach (z nastawieniem na dzieła słynnego Sinana) po azjatyckiej stronie Stambułu. Mieliśmy też nadzieję dotrzeć nad Bosfor, który widzieliśmy od strony europejskiej oraz z pokładu statku wycieczkowego. Teraz chcieliśmy zobaczyć go od tej drugiej, azjatyckiej strony.

Wędrówkę rozpoczęliśmy od Atik Valide Camii, meczetu zaprojektowanego przez Mimara Sinana, wybudowanego w 1583 r. W naszym tłumaczeniu nazwa meczetu brzmi „Stary Meczet Matki Sułtana” i rzeczywiście wybudowany został dla Nur-Banu, matki sułtana Murata III i żony sułtana Selima II. Nur-Banu w rzeczywistości także samodzielnie rządziła Imperium Osmańskim przez 9 lat (1574-1583). Meczet niestety zastaliśmy zamknięty, pozostało nam jedynie oglądanie go z zewnątrz.

Kierując się w stronę Bosforu, docieramy do kolejnego meczetu – Hacı Bedel Mustafa Efendi Camii. Pierwotnie został wybudowany w 1721 r., ale zniszczony na początku XX wieku, został odbudowany przez osobę o imieniu Hacı Bedel Mustafa Efendi – stąd aktualna nazwa meczetu. W 1984 r. meczet przeszedł gruntowną przebudowę. Przed meczetem stoi mała wieża zegarowa, będąca jednocześnie fontanną – ale nie jest ona w żadnym wypadku atrakcją historyczną – data powstania to 2013 r.

Stambuł, meczet Atik Valide Camii

Stambuł, meczet Atik Valide Camii

Stambuł, meczet Atik Valide Camii

Stambuł, meczet Atik Valide Camii

Stambuł, meczet Atik Valide Camii

Stambuł, meczet Atik Valide Camii

Stambuł, meczet Hacı Bedel Mustafa Efendi Camii i mała wieża zegarowa przed nim

Stambuł, meczet Hacı Bedel Mustafa Efendi Camii i mała wieża zegarowa przed nim

Spod meczetu główną ulicą Hakimiyeti Milliye Caddesi, prowadzącą nad Bosfor, mijamy najpierw meczet Karadavud Paşa Camii, którego tabliczka mówi o dacie budowy w 1495 r., co troszkę nam się nie zgadza – Kara Davud był wielkim wezyrem Imperium Osmańskiego, żyjącym na przełomie XVI/XVII w. Ale być może meczet nosi imię innego człowieka o tym imieniu.

Kolejnym ważnym budynkiem przy tej samej ulicy, jest stojący niemal za meczetem Karadavud Paşa Camii budynek Mimar Sinan Çarşisi, zaprojektowany zgodnie z nazwą przez Sinana – w 1583 r. Pierwotnie budynek spełniał rolę hamamu (łaźni). Po latach świetności popadł w ruinę, został odbudowany w 1966 r. jako bazar. Jest dziś o połowę mniejszy od pierwotnego projektu.

Prawie naprzeciw bazaru, po drugiej stronie ulicy stoi duży meczet Yeni Valide Camii, wybudowany w 1710 r. przez Emetullah Rabia Gülnuş, żonę sułtana Mehmeda IV i matkę Mustafy II i Ahmeda III. My skręcamy w boczną uliczkę Uncular Caddesi, dążąc uparcie do Cieśniny Bosforskiej. Po drodze mijamy sąsiadujący z Yeni Valide Camii meczet Geredeli Celebi Camii, o którym niestety nic do dziś nie wiemy.

Stambuł, meczet meczet Karadavud Paşa Camii

Stambuł, meczet meczet Karadavud Paşa Camii

Stambuł, bazar Mimar Sinan Çarşisi

Stambuł, bazar Mimar Sinan Çarşisi

Stambuł, meczet Yeni Valide Camii

Stambuł, meczet Yeni Valide Camii

Na końcu Uncular Caddesi stoi meczet Hüsrev Ağa Camii, datowany na 1729 r. I znów nic więcej na jego temat nie byliśmy w stanie wydobyć. Docieramy w końcu nad wody Bosforu, stając przed naszym celem – meczetem Şemsi Paşa Camii, kolejnym dziełem Mimara Sinana, nadwornego osmańskiego architekta. Sinan wybudował też meczet w 1580 r. dla wielkiego wezyra, Şemsi Paşy. Meczet jest bardzo mały, wręcz miniaturowy, ale jego położenie na samiuśkim brzegu Bosforu sprawia, że uznawany jest on za jeden z najbardziej atrakcyjnych meczetów w Stambule. Tu niestety znów pech – meczet jest w remoncie w czasie naszej wizyty.

Na koniec pozostała nam mała wysepka na Bosforze – Kız Kulesi, czyli „wieża panny”. Legenda dotycząca nazwy mówi, że sułtańska córka otrzymała przepowiednię, że zginie od ukąszenia węża. Sułtan więc zamknął córkę na wyspie, gdzie węży nie ma, ale nie przewidział, że dotrze na nią sprzedawca owoców, który niechcący przywiezie wśród nich węża właśnie. Sprzedając owoce dziewczynie, spełnił przepowiednię…

A tak na poważnie – wysepka ta znana jest już od V w. p.n.e., kiedy to służyła za punkt ostrzegawczy przed statkami ewentualnych napastników. Służyła jako latarnia morska, przez jakiś czas nawet jako więzienie. Ostatnia przebudowa miała miejsce w XVIII w., dziś służy głównie jako wieża kontroli ruchu na Bosforze. Na wyspie mieści się jednak także restauracja dla turystów. Polska nazwa brzmi „wieża Leandra”, ale nie wiemy, skąd się wzięła.

Stambuł, meczet Hüsrev Ağa Camii

Stambuł, meczet Hüsrev Ağa Camii

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Stambuł, cmentarzyk przy meczecie Şemsi Paşa Camii

Stambuł, cmentarzyk przy meczecie Şemsi Paşa Camii

Stambuł, wyspa Kız Kulesi ("wieża panny", "wyspa Leandra")

Stambuł, wyspa Kız Kulesi („wieża panny”, „wyspa Leandra”)

Stambuł, dzielnica Sultanahmet (pałac Topkapi, Hagia Sofia) widziane z azjatyckiej strony Bosforu

Stambuł, dzielnica Sultanahmet (pałac Topkapi, Hagia Sofia) widziane z azjatyckiej strony Bosforu

Stambuł, wieża Galata widziana z azjatyckiej strony Bosforu

Stambuł, wieża Galata widziana z azjatyckiej strony Bosforu

I tak się kończy nasza kilkunastogodzinna (wliczając nocleg), druga przygoda ze Stambułem. Tak się też kończy nasza zimowa podróż po południowo-wschodniej Turcji. Pozostał nam już tylko powrót na lotnisko i wylot do Berlina, gdzie nasze turystyczne dusze nie potrafiły sobie odmówić wizyty w pewnej oryginalnej, i historycznie niezwykle znaczącej, galerii. Ale o tym już w następnym wpisie.

Pełna galeria zdjęć z wizyty w Üsküdar, azjatyckiej dzielnicy Stambułu, znajduje się na osobnej stronie naszego bloga oraz na naszym profilu na Facebooku.

 

Inne wpisy z: Turcja (Kurdystan) 2014

Do Turcji lecieliśmy liniami Pegasus

Lutowa wyprawa do tureckiego Kurdystanu była naszą pierwszą objazdową podróżą realizowaną bez samochodu. Czas na małe podsumowanie organizacji logistycznej - transportu, noclegów i wszystkiego, co musieliśmy ogarnąć w czasie pobytu w południowo-wschodniej Turcji.

Berlin, East Side Gallery

W Berlinie kończyła się nasza tegoroczna podróż po południowo-wschodniej Turcji, a że mieliśmy sporo czasu do autobusu wiozącego nas do domu, zaplanowaliśmy zwiedzanie kolejnej atrakcji stolicy Niemiec - East Side Gallery.

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Üsküdar, jedna z większych i najbardziej zaludnionych dzielnic Stambułu, gościł nas przez ułamek dnia podczas drogi powrotnej z podróży po południowo-wschodniej Turcji. Czasu wystarczyło na zwiedzenie kilku znaczących meczetów azjatyckiej części tej wielkiej aglomeracji.

 

Jezioro Van i okolice

Jezioro Van jest jedną z najbardziej znanych atrakcji w całej Turcji, choć w porównaniu z zachodnią częścią kraju, turystyka tu dopiero raczkuje. To „ojczyzna” słynnych kotów z Van, największe i najgłębsze jezioro Turcji, z wodą o bardzo silnym odczynie zasadowym.

Turcja południowo-wschodnia, dzień 9 (poprzedni wpis: Van. Wizytówka miasta, czyli… koty). Miasto Van to nie tylko twierdza i pozostałości po starej lokalizacji miasta oraz koty o różnokolorowych oczach. Kolejną „wizytówką” miasta jest jezioro Van, nad którym pierwotnie miasto leżało. Z jeziorem tym związanych jest kilka ciekawostek.

Rankiem ostatniego dnia naszej wędrówki po południowo-wschodniej Turcji po raz czwarty i ostatni wypożyczamy samochód, by objechać atrakcje okolic miasta. Mamy na to ledwie 4-5 godzin, będziemy się więc „sprężać”. Najważniejszym celem samochodowej objazdówki jest oczywiście jezioro Van oraz najbardziej znana z jego czterech wysp – Ahtamar (lub bardziej znana nazwa: Akdamar).

Jezioro Van jest największym (długość prawie 120 km, obwód 430 km, powierzchnia ponad 3.750 km2) i najgłębszym (głębokość ponad 450 m) jeziorem całej Turcji. Jak cały region, jest położone bardzo wysoko – ponad 1600 m n.p.m. Jest jednym z największych na świecie jezior bezodpływowych – woda z jeziora nie ma żadnego ujścia – jego poziom jest regulowany przez odparowywanie wód. Kiedyś istniał odpływ, ale został on zatamowany po erupcji pobliskiego wulkanu Nemrut (mniej więcej 250 tys. lat temu), także będącego dziś częstym celem wycieczek turystycznych.

Panorama jeziora Van

Panorama jeziora Van

Jezioro Van

Jezioro Van

Jezioro Van

Jezioro Van

Jezioro Van

Jezioro Van

Jest jeszcze jedna rzecz, którą warto o jeziorze Van wiedzieć – choć dopływy jeziora to rzeki słodkowodne, samo jezioro jest jeziorem słonym, dodatkowo o bardzo silnym odczynie zasadowym, co sprawia że woda w jeziorze sprawia wrażenie „śliskiej” i „oleistej”. Podobno odczyn zasadowy jest tak silny, że można w wodach jeziorach prać bez użycia detergentów :) Ale tego nie sprawdzaliśmy. Podobno też jezioro rzadko zamarza, pomimo że położone jest w okolicy o dość srogich zimach.

Jezioro Van jest położone u podnóża sporych gór, które w lecie wyglądają dość surowo, ale za to w zimie sprawiają, że krajobraz jeziora prezentuje się jeszcze okazalej. Widok ośnieżonych gór w połączeniu z wodami jeziora potrafi zaprzeć dech. Widok jest naprawdę w zimie zjawiskowy.

Oprócz widoków krajobrazowych, naszym celem była druga co wielkości wyspa na jeziorze – wyspa Akdamar. Na wyspę tę można się w sezonie turystycznym bez problemu dostać jednym z wielu statków wycieczkowych, które odpływają z wielu przystani przy brzegu jeziora Van. Niestety luty do sezonu nie należy, więc zastaliśmy statki i przystanie puste – tzn. bez turystów, bo obsługa była. Ale o ile w sezonie do odpłynięcia statku potrzeba 20 osób i 15 TL od każdej z nich, to poza sezonem specjalne odpalenie statku dla naszej dwójki przekraczało nasze chęci wydatkowania pieniędzy – koszt wynosił 200 TL. Dlatego też wyspę Akdamar oglądnęliśmy z brzegu jeziora i przez obiektywy naszych aparatów. Mimo to napiszemy Wam co nieco, dlaczego warto na nią zawitać.

Jezioro Van

Jezioro Van

Jezioro Van

Jezioro Van

Jezioro Van, w tle wyspa Akdamar

Jezioro Van, w tle wyspa Akdamar

Jezioro Van, wyspa Akdamar z armeńskim kościołem św.Krzyża z X wieku

Jezioro Van, wyspa Akdamar z armeńskim kościołem św.Krzyża z X wieku

Nazwa wyspy związana jest z legendą o armeńskiej księżniczce Tamarze z pałacu na wyspie, zakochanej w chłopcu mieszkającym na brzegu. Onże co noc przypływał wpław na wyspę do swej lubej, kierując się światłem, które zapalała ona na brzegu. Ale gdy dowiedział się o tym ojciec księżniczki, którejś nocy, gdy chłopak był już na jeziorze, zgasił światło. Chłopak stracił orientację i utonął, a gdy wody wyrzuciły ciało na brzeg, wydawało się, że na ustach zastygł mu okrzyk „Akh, Tamar”

Na wyspie naprawdę istniał pałac – rezydencja jednego z armeńskich królów, wybudowana w X wieku jako cały kompleks budynków i ogrodów. Do dzisiejszych czasów dotrwał jedynie katedralny kościół św.Krzyża, wybudowany w 921 r. Od XII w. aż do końcówki wieku XIX wyspa była siedzibą armeńskiego patriarchatu katolickiego. W trakcie pogromów Ormian w 1915 r., mnisi zamieszkujący monaster zostali wymordowani, a sam kościół uległ zniszczeniu. Od tego czasu był on obiektem uwagi dla wandali, którzy stopniowo dokańczali dzieła zniszczenia.

W 1951 r. lokalne władze podjęły decyzję o ostatecznej rozbiórce kościoła, ale napotkali na opór ze strony grupy osób, która spowodowała cofnięcie tej decyzji przez państwowe ministerstwo. Ale odbudowy doczekał się kościół św.Krzyża dopiero na początku XXI w. Choć znów w wyniku trzęsienia ziemi w 2011 r. ucierpiała jego kopuła. Wyjeżdżamy znad jeziora Van będąc pod wrażeniem zimowych krajobrazów jeziora.

Jedziemy nieco na południe od miasta Van (kilkanaście kilometrów od niego), do miejscowości Çavuştepe, obok której na wzgórzu znajdują się ruiny dawnej twierdzy z czasów królestwa Urartu, pochodzącej z VIII w. p.n.e. W czasach Urartu Çavuştepe była na równi z Van traktowane jako królewskie miasto, a twierdza była jedną z wielu, wybudowanych w tamtych czasach. Dziś jest jedną z najlepiej zachowanych urartyjskich twierdz.

Twierdza w Çavuştepe

Twierdza w Çavuştepe

Twierdza w Çavuştepe

Twierdza w Çavuştepe

Twierdza w Çavuştepe

Twierdza w Çavuştepe

Twierdza w Çavuştepe

Twierdza w Çavuştepe

Wieś Çavuştepe, widok z twierdzy

Wieś Çavuştepe, widok z twierdzy

Twierdza w Çavuştepe

Twierdza w Çavuştepe

Twierdza w Çavuştepe składa się z dwóch kompleksów fortyfikacyjnych – niższej i wyższej twierdzy. My kierujemy się do tej niższej, choć także i do niej nie dajemy rady dojechać samochodem – droga prowadząca stromo pod górę zasypana jest zamrożonym śniegiem (luty), więc pod górę idziemy na piechotę, zostawiając samochód u podnóża góry. Nagrodą za wspinaczkę są zachwycające widoki na okolicę. Stopień zachowania samej twierdzy nie budzi zachwytu, ale warto się tu zatrzymać choć na chwilę. A Çavuştepe leży po dordze do często odwiedzanej twierdzy Hoşap, do której i my zmierzamy.

Twierdza w Hoşap leży mniej więcej 30 km na południowy-wschód od Van. Ten kurdyjski zamek, wyglądający na nie do zdobycia, wybudowany został przez lokalnego władcę w 1643 r. na stromej skale. Tu również nie da się w zimie dojechać pod samą bramę zamku, choć droga istnieje – mocno zasypana śniegiem nie nadaje się do przejazdu. A zasypana była tak mocno, że aby dojść do zamku, momentami trzeba było iść niemal po kolana w śniegu. A na koniec i tak okazało się, że zamek… jest zamknięty, wobec czego pozostało nam fotografowanie go jedynie z zewnątrz.

Nazwa zamku i wioski obok pochodzi od nazwy niewielkiej rzeczki, przepływającej przez nią – Hoşap w języku kurdyjskim oznacza „piękną wodę”. Zamek posiadał ponoć 360 pokoi, hamam (łaźnię), meczet, harem oraz więzienie. Legenda mówi, że pierwszy właściciel obciął ręce architektowi zamku, by ten już nigdy podobnego nie wybudował. O dalszej historii zamku wiadomo niewiele, poza tym, że ostatniego jego właściciela wydalono, po czym do końcówki XIX w. służyła twierdza jako siedziba dla wojska.

Dojeżdżamy do zamku Hoşap (widoczny w tle)

Dojeżdżamy do zamku Hoşap (widoczny w tle)

Zamek Hoşap

Zamek Hoşap

Zamek Hoşap

Zamek Hoşap

Zamek Hoşap

Zamek Hoşap

Hoşap, elementy fortyfikacji na sąsiednich wzgórzach

Hoşap, elementy fortyfikacji na sąsiednich wzgórzach

Hoşap, elementy fortyfikacji na sąsiednich wzgórzach

Hoşap, elementy fortyfikacji na sąsiednich wzgórzach

Hoşap, elementy fortyfikacji na sąsiednich wzgórzach

Hoşap, elementy fortyfikacji na sąsiednich wzgórzach

Na tym kończymy zwiedzanie okolic Van, ograniczenia czasowe (samolot do Stambułu) każą nam wracać do Van, gdzie na lotnisku oddamy samochód do wypożyczalni i odlecimy z południowo-wschodniej Turcji. To była naprawdę udana turystycznie podróż, chyba wszystkie zaplanowane elementy trasy udało się nam zrealizować. Na deser pozostał nam jeszcze nocleg w azjatyckiej części Stambułu. W Stambule czekała nas bowiem nocna przesiadka lotnicza.

Pełna galeria zdjęć z jeziora Van i okolic znajduje się na osobnej stronie naszego bloga oraz na naszym profilu na Facebooku.

 

Inne wpisy z: Turcja (Kurdystan) 2014

Do Turcji lecieliśmy liniami Pegasus

Lutowa wyprawa do tureckiego Kurdystanu była naszą pierwszą objazdową podróżą realizowaną bez samochodu. Czas na małe podsumowanie organizacji logistycznej - transportu, noclegów i wszystkiego, co musieliśmy ogarnąć w czasie pobytu w południowo-wschodniej Turcji.

Berlin, East Side Gallery

W Berlinie kończyła się nasza tegoroczna podróż po południowo-wschodniej Turcji, a że mieliśmy sporo czasu do autobusu wiozącego nas do domu, zaplanowaliśmy zwiedzanie kolejnej atrakcji stolicy Niemiec - East Side Gallery.

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Üsküdar, jedna z większych i najbardziej zaludnionych dzielnic Stambułu, gościł nas przez ułamek dnia podczas drogi powrotnej z podróży po południowo-wschodniej Turcji. Czasu wystarczyło na zwiedzenie kilku znaczących meczetów azjatyckiej części tej wielkiej aglomeracji.

 

 

Van. Wizytówka miasta, czyli... koty

Leżące na dalekim wschodzie Turcji miasto Van znane jest głównie z dwóch atrakcji: wyjątkowego jeziora Van oraz szczególnej rasy kotów – kotów z Van. O ile zobaczenie jeziora nie stanowi problemu, o tyle znalezienie żyjących wolno kotów miejscowej rasy jest w zasadzie niemożliwe.

Turcja południowo-wschodnia, dzień 9 (poprzedni wpis: Van, starożytna stolica królestwa Urartu). Opisane w poprzednim wpisie zwiedzanie meczetów i twierdzy w Van było zaledwie przygrywką przed głównymi punktami naszego pobytu w mieście. Przede wszystkim chcieliśmy zobaczyć coś, co da się zobaczyć tylko tutaj – wyjątkowe koty o dwubarwnych oczach – koty z Van.

Dlaczego koty z Van są takie słynne ? Jeśli spojrzycie na zdjęcie poniżej, będziecie znali odpowiedź.

Dwukolorowe oczy u kotów z Van

Dwukolorowe oczy u kotów z Van

Tak, najsłynniejszą cechą kotów z Van są różnokolorowe oczy – jedno niebieskie, drugie zielone. Ta „anomalia” sprawia, że turyści jeżdżą do Van specjalnie po to, by zobaczyć te koty na własne oczy. Ale cech wyjątkowych koty z Van mają o wiele więcej…

Legenda mówi, że koty z Van były jednymi z „pasażerów” arki Noego – i jako pierwsze wyskoczyły z niej po zakończeniu potopu. Wzorcowy wygląd kota rasy Van to śnieżnobiała sierść oraz ciemny (kasztanowy) ogon oraz dwie, symetrycznie rozłożone na głowie, ciemne plamki. Ta sama legenda mówi, że plamki są śladem palców Allaha, po tym jak pobłogosławił on koty po zejściu na ląd z arki. A ogon jest ciemny, po został przytrzaśnięty drzwiami arki.

Naturalnym środowiskiem, w którym koty te żyły dziko, były okolice jeziora Van. Zycie nad jeziorem wymusiło na rasie zmiany w zachowaniu oraz budowie. Przede wszystkim koty z Van są jedynymi zwierzętami z rodziny małych kotów, które… pływają (!). Powiedzieć pływają, to nic nie powiedzieć – one potrafią zanurkować :) Bez problemu polują na ryby. Nawet udomowione nie mają problemu z wejściem do wody.

Van, wjeżdżamy na teren uniwersytetu

Van, wjeżdżamy na teren uniwersytetu

Van, kierunkowskazy do rezerwatu kotów na terenie kampusu uniwersyteckiego

Van, kierunkowskazy do rezerwatu kotów na terenie kampusu uniwersyteckiego

Van, siedziba rezerwatu kotów na kampusie uniwersyteckim

Van, siedziba rezerwatu kotów na kampusie uniwersyteckim

Van, rezerwat kotów, klatka z samicami

Van, rezerwat kotów, klatka z samicami

A skoro wchodzą do wody, to do wody przystosowało się także ich ciało. Mają delikatnie zmienioną budowę owłosienia, dzięki czemu ich futro szybciej wysycha. A dodatkowo wykształciły u siebie dodatkową fałdę skóry pomiędzy pazurami – podczas pływania tworzy ona większą powierzchnię „płetwy”. A co do samych oczu – te najbardziej poszukiwane to oczywiście te z każdym okiem w innym kolorze. Ale koty z Van potrafią mieć też oczy w tym samym kolorze – z tym, że jedne mają oba niebieskie, inne oba zielone :)

Dziś koty z Van są wizytówka miasta, ale także dużą atrakcją turystyczną całej Turcji. Niestety prawie w ogóle nie występują już na wolności – spotkanie kota z Van na ulicy to marzenie każdego turysty, na dziś mocno nierealne. Koty te objęte są zakazem wywozu z Turcji, a zadanie odbudowy ich populacji wziął na siebie Uniwersytet w Van. Na tymże uniwersytecie stworzono bowiem specjalną komórkę, zajmującą się hodowlą tej specyficznej rasy kotów. Ośrodek został założony w 1992 r. i może dać dach nad głową nawet kilkuset kotom. Pokaźny budynek mieści w środku pomieszczenie dla kotek z małymi oraz duże, dostępne dla zwiedzających, pomieszczenie dla młodych kotów. Na zewnątrz mieszczą się osobne klatki dla dorosłych samców oraz samic (po obu stronach budynku).

Mają tu warunki do życia i rozmnażania się, a przy okazji można je oglądać – „dom kotów z Van” na miejskim uniwersytecie stał się celem turystycznym. Uniwersytet znajduje się na północnych obrzeżach miasta, można do niego wygodnie dojechać z centrum samochodem drogą D975 w kierunku na Doğubeyazıt. Odległość to ok.12 km.

Na terenie kampusu uniwersyteckiego stworzono specjalny budynek, nazwany „domem kotów z Van”. Jego umiejscowienie pokazujemy na poniższej mapie:

KML-LogoFullscreen-LogoQR-code-logoGeoJSON-LogoGeoRSS-LogoWikitude-Logo
Turcja, Van, rezerwat kotów

ładowanie mapy - proszę czekać...

Turcja, Van, rezerwat kotów: 38.573317, 43.281455

 

Van, rezerwat kotów z Van

Van, rezerwat kotów z Van

Van, rezerwat kotów z Van

Van, rezerwat kotów z Van

Van, rezerwat kotów z Van

Van, rezerwat kotów z Van

Van, rezerwat kotów z Van

Van, rezerwat kotów z Van

Wstęp jest płatny, ale opłata jest symboliczna: 1 TL od osoby. I można przez dowolny czas rozkoszować się widokiem unikalnej kociej rasy, bardzo zaprzyjaźnionej z człowiekiem i bez problemu podchodzącej i skorej do zabawy.

Większość kotów, które możemy zobaczyć tutaj, nie spełnia „standardów” wyglądu rasy – są śnieżnobiałe w całości. Nie mają plamek na głowie, czy ciemnego ogona – ale takie są dziś znane na świecie. Nawet na wjeździe do Van stoją ich podobizny – także całe białe. Koty w rezerwacie mają za to zdecydowanie „rasowe” oczy. Ich widok, szczególnie z bliska (a koty nie stronią od ludzi, nie mają problemu z łaszeniem się tuż przy ogrodzeniu) robi naprawdę duże wrażenie.

Choć uniwersytet w Van nie znajduje się na żadnej trasie turystycznej, a wręcz jest sporo oddalony od miasta i jego innych atrakcji, to zdecydowanie warto się tu wybrać. Jeśli już jedziecie tak daleko na wschód Turcji, nie wracajcie bez zobaczenia słynnych kotów z Van. Na koniec krótkie video z rezerwatu kotów w Van:

To nie koniec naszego pobytu w Van. Na koniec wypożyczyliśmy samochód i pojechaliśmy zwiedzać okolice miasta, w tym jeden z turystycznych symboli całej Turcji – słone jezioro Van.

Pełna galeria zdjęć kotów z Van znajduje się na osobnej stronie naszego bloga oraz na naszym fanpage’u na Facebooku.

 

Inne wpisy z: Turcja (Kurdystan) 2014

Do Turcji lecieliśmy liniami Pegasus

Lutowa wyprawa do tureckiego Kurdystanu była naszą pierwszą objazdową podróżą realizowaną bez samochodu. Czas na małe podsumowanie organizacji logistycznej - transportu, noclegów i wszystkiego, co musieliśmy ogarnąć w czasie pobytu w południowo-wschodniej Turcji.

Berlin, East Side Gallery

W Berlinie kończyła się nasza tegoroczna podróż po południowo-wschodniej Turcji, a że mieliśmy sporo czasu do autobusu wiozącego nas do domu, zaplanowaliśmy zwiedzanie kolejnej atrakcji stolicy Niemiec - East Side Gallery.

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Üsküdar, jedna z większych i najbardziej zaludnionych dzielnic Stambułu, gościł nas przez ułamek dnia podczas drogi powrotnej z podróży po południowo-wschodniej Turcji. Czasu wystarczyło na zwiedzenie kilku znaczących meczetów azjatyckiej części tej wielkiej aglomeracji.

 

 

Van, starożytna stolica królestwa Urartu

Van, oficjalnie liczące ok. 370 tys. mieszkańców, jedno z największych miast wschodniej Turcji, było ostatnim przystankiem na naszej zimowej trasie po południowo-wschodnich rejonach tego kraju. Spędziliśmy w nim ostatnią dobę podróży, zwiedzając atrakcje miasta i okolic.

Turcja południowo-wschodnia, dzień 9 (poprzedni wpis: Doğubeyazıt, u stóp Araratu). Do Van (spolszczona nazwa: Wan) dotarliśmy autobusem rejsowym z Doğubeyazıt – odległość pomiędzy tymi miastami wynosi ok.180 km, autobus jedzie 3 godziny. Udało się nam załapać na wcześniejszy niż planowaliśmy autobus (więcej o okolicznościach we wpisie z Doğubeyazıt), stąd dość nieoczekiwanie już przedostatniego dnia podróży dostaliśmy od losu możliwość zwiedzenia centrum miasta, gdzie mieliśmy zaplanowany nocleg.

Van ma bardzo długą historię, choć dokładnie nie jest znana ta najstarsza. Wiadomo, że już w IX w. p.n.e. Van, pod starożytną nazwą Tuszpa, było stolicą królestwa Urartu. Pierwsza lokalizacja miasta znajdowała się nieopodal sąsiadującej z jeziorem wysokiej skały, na której właśnie jeden z władców Urartu w IX w. p.n.e. Skała ta była przez tysiąclecia ważnym elementem obronnym miasta, dzięki swoim parametrom – wznosząca się na 80 m pionowa ściana, 1800 m długości i do 120 m szerokości dawały podstawę do budowy potężnej warowni. Miasto usadowiło się przy południowym zboczu skały.

Droga z Doğubeyazıt do Van

Droga z Doğubeyazıt do Van

Droga z Doğubeyazıt do Van

Droga z Doğubeyazıt do Van

Van, do Iranu blisko...

Van, do Iranu blisko…

Van, obwodnica miasta

Van, obwodnica miasta

Po upadku królestwa Urartu w VI w. p.n.e., Van znalazło się pod władaniem Persów, a potem w III w. p.n.e. zdobył je Aleksander Wielki. Po jego śmierci rozpoczęła się era Seleucydów, dynastii mającej początek w Seleukosie, jednym z generałów Aleksandra. Kolejne imperia upadały, a wraz z nimi Van zmieniało swoją przynależność (Bizancjum, Arabowie czy Seldżucy).

Van, meczet Sobacı Hamit Yörük Cami

Van, meczet Sobacı Hamit Yörük Cami

Aż do wieku XVI, który to stał pod znakiem walk o wpływy ze strony Persów i Imperium Osmańskiego, wygranych w końcu przez tych drugich. Ze względu na swe położenie oraz historię, w mieście zawsze bardzo silna była społeczność ormiańska, która stanowiła do 1/3 ludności miasta i całej prowincji. Aż do końca XIX w., kiedy to w Turcji rozpoczęły się prześladowania Ormian. W Van swą kulminację miały one w 1915 r., kiedy to po walkach o miasto z Rosją (która aktywizowała Ormian przeciw Turkom, obiecując im niezależność), wojska tureckie wymordowały wszystkich Ormian w mieście.

W wyniku układu pokojowego z Sevres, po I wojnie światowej Van przypadło w udziale Armenii, ale Kemal Mustafa Ataturk rozpoczął wtedy wojnę, negującą postanowienia układowe, co zaowocowało pozostaniem miasta w granicach Turcji. W czasie operacji wojennych miasto zostało jednak doszczętnie zniszczone i nigdy nie zostało sąsiedztwie twierdzy odbudowane. Odbudowano je kilka kilometrów na wschód, z dala od jeziora, a twierdza najpierw była obiektem militarnym, a dziś pełni rolę muzeum.

Van, meczet Sobacı Hamit Yörük Cami

Van, meczet Sobacı Hamit Yörük Cami

Van, meczet Sobacı Hamit Yörük Cami

Van, meczet Sobacı Hamit Yörük Cami

Miasto Van dziś oficjalnie liczy ok. 370 tys. mieszkańców, choć nieoficjalne szacunki mówią nawet o prawie 2 razy większej populacji, w większości pochodzenia kurdyjskiego. Jest też niestety miastem narażonym na trzęsienia ziemi, z których ostatnie miało miejsce całkiem niedawno, bo pod koniec 2011 r. Zginęło wówczas ponad 600 osób, kilka tysięcy zostało rannych, kilkanaście tysięcy budynków zostało uszkodzonych, z czego około połowa nie nadawała się do dalszego zamieszkania. Skutki tego trzęsienia ziemi niejako pobocznie dały się we znaki także nam, ale o tym będzie dalej.

Na zwiedzanie centrum Van mieliśmy raptem dwie-trzy godziny po przyjeździe do miasta – następnego dnia mieliśmy zaplanowane wypożyczenie samochodu i objazd po atrakcjach rozłożonych dookoła Van. Ograniczyliśmy się więc do centrum oraz najważniejszej atrakcji, czyli opisywanej wyżej twierdzy na skale. Głównymi atrakcjami centrum Van były dla nas meczety, o których czasem naprawdę trudno znaleźć jakieś informacje. Choć z pewnością nie są zbyt wiekowe, pamiętajmy że Van wybudowano od nowa w obecnym miejscu po I wojnie światowej, to swoim rozmachem mogą wzbudzić podziw.

Van, meczet Ulu Camii

Van, meczet Ulu Camii

Van, meczet Ulu Camii

Van, meczet Ulu Camii

Van, meczet Ulu Camii

Van, meczet Ulu Camii

Van, meczet Ulu Camii

Van, meczet Ulu Camii

Na pierwszy ogień poszedł duży meczet, na którym w czasie naszej wizyty nie było żadnych oznaczeń, jeśli chodzi o jego nazwę czy rok budowy, co jest dość niezwykłe jak na Turcję. Z informacji znalezionych w sieci wypadałoby wywnioskować, że nazywa się on Sobacı Hamit Yörük Cami (choć stoi on przy ulicy Küçük Cami, co mogłoby również wskazywać na taką nazwę świątyni). Co zaskakujące, był to jeden z najładniejszych wewnątrz meczetów, w jakim było nam dane być w Turcji. Wyjątkowe jest, oprócz pięknych zdobień ceramicznych, również to, że meczet ów ma trzy kondygnacje, co sprawia że wnętrza prezentują się naprawdę widowiskowo. Pewnie dlatego też w meczecie tym, jako jedynym w Van, spotkaliśmy innych ludzi z aparatami fotograficznymi, chcących uwiecznić wnętrza. Nie ma w sieci zbyt wielu zdjęć tego meczetu z zewnątrz, a wnętrz nie znaleźliśmy w ogóle. W każdym razie z zewnątrz prawdopodobnie został odnowiony po wspomnianym wyżej trzęsieniu ziemi, gdyż podczas naszej wizyty elewacja w dużej części miała kolor zielonkawy, podczas gdy na zdjęciach w sieci (starszych) jest on w całości błękitny.

Van, meczet Hz. Omer Camii

Van, meczet Hz. Omer Camii

Kolejnym meczetem, wartym uwagi w centrum Van, jest Ulu Camii, czyli Wielki Meczet. To „nowa” wersja Wielkiego Meczetu (o „starej” będzie niżej), największy meczet w Van, zdolny pomieścić nawet do 10 tys. wiernych. Niestety nie mamy żadnych informacji, dotyczących jego historii – wzbudził jednak u nas małe zamieszanie, bo miał być zielony – tak wynikało z nielicznych jego zdjęć, jakie znaleźliśmy w sieci. A na miejscu zastaliśmy meczet… kremowy – okazuje się, że również i on został uszkodzony podczas trzęsienia ziemi w 2011 r., a po remoncie zmieniono kolor fasady. Wniosek jest jeden – zdjęcia meczetów z Van są w sieci bardzo nieaktualne.

Jako trzeci z meczetów usytuowanych z ścisłym centrum Van polecić możemy Hz. Ömer Camii, uznawany przez niektórych za jeden z piękniejszych meczetów wschodniej Anatolii. Wybudowany niedawno, w 1976 r., także został uszkodzony w wyniku trzęsienia ziemi, ale szybko odbudowany (szczególnie minarety).

Van, meczet Hz. Omer Camii

Van, meczet Hz. Omer Camii

Van, meczet Hz. Omer Camii

Van, meczet Hz. Omer Camii

Van, meczet Hz. Omer Camii

Van, meczet Hz. Omer Camii

Van, meczet Hz. Omer Camii

Van, meczet Hz. Omer Camii

Obowiązkowym punktem dla zwiedzających Van jest także oczywiście twierdza, usytuowana nad jeziorem, ok.4 km od dzisiejszego centrum miasta. Pełni ona rolę muzeum i jest udostępniona dla zwiedzających. Można się na nią wspiąć stromą ścieżką od strony miasta, lub objechać skałę i wejść „prawidłowym” wejściem dla zwiedzających, uiszczając obowiązującą podobno opłatę za wstęp. „Podobno”, bo z braku czasu nie zdecydowaliśmy się na wejście na górę, ograniczając się do spaceru wzdłuż twierdzy od jej południowej strony, tej, gdzie kiedyś usytuowane było starożytne miasto Tuszpa (czyli dawne Van).

Niewiele dziś widać z pozostałości Tuszpy. Jedną z niewielu budowli, które istotnie „wystają z ziemi”, są ruiny „starego” Ulu Camii, czyli Wielkiego Meczetu. Nie ma informacji, kiedy został wybudowany, choć obowiązują dwie wersje: ornamenty wskazują na podobieństwo do meczetów budowanych w XII w., a inne elementy budowli raczej na przełom XIV / XV w. Wiadomo także, że meczet był użytkowany do połowy XIX w., kiedy to został opuszczony w wyniku zniszczeń po trzęsieniu ziemi. Dzieła dokończyły wojny, a potem brak jakiejkolwiek opieki, przez co została z niego niemalże kupa gruzu, z resztkami minaretu i części ścian. Prace archeologiczne rozpoczęto dopiero w 1970 r., a obecnie trwa renowacja tego, co pozostało – tablice informacyjne mówią o terminie ukończenia prac w październiku 2014 r.

Druga widoczna pozostałość to ruiny innego meczetu, Kızıl Cami. W zasadzie z niego, z oryginalnej budowli, pozostała tylko część minaretu, charakterystycznego ze względu na pas zdobień (dzięki którym określono wiek). Sciany meczetu, przylegające do minaretu, to nowsze dzieło, wybudowane na miejscu oryginalnej świątyni. Wspomniane zdobienia na minarecie pozwoliły określić wiek meczetu na XIII w. Nazywany jest on potocznie „Czerwonym Meczetem”, zapewne od koloru materiału budowlanego, z którego minaret został wykonany.

Van, panorama twierdzy

Van, panorama twierdzy

Van, twierdza

Van, twierdza

Van, ruiny meczetu Kizli Camii obok twierdzy

Van, ruiny meczetu Kizli Camii obok twierdzy

Nieco dalej od twierdzy na południe stoją jedyne dwie świątynie, którym udało się przetrwać do czasów dzisiejszych. Większa z nich, będąca częścią kompleksu wraz z odbudowaną medresą oraz grobowcem, to meczet Husrev Paşa Camii, wybudowany w 1567 r. przez ówczesnego gubernatora Van, Köse Husrev Pashę. Jedna z historycznych wersji mówi, że meczet ten zbudowany został przez słynnego tureckiego architekta, Sinana (kilka jego dzieł oraz grób zwiedzaliśmy na poprzednich wakacjach, podczas wizyty w Stambule). Bardziej jednak prawdopodobne jest, że budowniczym był architekt tylko przez Sinana wyznaczony.

Mniej więcej 150 m obok stoi drugi z najlepiej zachowanych meczetów starego Van – meczet Kaya Çelebi Camii, niezwykle podobny do Husrev Paşa Camii pod względem układu, aczkolwiek pozbawiony „dodatków” – medresy i grobowca, przylegających do świątyni. Nie wiadomo dokładnie, kiedy został wybudowany, ale wszystko wskazuje na to, że powstał niedługo po swoim większym „bracie”, czyli w końcówce XVI lub na początku XVII w. W czasie naszego pobytu wyglądał na remontowany.

Van, ruiny meczetu Ulu Camii, w tle meczet Kaya Celebi Camii

Van, ruiny meczetu Ulu Camii, w tle meczet Kaya Celebi Camii

Van, ruiny meczetu Ulu Camii, w tle meczet Husrev Pasha Camii

Van, ruiny meczetu Ulu Camii, w tle meczet Husrev Pasha Camii

Van, twierdza

Van, twierdza

Van, twierdza i ruiny budynku z czasów starego Van

Van, twierdza i ruiny budynku z czasów starego Van

Zwiedzanie pozostałości po starym Van oraz spacer wzdłuż niezwykle okazałej skały, na której znajduje się twierdza, były ostatnimi elementami, związanymi z samym miastem Van. Niedługo zabierzemy Was w podróż po okolicach miasta i atrakcjach dookoła niego się znajdujących, ale zanim o tym, pokażemy Wam w kolejnym wpisie coś, z czego Van jest najbardziej znane – mianowicie słynne koty z Van.

Pełna galeria zdjęć z Van znajduje się na osobnej stronie naszego bloga oraz na naszym profilu na Facebooku.

 

Inne wpisy z: Turcja (Kurdystan) 2014

Do Turcji lecieliśmy liniami Pegasus

Lutowa wyprawa do tureckiego Kurdystanu była naszą pierwszą objazdową podróżą realizowaną bez samochodu. Czas na małe podsumowanie organizacji logistycznej - transportu, noclegów i wszystkiego, co musieliśmy ogarnąć w czasie pobytu w południowo-wschodniej Turcji.

Berlin, East Side Gallery

W Berlinie kończyła się nasza tegoroczna podróż po południowo-wschodniej Turcji, a że mieliśmy sporo czasu do autobusu wiozącego nas do domu, zaplanowaliśmy zwiedzanie kolejnej atrakcji stolicy Niemiec - East Side Gallery.

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Üsküdar, jedna z większych i najbardziej zaludnionych dzielnic Stambułu, gościł nas przez ułamek dnia podczas drogi powrotnej z podróży po południowo-wschodniej Turcji. Czasu wystarczyło na zwiedzenie kilku znaczących meczetów azjatyckiej części tej wielkiej aglomeracji.

 

Doğubeyazıt, u stóp Araratu

Doğubeyazıt, około 70-tysięczne miasto, położone w najdalej na wschód wysuniętym dystrykcie Turcji, było przedostatnim przystankiem na naszej trasie po południowo-wschodniej Turcji. Celem były atrakcje położone dookoła miasta.

Turcja południowo-wschodnia, dzień 8 (poprzedni wpis: Historia jednego spaceru w Diyarbakir). Doğubeyazıt pierwotnie nie było punktem naszej podróży, znalazło się na jej mapie niemal w ostatniej chwili, gdy okazało się, że skrócimy planowany na 2 dni pobyt w Adanie do jednej doby i dzięki temu mamy do zagospodarowania jeden dzień. Wahań nie było w ogóle – jedziemy do Doğubeyazıt – Ararat był wystarczającym magnesem.

Do Doğubeyazıt jechaliśmy rejsowym autobusem z Diyarbakir. Nocnym autobusem – spędziliśmy w nim noc, jadąc 10 godzin. Doğubeyazıt miało też być jedynym punktem na mapie naszej podróży, w którym nie mieliśmy planowanego noclegu – jeszcze tego samego dnia chcieliśmy pojechać dalej.

Doğubeyazıt, które dziś można zobaczyć, to bardzo młode miasto, ale jednocześnie z niezwykle długą, barwną i niestety często tragiczną historią. Jak to możliwe ? Możliwe – Doğubeyazıt powstało w 1930 r., nazwa oznacza ni mniej ni więcej, tylko „wschodnie Beyazit”, ku pamięci Beyazit – miasta położonego nieco na zachód, zniszczonego przez armię turecką podczas tłumienia jednego z kurdyjskich powstań w 1930 r. Ze „starego Beyazit” praktycznie nic do dziś nie zostało. Ale jeśli patrzeć na historię miasta, biorąc pod uwagę i Beyazit i Doğubeyazıt, to jest już o czym czytać.

Dwa szczyty Araratu, z przodu krater meteoru, drugi co do wielkości na świecie

Dwa szczyty Araratu, z przodu krater meteoru, drugi co do wielkości na świecie

Okolice Doğubeyazıt, krater meteoru, drugi co do wielkości na świecie

Okolice Doğubeyazıt, krater meteoru, drugi co do wielkości na świecie

Fotka z Araratem w tle :)

Fotka z Araratem w tle :)

Okolice Doğubeyazıt, od krateru meteoru do granicy z Iranem jest zaledwie kilkaset metrów

Okolice Doğubeyazıt, od krateru meteoru do granicy z Iranem jest zaledwie kilkaset metrów

Najstarsze odnalezione w Doğubeyazıt pozostałości datowane są na czasy królestwa Urartu (czyli mniej więcej VIII – VII w. p.n.e.). Turkowie pojawili się tu dopiero w XI w., a w wieku XVI nastały czasy Imperium Osmańskiego, które przemianowało miasto na ostatnią używaną nazwę – Beyazit (wcześnie miasto nazywało się Daroynk). Pierwotna nazwa była armeńska, ale Ormianie wynieśli się z miasta, gdy zostało one opanowane przez Rosję pod koniec XIX w. Potem populacja była już niemal wyłącznie kurdyjska.

Dziś niemal 70-tysięczne Doğubeyazıt nie ma praktycznie żadnych atrakcji turystycznych w granicach administracyjnych miasta. Nie jest też miastem ładnym. W zasadzie ciężko znaleźć tu coś atrakcyjnego, poza specyficznym uczuciem napięcia, gdy widzisz Kurdów, a obok ogromne jednostki wojskowe Turcji, z wystawionymi na widok czołgami i opancerzonymi transporterami, gdy widzisz odgrodzone murem i drutem kolczastym osiedla rodzin żołnierzy tureckich. Siły wojskowe są tu zdecydowanie bardziej widoczne niż nawet w Diyarbakir. Częściowo zapewne też przez bliskość granicy z Iranem, do której z miasta jest nieco ponad 30 km.

Do Doğubeyazıt dotarliśmy autobusem ok. godziny 6:00, wcześniej szokując się temperaturą, pokazywaną przez wyświetlacz w autobusie – nad ranem dochodziła nawet do -13 stopni. Dworzec autobusowy w Doğubeyazıt jest zwykłym, niewielkim pawilonem, oddalonym od centrum miasta o ok.2 km. Pomimo wczesnej pory udało się zjeść wewnątrz śniadanie (herbata / kawa + jakiś rodzaj nadziewanej bułki – całość dla dwóch osób za kilka dosłownie lir). A potem trzeba było zacząć się rozglądać za transportem, który przewiezie nas do upatrzonych przez nas miejsc. Warto bowiem wiedzieć, że atrakcji dookoła miasta jest kilka, ale niestety za wyjątkiem pałacu Ishak Paszy, do którego można dojechać dolmuszem, nie da się do nich dojechać transportem publicznym, a odległość (nawet do 30 km) wyklucza pieszą wędrówkę. Pozostają więc taksówki, które poleca m.in. przewodnik Lonely Planet, podając cenę 120 TL jako sensowną za objechanie okolic Doğubeyazıt. I tu następuje:

Scenka rodzajowa nr 1: Negocjacje ceny taksówki. Podchodzimy do jednego z taksówkarzy, stojących obok dworca, z pytaniem o trasę: arka Noego – dziura po meteorycie – pałac Ishak Paszy. Zamiast odpowiedzieć, człowiek woła wszystkich swoich kolegów po fachu i rozpoczyna się grupowa deliberacja na parkingu – oczywiście po turecku, czyli my w ząb nie wiemy, o co chodzi. Wreszcie pada kwota: 170 TL. Tu z kolei z naszej strony następuje udawany szok i zdziwienie i ogólna negacja podanej kwoty. Pada więc druga: 130 TL. Lepiej, ale dalej drożej niż w przewodniku, a poza tym jest luty, nie ma turystów i ceny powinny być niższe. Rzucamy więc swoją propozycję: 100 TL. Załamka po stronie taksówkarzy :) Machanie rękami, znów deliberacja i… wszyscy zgodnie rezygnują i odchodzą z parkingu. Teraz konsternacja u nas. Myśl: poczekamy chwilę, poudajemy zamyślenie, a potem wrócimy i zaakceptujemy te 130 TL – trudno. Ale zanim zdążamy plan zrealizować, z budynku dworca wraca do nas jeden z taksówkarzy i… zgadza się na 100 TL. Czy jednak się udało.

Okolice Doğubeyazıt, kierunkowskaz do domniemanej arki Noego

Okolice Doğubeyazıt, kierunkowskaz do domniemanej arki Noego

Okolice Doğubeyazıt, domniemana arka Noego, w tle stroma skała "ściana niebios"

Okolice Doğubeyazıt, domniemana arka Noego, w tle stroma skała „ściana niebios”

Okolice Doğubeyazıt, domniemana arka Noego

Okolice Doğubeyazıt, domniemana arka Noego

Okolice Doğubeyazıt, jak obrócić się do domniemanej arki Noego, to można znów podziwiać Ararat

Okolice Doğubeyazıt, jak obrócić się do domniemanej arki Noego, to można znów podziwiać Ararat

Okolice Doğubeyazıt, jest zima, są i śnieżki, w tle Ararat

Okolice Doğubeyazıt, jest zima, są i śnieżki, w tle Ararat

Jest godzina 7:00. Wracamy do dworca po manatki, pakujemy wszystko do taksówki, która okazuje się mocno zdezelowanym, nieoznaczonym żadnym znakiem „taxi” i przegrzewającym się samochodem i z dość barwnym, kurdyjskim (co podkreśla) kierowcą. Zanim jednak pojedziemy zwiedzać, autko trzeba zatankować. Nadchodzi…

Scenka rodzajowa nr 2: Tankowanie. O konieczności tankowania kierowca nie zdążył nas uprzedzić, stąd zatrzymanie się auta była samo w sobie dla nas zaskoczeniem. Tym bardziej, że podjechaliśmy pod… prywatny dom. Nastąpiła szybka rozmowa taksówkarza z gospodarzem, przekazanie „biletów narodowego banku tureckiego” temu drugiemu przez pierwszego i dopiero teraz wpadamy na to, że będziemy tankować :) Gospodarz z wielkiego plastikowego baniaka, starą partyzancką metodą, czyli wężykiem i lejkiem, wprowadził paliwo do baku naszej „taksówki”. Pojęcia nie mamy, jak mierzył ile wlał, taksówkarz też jakoś nie palił się do mierzenia ile dostał. Pewnie to nie było istotne :) A paliwo pewnie zza irańskiej granicy, w końcu w Iranie paliwo kosztowało kilkadziesiąt groszy za litr (Iran jest szósty na liście krajów na świecie z najtańszym paliwem).

Pierwszym celem taksówkowej eskapady jest krater po meteorze, który spadł w okolicach Doğubeyazıt w 1892 r. Znajduje się on tuż przed przejściem granicznym w Iranem, przy okazji więc oglądnęliśmy sobie i przejście i Iran z odległości dosłownie kilkudziesięciu metrów. O bliskości granicy niech świadczy fakt, że przed dojazdem do krateru musieliśmy przejść kontrolę dokumentów na przydrożnym posterunku wojskowym.

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, brama wejściowa na pierwszy dziedziniec

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, brama wejściowa na pierwszy dziedziniec

Sam krater okazał się robiącą niewielkie wrażenie, sporą dziurą w ziemi o regularnym, okrągłym kształcie. Jest to drugi co do wielkości krater po meteorze na całym świecie, ale zdecydowanie bardziej interesował nas świetny widok na Ararat, jaki rozpościerał się z terenu, na którym znajduje się krater.

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, brama wejściowa na drugi dziedziniec

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, brama wejściowa na drugi dziedziniec

Góra Ararat jest najwyższym szczytem Turcji, posiada dwa szczyty: 5137 m i 3896 m, oba w czasie naszej wizyty były na szczęście widoczne, często zdarza się, że pokrywa je mgła lub chmury (ale my jesteśmy tu w lutym, w krystalicznym zimowym powietrzu przy temperaturze kilku stopni powyżej zera – widzialność jest znakomita). Ararat leży kilkanaście kilometrów od Doğubeyazıt, i choć to strefa zmilitaryzowana, to możliwa jest wspinaczka na jego szczyt (oficjalnie niezbędne jest uzyskanie stosownego zezwolenia). Ararat jest górą znaną z biblii jako miejsce, w którym osiadła arka Noego (o niej jeszcze w tym wpisie napiszemy sporo).

Chichotem historii jest fakt, że Ararat stoi na ziemiach rdzenie armeńskich, kiedyś zamieszkałych przez Ormian. Ararat dla Ormian jest górą zamieszkałą przez bogów, mniej więcej tak jak Olimp dla starożytnych Greków. Ormianie nie mogą się do dziś pogodzić z tym, że Ararat leży w granicach Turcji, a nie ich kraju. Pomimo tego, Ararat jest symbolem współczesnej Armenii. Jest ważnym elementem krajobrazu Erewania, stolicy Armenii, a której także widać szczyt. Ararat był drukowany na armeńskich banknotach (był także na banknotach tureckich).

Doğubeyazıt, twierdza z czasów królestwa Urartu, stojąca obok pałacu Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, twierdza z czasów królestwa Urartu, stojąca obok pałacu Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, grobowiec kurdyjskiego poety Ahmeda Khani, stojący obok pałacu Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, grobowiec kurdyjskiego poety Ahmeda Khani, stojący obok pałacu Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, drugi dziedziniec z meczetem

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, drugi dziedziniec z meczetem

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy

O ile szczyty Araratu prezentują się zjawiskowo i niezwykle fotogenicznie, to jego wysokość nie robi specjalnego wrażenia, choć powinna, bo to najwyższa góra, jaką widzieliśmy podczas wszystkich naszych podróży. Najwyższy szczyt Europy, Mount Blanc, który widzieliśmy podczas wakacyjnej podróży do Hiszpanii w 2012 r., jest niższy od Araratu, a pomimo to wrażenie robił większe. Wytłumaczenie jest proste – teren na którym leży miasto Doğubeyazıt i cała okolica, sam w sobie jest już wysoko położony (ponad 1600 m n.p.m.), stąd Ararat, wystając ponad niego o nieco ponad 3,5 km wydaje się niższy niż powinien. Ararat jest widoczny wokół Doğubeyazıt z każdego miejsca i będzie nam towarzyszył do końca naszego kilkugodzinnego pobytu w mieście i okolicach.

Zmieniamy miejscówkę i przejeżdżamy znacznie bliżej miasta i jakieś 20 km przed nim skręcamy przy kierunkowskazie do „Nuhun Gemisi”, czyli do arki Noego. Tak tak, w okolicach Doğubeyazıt Turkowie odnaleźli coś, co jak twierdzą jest pozostałością po biblijnej arce Noego (w końcu leży całkiem niedaleko Araratu). Choć nigdy nie zostało to potwierdzone, wg odkrywców pewne fakty potwierdzają związek znaleziska z arką Noego:

  • kształt przypominający statek lub łódź, ze spiczastymi zakończeniami;
  • długość dokładnie odpowiadająca długości biblijnej arki (515 stóp);
  • miejsce znaleziska – okolice Araratu, co jest zgodne z biblijnymi zapisami;
  • znalezisko zawiera potwierdzone badaniami resztki skamieniałego drewna;
  • znalezisko zawiera resztki elementów wykonanych z aluminium i tytanu, które są dziełami człowieka;
  • w kształcie znaleziska da się wyodrębnić regularne elementy szkieletu statku (np. pozostałości belek nośnych szkieletu);
Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, kuchnia

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, kuchnia

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Pasz

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, lochy w podziemiach

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, lochy w podziemiach

Czy to, co tam można zobaczyć, jest rzeczywiście resztkami arki Noego, nie wiemy i być może już się nie dowiemy. Warto jednak tam podjechać, by je zobaczyć w niesamowitej, górskiej scenerii. Powyżej arki znajduje się góra, ukoronowana stromą skałą, zwaną „ścianą niebios”. A jak obrócić się do arki tyłem, to zobaczymy… oczywiście Ararat w pełnej krasie. Przy okazji brodzenia po kostki w tureckim śniegu (przypominamy, jest luty), korzystamy z okazji porzucania się śnieżkami i wsiadamy w nasze „taxi”, by dojechać do ostatniego przystanku, pałacu Ishaka Paszy.

Pałac ten znajduje się jakieś 6 km na południowy-wschód od Doğubeyazıt i prowadzi do niego dobra, asfaltowa droga (droga do arki Noego w zimie wiedzie w góry i w wyższych partiach była dość mocno obłożona śniegiem). Do pałacu Ishaka Paszy można też dojechać dolmuszem z centrum miasta. Po drodze do niego przejeżdżamy obok widocznego symbolu obecności państwa tureckiego wśród Kurdów – jednostki wojskowej, bogato wyposażonej w widoczne wprost z ulicy czołgi.

Ishak Pasza, pisownia oryginalna İshakpaşa, był osmańskim generałem, jednym z wielu, którzy zarządzali regionem w imieniu imperium. Wybudował pałac, nazwany potem jego imieniem. Budowa rozpoczęła się w 1685 r. i trwała aż 99 lat (ukończono ją w 1784 r.). Pałac miał podobno 365 pokoi (tyle, ile dni w roku) i dziś nazywany jest pałacem z baśni Tysiąca i Jednej Nocy, choć z baśnią tą nie ma nic wspólnego. Wstęp do niego jest płatny (5 TL od osoby dorosłej). Zostawiamy naszego taksówkarza i idziemy zwiedzać pałac.

Zanim jednak wejdziemy na teren pałacu, naszą uwagę zwraca pobliska skała z widocznymi pozostałościami po twierdzy. Pamięta ona czasy królestwa Urartu i funkcjonowała ok. X wieku p.n.e. (królestwo Urartu istniało pomiędzy XIII a VI w. p.n.e.). Widoczek twierdzy uzupełnia malowniczy meczet oraz stojący po drugiej stronie drogi budynek, zwierający ważne dla Kurdów symbol – grobowiec kurdyjskiego pisarza i poety, Ahmeda Khani, żyjącego w XVII / XVIII w. Wciąż jest grobowiec celem wielu szkolnych wycieczek.

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, główny miejski deptak

Doğubeyazıt, główny miejski deptak

Doğubeyazıt, Ararat widać z każdego miejsca w mieście

Doğubeyazıt, Ararat widać z każdego miejsca w mieście

Doğubeyazıt, spacer na dworzec autobusowy, oddalony 2 km od centrum

Doğubeyazıt, spacer na dworzec autobusowy, oddalony 2 km od centrum

Sam pałac Ishaka Paszy zdecydowanie wart jest zobaczenia, choć część zawalonego stropu zastąpiono irracjonalnie nowoczesnym szklanym dachem, co wygląda kompletnie bez sensu. Na szczęście widać to tak naprawdę dopiero w środku. Do pałacu wchodzimy niezwykle okazałą bramą wprost na pierwszy z dziedzińców, zawierający pomieszczenia strażników oraz fontannę. Tu jeszcze wstęp miały osoby z zewnątrz: kupcy i goście. Wąskim przejściem w dół dotrzeć stąd można także do lochów.

Drugi z dziedzińców, do którego docieramy przez kolejną widowiskową bramę, dostępny był w przeszłości już tylko wyłącznie dla rodziny władcy oraz gości specjalnych. Najbardziej spektakularnym jego elementem jest z pewnością meczet z kopułą, bogato zdobiony z zewnątrz, przed którym znajduje się równie bogaty w zdobienia mały grobowiec. Nie wiadomo dokładnie, czyje szczątki zawiera, ale data jego powstania (1799 r.) pokrywa się z datą śmierci fundatora pałacu, Ishaka Paszy. W pomieszczeniach otaczających dziedziniec znajdowały się także pokoje niewolników, harem oraz prywatne apartamenty władcy oraz jego rodziny.

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, wnętrze meczetu

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, wnętrze meczetu

Kolejną zdobioną (chyba najładniejszą) bramą wchodzimy na teren dawnego haremu, w którym nie wszystkie pomieszczenia są udostępnione dla zwiedzających. Zobaczyć można m.in. salę ceremonii i kuchnię i łaźnię. Na koniec zwiedzamy pałacowe lochy. Cała wizyta w pałacu Ishaka Paszy zajęła nam ok. 50 minut, w lutym praktycznie nie mieliśmy „konkurencji” w postaci innych turystów. A sam pałac uznawany jest za drugie (po stambulskim pałacu Topkapi) arcydzieło pałacowe architektury osmańskiej – do tego stopnia, że pałac Ishaka Paszy uwieczniony był na tureckich banknotach (nowa wersja już nie zawiera zdjęcia pałacu).

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, grobowiec na drugim dziedzińcu

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, grobowiec na drugim dziedzińcu

Mniej więcej o godz.10:30 jesteśmy już w centrum Doğubeyazıt, gdzie kazaliśmy się zawieźć taksówkarzowi – mamy bilety na autobus do Van dopiero na 14:00, mamy więc czas na zjedzenie czegoś. Taxi zawozi nas do polecanej przez siebie restauracji. Zapamiętujemy jeszcze widoczny wyraz szczęścia u kierowcy na widok banknotu 100-lirowego i zajmujemy się jedzeniem kurdyjskiego kebaba, połączonym z obserwacją życia ulicy za oknem. Nie dało się zapomnieć grzejnika elektrycznego, który gospodarz, zapewne przekonany o tym, że marzniemy w temperaturze która panuje wewnątrz, raczył przystawić nam prawie do nóg (ukradkiem wyjęliśmy wtyczkę z gniazdka, bo po chwili byliśmy bliscy roztopienia).

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, zdobienia bramy na drugim dziedzińcu

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, zdobienia bramy na drugim dziedzińcu

Z knajpki postanawiamy pieszo udać się w drogę powrotną na dworzec autobusowy. Budząc zainteresowanie (głównie małolatów), trafiamy na miejski deptak, główną ulicę, wzdłuż której spacerujemy z plecakami w kierunku dworca. Bez żadnych przygód wychodzimy na drogę wylotową z Doğubeyazıt. Mijające nas grupy szczelnie odzianych kobiet o dziwo bardzo przyjaźnie uśmiechają się do Doroty, nie wiemy dlaczego. I to nie raz, ale w zasadzie każda mijana kobieta tak reaguje. Niby wiemy, że dobrze idziemy, ale dla spokoju pytamy o „otogar” dwóch stojących przy drodze mężczyzn. I tu startuje…

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy

Scenka rodzajowa nr 3: Informacja turystyczna. Turkowie są magiczni, jeśli chodzi o udzielanie informacji. Pytamy dwóch wspomnianych mężczyzn, czy dobrze idziemy na „otogar” i dolmusz do Van. Odpowiadają, że tak, ale to daleko i żebyśmy zabrali się z nimi dolmuszem, który powinien zaraz nadjechać (wszystko oczywiście na migi, w ząb angielskiego). Dziękujemy i zamierzamy się oddalić, ale znikąd zjawia się kolejny człowiek, zwabiony widokiem turystów pytających o coś. Ten koleś z kolei twierdzi, że owszem, otogar jest tam gdzie idziemy, ale z niego nie odjeżdżają autobusy do Van, tylko z drugiego dworca – tego w centrum miasta  – co jest oczywistą bzdurą, bo przecież kupiliśmy już na „naszym” otogarze bilety do Van.

I tak rodzi się dyskusja, a grono dyskutantów zaraz powiększa się o kierowcę pustego busa, który specjalnie zatrzymał się, by spytać w czym problem :) On też zaoferował nam podwózkę na dworzec, ale podziękowaliśmy, twardo trwając przy wyzwaniu dojścia tam pieszo. Bus odjeżdża, my odchodzimy. Puenta pojawi się za kilka minut – bus bowiem wróci do nas (kierowca zawrócił specjalnie do nas) z ponowną propozycją  pomocy – rozbawieni tym „poświęceniem” tym razem wsiadamy i zostajemy podrzuceni pod sam szlaban wjazdowy na dworzec.

Jest kilka minut przez południem, a my mamy bilet na ostatni autobus, odjeżdżający do Van, na godzinę 14:00. Czeka nas więc dwie godzinki czekania. Ale chwila, na peronie dworca stoi autobus do Van, odjeżdżający o 12:00. Pytamy więc kierowcę – co nam szkodzi – czy możemy przebukować bilety i pojechać z nim…

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, brama na drugim dziedzińcu

Doğubeyazıt, pałac Ishaka Paszy, brama na drugim dziedzińcu

Scenka rodzajowa nr 4: Przebukowanie biletów. Kierowca o dziwo pozytywnie reaguje na angielskie „change ticket ?” i sam osobiście prowadzi nas do kasy, w której o świcie kupowaliśmy bilety. Przy kasie, w której oczywiście siedzi z pięciu chłopa nad jednym komputerem, rozpoczyna się najpierw rozmowa, potem dyskusja, potem kłótnia, a na końcu myśleliśmy że będą rękoczyny. Kasa odmówiła przebukowania – z tego co zrozumieliśmy (o ile można zrozumieć coś z machania przez dyskutantów rękami), kierowcy dostają zapłatę od każdego przewiezionego pasażera i zmiana spowodowałaby stratę u kierowcy kursu, z którego rezygnujemy (może już mu za nas zapłacili). W kulminacyjnym momencie krzyków, kierowca autobusu zabiera nas od kasy każe nam… wyrzucić bilety do kosza, po czym… bez biletu wpuszcza nas do swojego autobusu. Zeby kolorytu było więcej, dwóch pojedynczych pasażerów, siedzących po lewej i  prawej stronie w pierwszym rzędzie siedzeń, zostaje przez kierowcę zmuszonych do siedzenia razem, tak byśmy my mogli też razem usiąść. Cały autobus łapie przez nas kilkunastominutowe opóźnienie, ale nikt nie ma z tym problemu. Godność gospodarzy uratowana, turyści są odpowiednio obsłużeni :)

I tak to jesteśmy w autobusie, który wiezie nas ku ostatniemu miastu na naszej trasie po południowo-wschodniej Turcji. Miastem tym jest miasto Van, znane głównie z dużego jeziora oraz… kotów :) Ale więcej będzie już w następnym wpisie.

Pełna galeria zdjęć z Doğubeyazıt znajduje się na osobnej stronie naszego bloga oraz na naszym fanpage’u na Facebooku.

 

Inne wpisy z: Turcja (Kurdystan) 2014

Do Turcji lecieliśmy liniami Pegasus

Lutowa wyprawa do tureckiego Kurdystanu była naszą pierwszą objazdową podróżą realizowaną bez samochodu. Czas na małe podsumowanie organizacji logistycznej - transportu, noclegów i wszystkiego, co musieliśmy ogarnąć w czasie pobytu w południowo-wschodniej Turcji.

Berlin, East Side Gallery

W Berlinie kończyła się nasza tegoroczna podróż po południowo-wschodniej Turcji, a że mieliśmy sporo czasu do autobusu wiozącego nas do domu, zaplanowaliśmy zwiedzanie kolejnej atrakcji stolicy Niemiec - East Side Gallery.

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Üsküdar, jedna z większych i najbardziej zaludnionych dzielnic Stambułu, gościł nas przez ułamek dnia podczas drogi powrotnej z podróży po południowo-wschodniej Turcji. Czasu wystarczyło na zwiedzenie kilku znaczących meczetów azjatyckiej części tej wielkiej aglomeracji.

 

Historia jednego spaceru w Diyarbakir

Diyarbakir był jedynym miejscem, w którym podczas lutowej podróży po południowo-wschodniej Turcji byliśmy dwa razy. Aczkolwiek oba te razy były w innych częściach miasta, a drugi nasz pobyt trwał zaledwie 7 godzin. Ale i tak ten drugi, krótszy, zdążył się zapisać w naszej pamięci.

Turcja południowo-wschodnia, dzień 7 (poprzedni wpis: Mardin, kamienny bliźniak Midyat). Nadszedł czas, by po dwudniowym rajdzie przez Hasankeyf, Midyat i Mardin znów zawitać do Diyarbakir i oddać pożyczony tu samochód. Wracaliśmy z Mardin, postanawiając nadrobić w Diyarbakir niewielkie zaległości w zwiedzaniu i zobaczyć zabytkowy most Ongözlü Köprüsü, który widzieliśmy z murów starej części miasta.

Most ten, oficjalnie zwany Dicle Köprüsü, został wybudowany na rzece Tygrys w 1065 r. i uważany jest za pierwszy islamski most w Anatolii. Jest dobrze widoczny z wysokości murów starej części Diyarbakir (oddalony od niej jest o mniej więcej 2 km). Dicle Köprüsü był jeszcze do niedawna normalnie użytkowany, ruch zmotoryzowany został wstrzymany dopiero w 2009 r. Dziś jest kolejną historyczną atrakcją miasta.

Wracamy do trasę dojazdową do Diyarbakir i jedziemy prosto na miejskie lotnisko, położone, podobnie jak to w Adanie, niezwykle blisko osiedli miejskich. Na lotnisku oddajemy samochód i pozostaje nam do rozpatrzenia ostatni dylemat: co robić w mieście przez najbliższe 7 godzin, które dzielą nas do odjazdu nocnego autobusu, który zawieźć nas miał do Doğubeyazıt – następnego celu naszej podróży. Decydujemy się na przechadzkę z lotniska prosto na dworzec autobusowy. Mapa pokazuje ok. 7 km drogi, więc powinna nam ona zająć sporą część z posiadanego wolnego czasu.

Diyarbakir, most Dicle Köprüsü

Diyarbakir, most Dicle Köprüsü

Diyarbakir, most Dicle Köprüsü

Diyarbakir, most Dicle Köprüsü

Diyarbakir, most Dicle Köprüsü

Diyarbakir, most Dicle Köprüsü

Mury starej części Diyarbakir, widziane z mostu Diyarbakir, most Dicle Köprüsü

Mury starej części Diyarbakir, widziane z mostu Diyarbakir, most Dicle Köprüsü

Siedmiokilometrowa droga lotnisko – dworzec autobusowy rozkłada się dokładnie odwrotnie, niż zapewne miałoby to miejsce w każdym polskim mieście. Z lotniska do miasta jest 1 km, a z miasta na dworzec autobusowy – 6 km :) Nic to, plecaki na plecy i idziemy.

Wychodząc na jedną z głównych ulic miasta, Karacadağ Caddesi, znów zaczynamy wzbudzać zainteresowanie przechodniów, choć tym razem bardzo widocznie jest to pozytywne zainteresowanie. Nowa część Diyarbakir, w odróżnieniu od starej dzielnicy, nie ma tak złej sławy i nie obowiązują tu ostrzeżenia o możliwych rabunkach. Nasza piesza podróż odbywa się więc bez żadnych negatywnych zakłóceń, a szybko pojawiają się te pozytywne.

Już po kilkuset metrach spaceru, podczas mijania niewielkiego przybytku, wyglądającego na bistro, przystajemy zastanawiając się nad możliwością zjedzenia tu czegokolwiek. Niemal natychmiast z „przybytku” wychodzi gospodarz, nie znoszącym sprzeciwu gestem zapraszając do środka. Lokal okazuje się… piwiarnią, co jest mocno zaskakujące, biorąc pod uwagę że jesteśmy w tej bardziej religijnej części Turcji, niezbyt tolerującej obecność alkoholu (zapamiętaliśmy to m.in. z długich poszukiwań piwa na ulicach Midyat).

Piwiarnia dodatkowo zdaje się jest typowo męskim przybytkiem, kobiety żadnej we wnętrzach nie zastaliśmy. Niejako potwierdzenie przyszło samo – lokal w ogóle nie posiadał damskiej toalety. Wejście więc Doroty musiało wzbudzić nie lada sensację, ale gospodarz nie miał z tym żadnego problemu. Chyba na wszelki wypadek posadził nas na piętrze, gdzie mieliśmy tylko jednego współtowarzysza przy sąsiednim stoliku. Do obsługi został wydelegowany jedyny człowiek, który jako-tako potrafił się z nami porozumieć po angielsku.

Piwiarnia w Diyarbakir

Piwiarnia w Diyarbakir

Na stoliku pojawiła się jedyna rzecz, którą dało się zamówić, czyli piwo (oczywiście Efes) i gratisowa miska prażonych pestek dyni. Zapamiętaliśmy wielkie zdziwienie, gdy wytłumaczyliśmy, że idziemy na piechotę na dworzec autobusowy. Gdy potwierdziliśmy, że wiemy że czeka nas godzina tuptania, zdziwienie osiągnęło już pułap zenitu. Przy wyjściu po raz pierwszy spotkaliśmy się z praktyką spryskiwania gościom rąk jakimś płynem czyszczącym, o silnej zawartości alkoholu, co dało się czuć po bardzo specyficznym zapachu. Potem już wielokrotnie widywaliśmy tę praktykę w różnych lokalach, a nawet autobusach rejsowych.

Przeszliśmy wzdłuż dużych miejskich osiedli aż do ronda Kantar Kvş, po czym przyszło nam skręcić w lewo, w długą, prostą drogę wylotową z miasta, w stronę Sanliurfy, przy której mieści się „otogar”, czyli dworzec autobusowy. Kolejny przystanek wypadł nam na przydrożnej stacji benzynowej, gdzie z miejsca wpadliśmy w oko obsłudze. Najpierw Dorota dostała, jak małe dziecko, gumy do żucia :) A potem, widząc nas stojących z boku stacji, pracownicy wynieśli nam… herbatę. Ot tak, z gościnności, gratis.

Ulice Diyarbakir

Ulice Diyarbakir

Ulice Diyarbakir, policja jest bardzo widoczna

Ulice Diyarbakir, policja jest bardzo widoczna

Ulice Diyarbakir

Ulice Diyarbakir

Fantazja tureckich budowlańców dorównuje wyobraźni tych polskich :)

Fantazja tureckich budowlańców dorównuje wyobraźni tych polskich :)

Jeszcze dwa dni wcześniej mieszkańcy ostrzegali nas w starej części Diyarbakir przez rabunkami i kradzieżami, a dziś wynoszą nam herbatę, zagadują, pytają skąd i dokąd. Diyarbakir to miasto dużych kontrastów. Choć chyba za bardziej typowe uznać trzeba właśnie to pogodne, gościnne i uczynne zachowanie, niż stan zagrożenia, który wpajano nam wcześniej. Im dalej na wschód, tym bardziej odczuwaliśmy chęć pomagania i naturalną gościnność miejscowych. Bywało, że zainteresowanie nami, kroczącymi z plecakami, poza sezonem turystycznym, stawało się bardzo widoczne już z daleka. Był też i taki moment w Diyarbakir, kiedy to Dorota stała się na chwilę atrakcją dla gromady miejscowych dzieciaków, które zaczęły z hałasem krążyć dookoła. Zaspokoiwszy swoją ciekawość, szybko jednak odpuściły sobie marsz za nami.

Przed samym dworcem autobusowym znów przystanęliśmy na stacji benzynowej, gdzie sytuacja szybko powtórzyła się. Wystarczyło kilka minut postać, by zjawił się człowiek z pytaniem, czy nie napijemy się herbaty. Tym razem jednak odmówiliśmy – naprzeciwko dał się zauważyć lokal z jedzeniem – tam zamierzaliśmy zrobić sobie dłuższy przystanek.

Niestety nie pamiętamy, jak ów przybytek się nazywał, ale mieści się prawie dokładnie vis a vis dworca. Tu zaczęła się najdziwniejsza część pieszego przemieszczania się ulicami Diyarbakiru. Gwiazdami zostaliśmy już w progu, najwyraźniej zwracając uwagę wszystkich (nielicznych co prawda) gości lokalu. Zanim jeszcze dostaliśmy na stół dwa zamówione kebaby, jeden z gości „dostarczył” nam na stół turecki smakołyk, znany już nam z bazarów – cevizli sucuk (w dosłownym tłumaczeniu „orzechowa kiełbasa”), oryginalnie pochodzący z Gruzji, znany tam pod nazwą „czurczchela” – orzechy utopione w masie w czymś, co jest podobno syropem z winogron. Trochę to gumowe i jako takie może służyć do żucia :)

Cevizli Sucuk ("orzechowa kiełbasa"), na górze, w towarzystwie małego kawałka lokum - zdjęcie zrobione jeszcze w Sanliurfie

Cevizli Sucuk („orzechowa kiełbasa”), na górze, w towarzystwie małego kawałka lokum – zdjęcie zrobione jeszcze w Sanliurfie

Deser o nieznanej nam nazwie z restauracji w Diyarbakir

Deser o nieznanej nam nazwie z restauracji w Diyarbakir

Diyarbakir, dworzec autobusowy (otogar)

Diyarbakir, dworzec autobusowy (otogar)

Diyarbakir, dworzec autobusowy (otogar)

Diyarbakir, dworzec autobusowy (otogar)

Diyarbakir, dworzec autobusowy (otogar)

Diyarbakir, dworzec autobusowy (otogar)

Karuzela się rozkręciła i już wkrótce zaczęły przysiadać się do Doroty dzieci innych gości, chyba też przyciągnęliśmy uwagę wszystkich kelnerek w lokalu… Koniec końców, po dość intensywnym towarzysko posiłku, dojechał nam na stół niezamawiany wcale deser, którego przy kasie nie uwzględniono na rachunku – taki gratis. Deser prezentujemy na jednym ze zdjęć – nie mamy pojęcia jak się nazywa.

Mniej więcej po 4 godzinach od momentu wyjścia z lotniska dotarliśmy ostatecznie na dworzec kolejowy w Diyarbakir. Wpis ten nie ma na celu pokazania naszego bohaterstwa w noszeniu plecaków, bardziej zwracamy uwagę na bezinteresowną gościnność wschodnich Turków, ciekawość obcych w pozytywnym znaczeniu i chęć pomocy, jaką prezentują oni na każdym kroku. Co najważniejsze, jak ta chęć pozostawienia po sobie jak najlepszego wrażenia u przygodnych turystów rzeczywiście działa – Diyarbakir pozostał bowiem w naszej pamięci właśnie jako miasto przyjaznych, uśmiechniętych i towarzyskich ludzi, choć pierwsza nasza styczność – ta ze starą częścią miasta – zapowiadała totalnie odwrotne wspomnienia.

Nadchodzący nocleg miał być wyjątkowy podczas naszej podróży – spędzić go zamierzaliśmy bowiem w rejsowym, nocnym autobusie do Doğubeyazıt, miasteczka położonego na wschodnim krańcu Turcji, tuż przy granicy z Iranem. Podróż miała trwać aż 10 godzin i przenieść nas miała w zimowe plenery Araratu, u stóp którego Doğubeyazıt leży.

 

Inne wpisy z: Turcja (Kurdystan) 2014

Do Turcji lecieliśmy liniami Pegasus

Lutowa wyprawa do tureckiego Kurdystanu była naszą pierwszą objazdową podróżą realizowaną bez samochodu. Czas na małe podsumowanie organizacji logistycznej - transportu, noclegów i wszystkiego, co musieliśmy ogarnąć w czasie pobytu w południowo-wschodniej Turcji.

Berlin, East Side Gallery

W Berlinie kończyła się nasza tegoroczna podróż po południowo-wschodniej Turcji, a że mieliśmy sporo czasu do autobusu wiozącego nas do domu, zaplanowaliśmy zwiedzanie kolejnej atrakcji stolicy Niemiec - East Side Gallery.

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Üsküdar, jedna z większych i najbardziej zaludnionych dzielnic Stambułu, gościł nas przez ułamek dnia podczas drogi powrotnej z podróży po południowo-wschodniej Turcji. Czasu wystarczyło na zwiedzenie kilku znaczących meczetów azjatyckiej części tej wielkiej aglomeracji.

 

Mardin, kamienny bliźniak Midyat

Mardin, tak samo jak i Midyat, jest żelaznym punktem na turystycznej trasie po południowo-wschodniej Turcji. Oba miasta słyną dziś ze swych historycznych części, zbudowanych z kamienia, pamiętających czasy odległych kultur. Mardin prezentuje się okazalej ze względu na swe położenie na wzgórzu i twierdzę górującą nad miastem.

Turcja południowo-wschodnia, dzień 7 (poprzedni wpis: Hasankeyf, skalne miasto którego wkrótce nie będzie…). Diyarbakir, Midyat i Mardin (oraz pośrednio, leżące na trasie, Hasankeyf) stworzyły nam „magiczny” trójkąt, w którym poruszaliśmy się przez dwie pełne doby w trakcie naszej podróży. Trójkąt, po którego bokach poruszaliśmy się w różnych kierunkach, chcąc te wszystkie miejsca zobaczyć podczas krótkich dwóch lutowych dni:

  • najpierw z Diyarbakir przez Hasankeyf (zatrzymując się jedynie na kilka fotek z poziomu drogi) pojechaliśmy do Midyat;
  • rano zwiedziliśmy Midyat i okolicy, po czym przemieściliśmy się godzinę drogi wstecz do Hasankeyf, by tym razem dokładnie go zwiedzić;
  • z Hasankeyf, znów przez Midyat (tylko przejazdem) pojechaliśmy do Mardin;
  • drugiego ranka zwiedziliśmy Mardin, by już o 14-tej być spowrotem w Diyarbakir (tym razem inną trasą – przez Cinar), gdzie oddawaliśmy pożyczony samochód;

Jeśli przyglądniecie się mapie, zobaczycie o co chodzi z tym krążeniem. A spowodowane to było chęcią pobytu (noclegu) w Midyat i Mardin oraz zobaczenia Hasankeyf, w którym o nocleg rezerwowany przez internet jest bardzo krucho, a na poszukiwania na miejscu nie chcieliśmy tracić czasu. Bo, jak już wspomnieliśmy, dni w lutym i tak są wystarczająco krótkie.

KML-LogoFullscreen-LogoQR-code-logoGeoJSON-LogoGeoRSS-LogoWikitude-Logo
Turcja, Mardin

ładowanie mapy - proszę czekać...

Turcja, Mardin, meczet Necmettin Camii: 37.311139, 40.732573
Turcja, Mardin, meczet Şeyh Çabuk Camii: 37.313095, 40.731633
Turcja, Mardin, kościół Kirklar Kilisesi: 37.313323, 40.732412
Turcja, Mardin, muzeum miejskie: 37.313537, 40.734794
Turcja, Mardin, chaldyjski kościół Mor Hürmüzd Keldani Kilisesi: 37.313485, 40.737305
Turcja, Mardin, meczet Kasım Tuğmaner Camii: 37.313225, 40.738211
Turcja, Mardin, meczet Dinari Pamuk Camii: 37.313464, 40.740046
Turcja, Mardin, meczet Ulu Camii: 37.312769, 40.739622
Turcja, Mardin, budynek poczty: 37.314381, 40.743291
Turcja, Mardin, meczet Şehidiye Camii: 37.314168, 40.743484
Turcja, Mardin, medresa Zinciriye Medresesi: 37.314100, 40.739858
Turcja, Mardin, twierdza: 37.315585, 40.739064

 

Mardin, panorama starego miasta

Mardin, panorama starego miasta

Mardin, hotel Antik Tatlidede Konagi

Mardin, hotel Antik Tatlidede Konagi

Mardin, kościół Kirklar Kilisesi

Mardin, kościół Kirklar Kilisesi

Mardin, kościół Kirklar Kilisesi

Mardin, kościół Kirklar Kilisesi

Budzimy się więc w Mardin, gdzie spaliśmy w hotelu w starej części miasta, blisko jej głównej ulicy – Cumhuriyet Cadessi, a więc blisko wszystkich atrakcji miasta. Sam hotel zresztą też taką wizualną atrakcją jest, a dodatkowo oferuje duży taras z widokiem na twierdzę. Polecamy więc hotel Antik Tatlidede Konagi, mający tylko jeden minus, typowy dla hoteli umiejscowionych w ciasnych uliczkach starych miast – brak parkingu. W zasadzie parking jest – ale na jedno auto. Szczęście – byliśmy w lutym jedynymi zmotoryzowanymi jego klientami i to jedno miejsce właśnie nam przypadło.

Mardin, kościół Kirklar Kilisesi

Mardin, kościół Kirklar Kilisesi

Historia miasta Mardin jest typową historią dla Mezopotamii – miejsce zamieszkane jest od bardzo dawnych czasów (mniej więcej 4000 r. p.n.e.). W ciągu czasów starożytnych wiele kultur przewinęło się przez miasto, często zmieniające przynależność do różnych mocarstw. Przewinęli się tutaj i Hetyci i Asyryjczycy i królestwo Urartu.

Mardin, kościół Kirklar Kilisesi

Mardin, kościół Kirklar Kilisesi

Byli też Macedończycy i Aleksander Wielki, a potem jeden z jego wodzów – Seleukos. W II w. p.n.e. tereny Mardin weszły w skład królestwa Urfy, wraz z którym w III w. n.e. dostały się pod panowanie Imperium Rzymskiego. Następcą Rzymu było Bizancjum aż do 640 r., kiedy to nadeszła fala islamu i kalifowie z Damaszku.

Na początku XII w. rozpoczęły się rządy dynastii Artukidów, w mocy których pozostawał Mardin przez kolejne trzy wieki. To właśnie po Artukidach pozostało w mieście bardzo dużo zabytków: meczetów, medres, łaźni i karawanserajów. Miasto obroniło się potem przed najazdem Timura Chromego, pomimo iż zdobył on większość terenów Azji Srodkowej i posiadał na owe czasy jedną z najpotężniejszych armii na świecie. Ale szybko miasto zdobyli władcy z dynastii Kara Kojunlu, którzy równie szybko przegrali kolejną walkę o Mardin z plemionami Ak Kojunlu, które odbudowały miasto po burzliwych czasach walk.

Na początku XVI w. nadeszło Imperium Osmańskie, aczkolwiek pomimo wieków islamizacji, wciąż istniały w Mardin i istnieją do dziś kościoły różnych odłamów chrześcijaństwa, które koegzystują z meczetami. Choć nie powstawały już nowe, to stare przetrwały cały okres islamu – większość z nich wybudowano jeszcze przed erą islamizacji.

Przez zawieruchę I wojny światowej i późniejsze walki o wyzwolenie Turcji, Mardin przeszło bez większych ofiar, choć każda z armii miała ochotę na zdobycie twierdzy na szczycie wzgórza. Zadecydowała twarda postawa mieszkańców przeciwko obcym armiom. Z Mardin związane było także życie Kemala Mustafy Ataturka, który właśnie tutaj otrzymał tytuł „paszy”, generała armii tureckiej. Dziś jest Mardin szybko rosnącym miastem, z obecną populacją dochodzącą do 90 tys. mieszkańców. Jest też stolicą regionu, do którego należy także Midyat.

Mardin, pomnik Ataturka

Mardin, pomnik Ataturka

Mardin, muzeum miejskie

Mardin, muzeum miejskie

Mardin, kościół Mor Hürmüzd Keldani Kilisesi

Mardin, kościół Mor Hürmüzd Keldani Kilisesi

Mardin, meczet Dinari Pamuk Camii

Mardin, meczet Dinari Pamuk Camii

Z tym „kamiennym bliźniakiem” Midyat to trochę naciągane. Stara część Mardin jest zdecydowanie większa i okazalsza. Ma też o wiele więcej klimatu i widowiskowości – jest położona na stromym wzgórzu, zwieńczonym potężną twierdzą, do dziś wykorzystywaną do celów wojskowych. W sieci opinie bywają różne – nam zdecydowanie bardziej podobał się Mardin. Przy meczetach i bazarach, nawet tych cuchnących oferowanymi świeżymi podrobami i resztkami zwierząt, tętni tu codzienne życie, w odróżnieniu od Midyat, gdzie stare syryjskie kościoły wyzamykane są na cztery spusty. Mardin po prostu żyje.

Zwiedzanie atrakcji historycznych Mardin odbywa się poprzez spacer wzdłuż głownej ulicy starej części miasta – Cumhuriyet Cadessi. Wszystkie ważne miejsca znajdują się w jej okolicy, oczywiście poza twierdzą na szczycie wzgórza. Ale najpierw schodzimy w dół, aż do głównej przelotowej ulicy Yeni Yol Caddesi, tylko po to, by obejrzeć pełną panoramę starego Mardin, ze wspomnianą twierdzą jako jej zwieńczeniem. Ta panorama to w zasadzie punkt obowiązkowy, widok który znajdziecie u każdego podróżnika, który w Mardin był.

Mardin, meczet Ulu Camii (Wielki Meczet)

Mardin, meczet Ulu Camii (Wielki Meczet)

Wspinamy się z powrotem w górę, tak aby trafić na zachodni kraniec Cumhuriyet Cadessi i przejść całą długością ulicy w stronę wschodnią. Wspinaczka stromymi, krętymi kamiennymi uliczkami jest atrakcją samą w sobie, każdy kto w Mardin będzie chcąc nie chcąc ją „zaliczy”. „Po drodze” mijamy meczet Necmettin Camii, którego tabliczka informuje o bardzo starym pochodzeniu (1093 r.).

Mardin, minaret meczetu Ulu Camii (Wielkiego Meczetu)

Mardin, minaret meczetu Ulu Camii (Wielkiego Meczetu)

Angielskojęzyczna tablica zawiera jedno zdanie: meczet pochodzi z XII w. (czyli lekka różnica w porównaniu z poprzednią informacją) i pochowano w nim jednego z władców z dynastii Artukidów, którzy wtedy rządzili regionem – Necmeddina Ilgazi. Władca ten rzeczywiście rządził tu na początku XII w. Nie udało się nam znaleźć kompletnie nic więcej o historii meczetu.

Przy samej ulicy Cumhuriyet Cadessi stoi meczet Şeyh Çabuk Camii, którego data budowy nie jest znana (najpewniej jest to świątynia chrześcijańska, przekształcona w meczet). Obecny wygląd zyskał prawdopodobnie w XV w.

Tak jak i w Midyat, historia wymieszała w Mardin wiele kultur i religii, których pozostałości istnieją do dziś zgodnie i bez większych ekscesów. Mardin bogate jest zarówno w historyczne meczety, jak i świątynie chrześcijańskie, i to kilku różnych odłamów chrześcijaństwa. Pierwszą chrześcijańską świątynią, do której trafiamy jest syryjski kościół Kirklar Kilisesi, znany także pod nazwą Mor Behnam (od założyciela) lub angielską Forty Martyrs Church. Kościół pochodzi z drugiej połowy VI w., a najczęściej stosowane wezwanie „Czterdziestu Męczenników” odnosi się do czterdziestu rzymskich żołnierzy, którzy przeszli na chrześcijaństwo, za co zostali zabici (wrzuceni do lodowatych wód jeziora) w 320 r. w Sevaste (dzisiejsze tureckie Sivas). Legenda mówi, że relikwie męczenników zostały zabrane z miejsca kaźni i rozmieszczone w różnych świątyniach. Fresk z podobiznami zamęczonych znajduje się we wnętrzach kościoła, do których niestety nie dostaliśmy się – pozostało nam podziwianie budowli z poziomu dziedzińca, po którym można spacerować. Kościół jest czynny do dziś, nabożeństwa odprawiane są wyłącznie w niedziele.

Mardin, meczet Ulu Camii (Wielki Meczet)

Mardin, meczet Ulu Camii (Wielki Meczet)

Mardin, meczet Ulu Camii (Wielki Meczet)

Mardin, meczet Ulu Camii (Wielki Meczet)

Mardin, meczet Ulu Camii (Wielki Meczet)

Mardin, meczet Ulu Camii (Wielki Meczet)

Mardin, meczet Ulu Camii (Wielki Meczet)

Mardin, meczet Ulu Camii (Wielki Meczet)

Mardin, meczet Ulu Camii (Wielki Meczet), relikwia - broda proroka Mahometa

Mardin, meczet Ulu Camii (Wielki Meczet), relikwia – broda proroka Mahometa

Idziemy wzdłuż Cumhuriyet Cadessi w stronę zachodnią, docierając po chwili do sporego placu, przy którym stoi oczywiście pomnik Ataturka. Znacznie bardziej znaną atrakcją tego miejsca jest jednak Muzeum Miejskie w Mardin, mieszczące się w bardzo widowiskowym budynku, wybudowanym pod koniec XIX w., pierwotnie jako siedziba katolickiego patriarchatu asyryjskiego. Na początku XXI w. budynek odkupiło miasto, wyremontowało i przeznaczyło na muzeum, w którym prezentowane są antyki od czasów paleolitu (epoki kamienia) aż do niemal czasów współczesnych. Z ciekawostek, które znaleźliśmy na temat tego muzeum, znalazła się informacja, że wśród eksponatów znajdują się m.in. najstarsza na świecie zabawka-samochodzik (wykonana z kamienia), wyceniana na wiek 7.500 lat oraz najstarszy na świecie akt własności, spisany na kamiennej tabliczce (dotyczył sprzedaży ogrodu), mający 2.800 lat. Muzeum jednak nie zwiedzamy, ograniczenia czasowe na to nam nie pozwoliły.

Nieco dalej stoi przy ulicy kościół Mor Hürmüzd Keldani Kilisesi, należący do chaldyjskiego (wschodniosyryjskiego) odłamu chrześcijaństwa. Pochodzi on aż z IV w. (397 r.), dziś jest nie używany i podziwiać go można jedynie z zewnątrz. Choć podobno jedyna dziś chaldyjska rodzina w Mardin, prowadząca nieopodal sklep jubilerski, posiadająca klucze do kościoła, chętnie wprowadza zainteresowanych do wnętrz, My nie próbowaliśmy. Idziemy dalej, mijając, jak na Mardin, super młody meczet Kasım Tuğmaner Camii, wybudowany w 1960 r., ale bardzo widowiskowy i z bogato zdobionym wejściem. Meczet ten stoi na miejscy istniejącego tu kiedyś starego kościoła.

Nieopodal stoi meczet Dinari Pamuk Camii, o którego dacie budowy nikt nie ma pojęcia. Stoi w każdym razie na miejscu dawnej chrześcijańskiej kaplicy. Najprawdopodobniej pochodzi z XVI w., choć znajdowano poszlaki mówiące nawet o XI wieku. Docieramy wreszcie do jednego z ważniejszych meczetów Mardin, czyli do Ulu Camii. Jego minaret widać z daleka, ale dotarcie do samego meczetu nie jest takie proste – trzeba trochę pokrążyć ciasnymi i krytymi uliczkami bazaru, znajdującego się pomiędzy ulicą Cumhuriyet Cadessi a świątynią.

Mardin, medresa Zinciriye Medresesi

Mardin, medresa Zinciriye Medresesi

Mardin, medresa Zinciriye Medresesi

Mardin, medresa Zinciriye Medresesi

Mardin, medresa Zinciriye Medresesi widziana spod twierdzy

Mardin, medresa Zinciriye Medresesi widziana spod twierdzy

Ulu Camii (czyli Wielki Meczet) wybudowany został w XI / XII w., ale do dziś przetrwało tylko część pierwotnych zabudowań. Jedyny widoczny dziś (z każdej części starego Mardin) minaret jest rekonstrukcją, powstałą na oryginalnych fundamentach w XIX w. Meczet posiadał kiedyś jeszcze drugi minaret, ale ten zawalił się wieki temu. Bardzo widowiskowy kompleks (jeden z najstarszych meczetów w całej Anatolii) jest świeżo po renowacji. Prawdopodobnie wcześniej w tym miejscu istniał kościół chrześcijański (być może został skonwertowany na meczet). We wnętrzach świątyni, w ścianie znajduje się miejsce, gdzie jak mówią turystyczne przewodniki, przechowywany jest fragment brody proroka Mahometa.

Ostatnie dwie warte zobaczenia atrakcje architektoniczne, znajdujące się w okolicach ulicy Cumhuriyet Cadessi znajdują się niemal naprzeciwko siebie, na wschodnim krańcu ulicy. Po jednej stronie stoi budynek, wykorzystywany od 1953 r. jako siedziba poczty (określany jako najbardziej okazały budynek poczty w całej Turcji), wybudowany w XIX w. jako rodzinna rezydencja. Budynek ten jest właśnie świeżo po odnowieniu.

Po drugiej stronie ulicy stoi kolejny zabytkowy meczet – Şehidiye Camii, wybudowany w 1214 r. przez sułtana Melika Nasruddin Artuk Aslana. Tworzy on jeden kompleks razem z medresą, wybudowaną jednocześnie. Jedynie minaret meczetu jest „świeży”, bo ma ledwie prawie 100 lat. Na tym kończą się zidentyfikowane przez nas atrakcje głównej ulicy starego Mardin, ale to nie koniec atrakcji miasta w ogóle.

Mardin, zabytkowy budynek poczty

Mardin, zabytkowy budynek poczty

Mardin, meczet Şehidiye Camii

Mardin, meczet Şehidiye Camii

Wracamy do meczetu Dinari Pamuk Camii i idącymi naprzeciw niego w górę schodami szybko docieramy do Zinciriye Medresesi, medresy wybudowanej w końcówce XIV w. przez osobę o bardzo krótkim nazwisku: Melik Necmeddin İsa Bin Muzaffer Davud Bin El Melik Salih (łatwe do zapamiętania, prawda ? :-)).

Mardin, meczet Şehidiye Camii

Mardin, meczet Şehidiye Camii

Medresa często nazywana jest też imieniem sułtana Isa, czyli swojego budowniczego, który był w niej także jakiś czas więźniem, gdy Mardin najechał Timur Chromy ze swoimi wojskami (1394 r.). Medresa w swoim kompleksie mieści także meczet oraz mauzoleum swojego twórcy. Wybudowana została wysoko na wzgórzu pod twierdzą, gdyż jej poboczną funkcją był także punkt obserwacyjny.

Niejako na „deser” zostawiliśmy sobie spacer wzdłuż leżącej tuż nad samą medresą twierdzy w Mardin, górującej nad całym miastem oraz bliższą i dalszą okolicą. Docierając do niej łatwo sobie zdać sprawę, jak wielką rolę musiała ona pełnić dla obronności miasta. Położona na stromym wzgórzu, otoczona wysokimi murami musiała być ciężkim orzechem do zgryzienia dla każdego najeźdźcy.

Twierdza (nazywana też cytadelą) jest zagadką, jeśli chodzi o czas jej budowy. Teorii jest kilka, jedna mówi o X wieku, inna że budowla jest znacznie starsza i odnawiali ją już Bizantyjczycy. Jeszcze inna, że powstała w czasach islamskich. Pewne fragmenty obwarowań pamiętają w każdym razie czasy budowy. Wewnątrz twierdzy mieszczą się domy mieszkalne, meczet i wiele innych budynków. Obecnie twierdza wykorzystywana jest do celów wojskowych i w ogóle nie jest dostępna dla zwiedzających. Warto podejść pod nią dla niesamowitych widoków, na czele z panoramą miasta. Patrząc dalej za miasto, zapewne widzimy już Syrię (w prostej linii z Mardin jest do granicy pewnie jakieś 20 km).

Po niespełna 4 godzinach spacerowania po starym Mardin kończymy przygodę z kolejnym już kamiennym, historycznym miastem w południowo-wschodniej Turcji. Czas na wymeldowanie się z hotelu i wyjazd – ale jeszcze nie tak do końca. Zaledwie 2 km od starego miasta, w kierunku południowo-zachodnim i nieco na uboczu leży kolejna zabytkowa medresa – Kasımiye Medresesi. Pochodzi ona z końcówki czasów dynastii Artukidów i została wybudowana zaraz po zwiedzanej przez nas uprzednio innej medresie: Zinciriye Medresesi, prawdopodobnie przez tego samego architekta. Budowę dokończono dużo później (1469 r.), ze względu na przerwy spowodowane zawieruchami wojennymi. Była ona ważnym ośrodkiem edukacji i nauki, studenci uczyli się tu fizyki, chemii, medycyny, astronomii i teologii islamskiej.

Mardin, ulica Cumhuriyet Cadessi

Mardin, ulica Cumhuriyet Cadessi

Mardin, ulica Cumhuriyet Cadessi

Mardin, ulica Cumhuriyet Cadessi

Mardin, medresa Kasımiye Medresesi

Mardin, medresa Kasımiye Medresesi

Mardin, medresa Kasımiye Medresesi

Mardin, medresa Kasımiye Medresesi

Mardin, medresa Kasımiye Medresesi, meczet we wnętrzach

Mardin, medresa Kasımiye Medresesi, meczet we wnętrzach

Mardin, medresa Kasımiye Medresesi, grobowiec sułtana Kasima

Mardin, medresa Kasımiye Medresesi, grobowiec sułtana Kasima

We wnętrzach medresy mieszczą się m.in. dwa małe meczety oraz mauzoleum twórcy, który ukończył jej budowę – sułtana Kasima. Znajduje się tu także (na dwóch kondygnacjach) kilkadziesiąt pokojów uczniów oraz na północnej ścianie – fontanna. Nie da się tu dojechać środkami komunikacji publicznej, a droga powrotna wiedzie dość stromo pod górę. Nie ma opłat za wstęp (w całym Mardin żadna atrakcja nie była płatna, przypominamy jednak, że nie wchodziliśmy do muzeów), ale też nie ma żadnych restauracji ani toalet po drodze. Na miejscu są tylko kramiki z wątpliwej jakości pamiątkami. Można podobno (nam się nie udało) wyjść na dach medresy, tworzący taras z niesamowitym widokiem na okolicę.

Opuszczając mury medresy, tym razem już ostatecznie opuszczamy Mardin. Zabrakło nam czasu na ostatnią dużą atrakcję, monaster Deyrulzafaran, położony na południowy-wschód od miasta (jakieś 6 km), zwany też Saffron. Wybudowany w V w. jako świątynia, był przez jakiś czas rzymską fortecą, by w końcu zacząć pełnić rolę klasztoru. Ogromny (365 pokoi) monaster ma kilka kościołów, przez wieki pełniąc rolę siedziby patriarchy syryjskiego kościoła prawosławnego.

Çınar, miasteczko bliskie nam ze względu na podobieństwo nazwy do naszego nazwiska

Çınar, miasteczko bliskie nam ze względu na podobieństwo nazwy do naszego nazwiska

Wyjeżdżamy z Mardin, kierując się na miejscowość dobrze się nam kojarzącą, bo o nazwie bardzo podobnej do naszego nazwiska – Çınar. Celem podróży jest powrót do Diyarbakir, gdzie na lotnisku musimy oddać wypożyczony dwa dni wcześniej samochód.

Pełna galeria zdjęć z Mardin znajduje się na osobnej stronie naszego bloga oraz na naszym profilu na Facebooku.

 

Inne wpisy z: Turcja (Kurdystan) 2014

Do Turcji lecieliśmy liniami Pegasus

Lutowa wyprawa do tureckiego Kurdystanu była naszą pierwszą objazdową podróżą realizowaną bez samochodu. Czas na małe podsumowanie organizacji logistycznej - transportu, noclegów i wszystkiego, co musieliśmy ogarnąć w czasie pobytu w południowo-wschodniej Turcji.

Berlin, East Side Gallery

W Berlinie kończyła się nasza tegoroczna podróż po południowo-wschodniej Turcji, a że mieliśmy sporo czasu do autobusu wiozącego nas do domu, zaplanowaliśmy zwiedzanie kolejnej atrakcji stolicy Niemiec - East Side Gallery.

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Üsküdar, jedna z większych i najbardziej zaludnionych dzielnic Stambułu, gościł nas przez ułamek dnia podczas drogi powrotnej z podróży po południowo-wschodniej Turcji. Czasu wystarczyło na zwiedzenie kilku znaczących meczetów azjatyckiej części tej wielkiej aglomeracji.

 

 

Hasankeyf, skalne miasto, którego wkrótce nie będzie...

Mezopotamia, kolebka dzisiejszej cywilizacji. Leżące na jej terenach skalne miasto, zasiedlane od 12 tysięcy lat, z około 200 zabytkami wymagającymi ochrony. To już ostatni dzwonek, by je zobaczyć. Wg planów za 2 lata niczego tu nie będzie.

Turcja południowo-wschodnia, dzień 6 (poprzedni wpis: Midyat, kamienne syryjskie kościoły wśród islamskich minaretów).Turcja jest krajem wielkich kontrastów. Taki banał na początek. Wszyscy to wiedzą. Pod względem kulturalnym, społecznym, językowym czy nawet religijnym (konkretnie: pod względem podejścia do kanonów religijnych – od całkowicie luźnego do wręcz ortodoksyjnego) można pojechać do Turcji kilka razy i tyle samo razy czuć się trochę jak w innym świecie.

Turystyka jest niezwykle ważna dla Turcji – przynosi jej ponad 32 mld dolarów rocznie (2013) i rośnie ciągle w tempie dwucyfrowym (11% w 2013 r.). Wydaje się więc, że zabytki historyczne, których Turcja ma aż w nadmiarze, powinny być oczkiem w głowie władz państwowych. I tak jest w ogromnej większości, szczególnie w zachodniej części, tej do której dociera masowa turystyka. Tam Turcy potrafią zadbać (a potem obiletować) o wszystko. Ale na wschodzie, gdzie turystów mniej, a więcej polityki i ciężkich tematów narodowościowych i geograficznych, dbałość o dziedzictwo kulturowe potrafi być spychana na plan dalszy, przegrywając z przyziemną walką o wpływy lub pieniądze. Nasz kolejny cel turystyczny podczas podróży po południowo-wschodniej Turcji jest tego najlepszym przykładem. Zapraszamy do Hasankeyf – starożytnego skalnego miasta, które wkrótce zniknie pod powierzchnią wody.

Hasankeyf leży na terenach Mezopotamii, kolebki dzisiejszej cywilizacji. Jest jednym z najdłużej ciągle zamieszkałych miejsc na świecie. Pierwsze ślady osadnictwa pochodzą tu sprzed 12 tysięcy lat, a zorganizowana osada powstała tu prawdopodobnie już 4 tysiące lat p.n.e. W okolicach znaleziono prehistoryczne szkielety datowane na 6 tys. lat p.n.e. Pierwsi osadnicy żyli w skalnych grotach, zamieszkałych jeszcze w latach 70-tych XX wieku (!). Tych grot w najbliższych okolicach Hasankeyf jest podobno ok. 4 tysięcy, mieściło się w nich 8 tysięcy domostw.

Dojeżdżamy do Hasankeyf

Dojeżdżamy do Hasankeyf

Hasankeyf, ruiny mostu z XII w.

Hasankeyf, ruiny mostu z XII w.

Hasankeyf, ruiny mostu z XII w.

Hasankeyf, ruiny mostu z XII w.

Stara asyryjska nazwa tego miejsca to „Castrum Kefa” (zamek na skale). Rzymianie na przełomie III / IV wieku wybudowali tu swoją twierdzę do obserwacji granic Imperium. W V wieku rezydował tu biskup jednego ze wschodnich odłamów chrześcijaństwa. W VII w. zdobyli je Arabowie, nazywając „Hisn Kayfa” (skalna twierdza). W XIII w. dostała się pod panowanie Tatarów, a w 1515 r. przyszło Imperium Osmańskie, zastąpione później przez dzisiejszą Turcję. Po średniowiecznym moście na Tygrysie przechadzał się podobno sam Marco Polo.

Hasankeyf, meczet El Rizk Camii

Hasankeyf, meczet El Rizk Camii

Archeolodzy twierdzą, że dotychczas odsłonięto mniej więcej 1/5 wszystkich historycznych obiektów, reszta wciąż czeka na swoją kolej. Ale jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to…  się nie doczeka. Do głosu doszła bowiem wielka polityka, która zarządziła wybudowanie wielkiej tamy na Tygrysie, kilkadziesiąt kilometrów od Hasankeyf. A przy tamie ma powstać wielki zbiornik wodny, o powierzchni ponad 300 km2. Szkopuł w tym, że… Hasankeyf znajduje się na terenie tegoż właśnie zbiornika.

Hasankeyf, minaret meczetu El Rizk Camii

Hasankeyf, minaret meczetu El Rizk Camii

Ktoś dawno temu (w latach 50-tych XX wieku) w Turcji wymyślił sobie tamę na Tygrysie jako źródło nowoczesnej energii elektrycznej (podobno mającej być dostarczaną do Turcji zachodniej), nie licząc się z konsekwencjami. A są one takie, że zniknie z powierzchni ziemii ponad setka miejscowości, a wg różnych szacunków od 25 tys. do 100 tys. ludzi będzie musiało być przesiedlonych. I znów brak liczenia się z konsekwencjami – ponoć będą oni musieli się przesiedlić… na własny koszt.

Mimo protestów międzynarodowych, plan jest stopniowo wcielany w życie. Budowę tamy rozpoczęto w 2006 r. i choć była ona wstrzymywana, to nadal prace trwają. Parcie na nią jest tak silne, że kiedy sąd wstrzymał budowę do czasu zbadania jej wpływu na środowisko,… zmieniono prawo i budowa już takich badań nie wymaga. Można znaleźć opinie, że zalewając Hasankeyf, władze chcą usunąć zabytki kultury kurdyjskiej, narodu który od dawna jest solą w oku tureckich władz. Inna wersja mówi o chęci kontrolowania wody, dostarczanej przez Tygrys m.in. do Syrii i dzięki temu zwiększenia wpływów politycznych w regionie. Jaka by ta wersja nie była – dziedzictwo historyczne przegrywa. Albo z pieniędzmi, albo z polityką.

Hasankeyf, meczet El Rizk Camii

Hasankeyf, meczet El Rizk Camii

Hasankeyf, meczet El Rizk Camii

Hasankeyf, meczet El Rizk Camii

Hasankeyf, cytadela

Hasankeyf, cytadela

Hasankeyf, meczet Sultan Süleyman Camii

Hasankeyf, meczet Sultan Süleyman Camii

Hasankeyf, meczet Koç Camii

Hasankeyf, meczet Koç Camii

Hasankeyf, meczet Eyyubi Kizlar Camii

Hasankeyf, meczet Eyyubi Kizlar Camii

Hasankeyf, meczet Mevlana Camii

Hasankeyf, meczet Mevlana Camii

Hasankeyf do niedawna odwiedzane było podobno przez 3 mln turystów rocznie. Od czasu postępów w budowie tamy ta liczba systematycznie spada. Władze czynnie się do tego przyczyniają dodatkowo, zamykając w 2012 r. najbardziej widowiskową część skalnego miasta – cytadelę z twierdzą i wielkim meczetem, oficjalnie z powodów zagrożenia bezpieczeństwa turystów. Liczni protestujący naciskają na UNESCO, aby wpisała Hasankeyf na swoją listę dziedzictwa kulturowego, co uchroniłoby miasto od zagłady. Ale choć spełnia ono 9 z 10 warunków przyjęcia na listę, UNESCO zwleka. A zegar tyka. Tik tak, tik tak.

Jeśli plany budowy tamy się ziszczą, już w 2016 r. Hasankeyf przestanie istnieć – znajdzie się kilkadziesiąt metrów pod lustrem planowanego zbiornika wodnego. Mieszkańcy już od dłuższego czasu mają nakazy eksmisji. Przesiedlenia mają pilnować siły wojskowe. Choć tych mieszkańców i tak pozostało tu niewielu (kilka tysięcy). Z powodu wszystkiego powyższego – jeżeli wybieracie się na wschód Turcji – zaplanujcie odwiedziny w Hasankeyf. Za 2 lata może już tu nie być niczego – no chyba że stanie się Hasankeyf atrakcją dla płetwonurków (taki czarny humor).

Z Midyat do Hasankeyf jest zaledwie godzina drogi samochodem. Docieramy tam prosto z monasteru Mor Gabriel, którego klamki „pocałowaliśmy” – nie trafiliśmy w godziny otwarcia. Było o tym we wpisie o Midyat. Przy drodze Midyat – Batman jest widoczny spory parking, na którym bez opłat można zostawić samochód i pieszo przejść mostem przez Tygrys w stronę skalnego miasta. Można też przez most przejechać i szukać miejsca postojowego bliżej, ale tam raczej w sezonie będzie ciasno (i pewnie nie bezpłatnie).

Hasankeyf, skalne jaskinie

Hasankeyf, skalne jaskinie

Hasankeyf, skalne jaskinie

Hasankeyf, skalne jaskinie

Hasankeyf, skalne jaskinie, niektóre nadal zamieszkałe

Hasankeyf, skalne jaskinie, niektóre nadal zamieszkałe

Hasankeyf, skalne jaskinie, niektóre nadal zamieszkałe (drzwi)

Hasankeyf, skalne jaskinie, niektóre nadal zamieszkałe (drzwi)

Hasankeyf, skalne jaskinie, niektóre nadal zamieszkałe (antena satelitarna)

Hasankeyf, skalne jaskinie, niektóre nadal zamieszkałe (antena satelitarna)

Atrakcje Hasankeyf rozsiane są po sporym terenie, po obu stronach Tygrysu. Na początek warto zobaczyć te, położone od strony drogi i parkingu. Od razu po wyjściu z auta rzuca się w oczy jedna z najbardziej znanych atrakcji – ruiny średniowiecznego mostu, pochodzącego z XII w., będącego w swoich czasach jednym z największych istniejących mostów. Odległość pomiędzy filarami wynosiła nawet 40 m, a sam pomost mostu był drewniany, co pozwalało na łatwy demontaż (likwidację jedynej drogi do miasta) w razie niebezpieczeństwa. Drewniana konstrukcja skróciła jednak prawdopodobnie żywot mostu, z którego dziś pozostały jedynie filary.

Z tyłu za parkingiem, po drugiej stronie drogi, na małym wzgórku z cmentarzykiem, stoi grobowiec Imama Abdullaha, wg legendy wnuczka wujka (skomplikowana konstrukcja rodzinna :-)) proroka Mahometa. To miejsce kultu religijnego, wejście w stroju jak do meczetu, wewnątrz najczęściej przebywają modlące się przy grobie osoby, dlatego należy zachować nastrój miejsca.

Po tej samej stronie Tygrysu, ale jakieś 200 m dalej, stoi cylindryczny grobowiec Zeynel Beya, syna XV-wiecznego sułtana Uzun Hassana. Zeynel Bey zginął w bitwie w 1473 r. i został pochowany w tym oryginalnym mauzoleum. Od grobowca idziemy w stronę rzeki, gdzie znajdziemy jeszcze ruinę łaźni (hamam) z początków XIII w., zniszczoną głównie przez wylewające wody Tygrysu.

Panorama Hasankeyf

Panorama Hasankeyf

Hasankeyf, skalne jaskinie

Hasankeyf, skalne jaskinie

Hasankeyf, skalne jaskinie

Hasankeyf, skalne jaskinie

Hasankeyf, skalne jaskinie

Hasankeyf, skalne jaskinie

Wracamy w stronę mostu na Tygrysie i idziemy na drugą stronę rzeki, w stronę właściwego skalnego miasta. Prowadzi do niego w prawo zaraz za mostem uliczka wypełniona kramami handlarzy tandetnymi pamiątkami dla turystów. Ozdobą uliczki jest niewątpliwie meczet El Rizk Camii, wybudowany w 1409 r. przez ówczesnego sułtana. Meczetowy minaret dotrwał do naszych czasów nietknięty.

Uliczka kończy się wejściem na teren cytadeli w Hasankeyf, najbardziej widowiskowej części skalnego miasta. I tu niestety rozczarowanie – cytadela okazuje się zamknięta od 2012 r. – wywieszona tabliczka mówi o ochronie bezpieczeństwa turystów. Przestrzegania zakazu pilnują ochroniarze. Idziemy więc wzdłuż siatki ogradzającej cytadelę, schodami pod górę, wspinając się na ścianę równoległą do cytadeli. Schody te prowadzą do zamieszkałej do dziś części Hasankeyf, gdzie wśród zaniedbanych domostw ukrywają się kolejne historyczne pozostałości miasta. Nietrudno je znaleźć, na uliczkach poustawiane są tabliczki kierunkowe. Najpierw trafiamy na ruiny trzech stojących niemal obok siebie świątyń:

  • meczet Sultan Süleyman Camii, wybudowany, jak nazwa wskazuje, przez sułtana Sulejmana, tego samego który wybudował meczet El Rizk. Meczet powstał w 1407 r. i do dziś w dobrym stanie zachował się jedynie minaret. Pierwotnie był tio cały kompleks, składający się m.in. z meczetu, medresy (szkoły) oraz mauzoleum. Kiedyś znajdował się tu także grobowiec samego fundatora, sułtana Sulejmana;
  • meczet Koç Camii, o którym więcej się dziś domyślamy niż wiemy. Powstał prawdopodobnie w XIV wieku i prawdopodobnie także był częścią większego kompleksu, do którego należała także medresa. Dziś zachowały się jedynie ruiny meczetu, z pozostałych części kompleksu pozostały jedynie fundamenty;
  • meczet Eyyubi Kizlar Camii, żeński (Kizlar = Dziewczyny) meczet, o którym nie wiadomo nic – ani kiedy ani kto go wybudował. Przypuszcza się jedynie, że powstał za panowania kurdyjskiej dynastii Ajjubidów. Tabliczka na meczecie podaje jednak datę: rok 808 wg kalendarza muzułmańskiego. Dawałoby to początek XV w.
Hasankeyf, ruiny mostu z XII w.

Hasankeyf, ruiny mostu z XII w.

Hasankeyf, cytadela

Hasankeyf, cytadela

Panorama Hasankeyf z przeciwległego brzegu Tygrysu

Panorama Hasankeyf z przeciwległego brzegu Tygrysu

A to jest...

A to jest…

Te trzy meczety stoją już praktycznie u podstawy wzgórza, w którym z daleka widać wiele jaskiń, kiedyś zamieszkanych przez mieszkańców Hasankeyf. Jaskinie te datuje się nawet na czas królestwa Urartu (czyli VIII – VI w. p.n.e.). Zdecydowaliśmy się na długi spacer wzdłuż tej ściany z jaskiniami, prowadzącą lekko pod górę uliczką, która stopniowo zamienia się w ścieżkę. Cały czas pnąc się w górę, dotarliśmy aż do końca ściany, gdzie znajduje się dość widowiskowa przepaść. W sam raz na sesję fotograficzną :)

Po drodze napotkaliśmy jeszcze pozostałości meczetu Mevlana Camii, o którym także nie wiadomo kompletnie nic, poza tym, że był jeszcze do niedawna użytkowany. Wracamy dokładnie tą samą trasą aż do ruin trzech meczetów, kierując się tym razem w kanion pomiędzy cytadelą a znajdującym się naprzeciw niej wzgórzem. Tu można zobaczyć przykłady nielegalnie zamieszkałych do dziś jaskiń. Są „dorobione” przez murarzy zewnętrzne ściany, są nawet drzwi (!). A że dociera tu także cywilizacja, świadczyć może chociażby… antena satelitarna :)

Hasankeyf, grobowiec Zeynel Beya

Hasankeyf, grobowiec Zeynel Beya

Hasankeyf, ruiny łaźni (hamamu)

Hasankeyf, ruiny łaźni (hamamu)

Hasankeyf, grobowiec Imama Abdullaha

Hasankeyf, grobowiec Imama Abdullaha

Hasankeyf, grobowiec Imama Abdullaha

Hasankeyf, grobowiec Imama Abdullaha

Niejako na koniec naszej wizyty w Hasankeyf, aby w końcu choćby z odległości zobaczyć cytadelę, wspinamy się na przeciwległe, zamieszkałe dziś wzgórze. I oczywiście trafiamy na typowy przykład tureckiej przedsiębiorczości. Przed budynkiem stojącym w najlepszym miejscu na podziwianie znajdującej się naprzeciw cytadeli wisi tabliczka… „Wstęp 1 TL”. Płacimy grającym w piłkę za ogrodzeniem małolatom i trafiamy na fachowo zrobiony taras widokowy – z widokiem i na cytadelę, i na Tygrys z ruinami XII-wiecznego mostu. To zdecydowanie najlepsze miejsce na fotografię i warto tę lirę dać.

W Hasankeyf jest jeszcze kilka innych miejsc wartych uwagi, m.in. pozostałości murów miasta czy widowiskowe jaskinie nad samym Tygrysem, widoczne od strony Hasankeyf. My po bitych czterech godzinach łazikowania po wzgórzach i kamienistych ścieżkach opuściliśmy skalne miasto. Na koniec jeszcze nie omieszkaliśmy kupić od małolata na parkingu fajnie wydanego albumu o Hasankeyf (obowiązkowo targując się i zbijając cenę). Czekała nas jeszcze dwugodzinna jazda do kolejnego przystanku na naszej trasie po południowo-wschodniej Turcji – do miasta Mardin.

Pełna galeria zdjęć z Hasankeyf znajduje się na osobnej stronie naszego bloga oraz na naszym profilu na Facebooku.

 

Inne wpisy z: Turcja (Kurdystan) 2014

Do Turcji lecieliśmy liniami Pegasus

Lutowa wyprawa do tureckiego Kurdystanu była naszą pierwszą objazdową podróżą realizowaną bez samochodu. Czas na małe podsumowanie organizacji logistycznej - transportu, noclegów i wszystkiego, co musieliśmy ogarnąć w czasie pobytu w południowo-wschodniej Turcji.

Berlin, East Side Gallery

W Berlinie kończyła się nasza tegoroczna podróż po południowo-wschodniej Turcji, a że mieliśmy sporo czasu do autobusu wiozącego nas do domu, zaplanowaliśmy zwiedzanie kolejnej atrakcji stolicy Niemiec - East Side Gallery.

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Üsküdar, jedna z większych i najbardziej zaludnionych dzielnic Stambułu, gościł nas przez ułamek dnia podczas drogi powrotnej z podróży po południowo-wschodniej Turcji. Czasu wystarczyło na zwiedzenie kilku znaczących meczetów azjatyckiej części tej wielkiej aglomeracji.

 

Midyat. Kamienne syryjskie kościoły wśród islamskich minaretów

Na terenach Mezopotamii, pomiędzy rzekami Tygrys i Eufrat, gdzie jak powszechnie się uważa, powstała pierwsza cywilizacja, leży dziś Midyat, miasteczko znane ze swojej zjawiskowej starej, kamiennej części, świadczącej swoją historią o syryjskich korzeniach miasta.

Turcja południowo-wschodnia, dzień 6 (poprzedni wpis: Diyarbakir, w sercu tureckiego Kurdystanu, cz.2). Wynajętym w Diyarbakirze samochodem ruszamy w dwudniową przejażdżkę po okolicznych atrakcjach. Pierwszym celem jest miasto Midyat, znane ze swej widowiskowej starej części. Z Diyarbakir do Midyat można dojechać dwoma głównymi drogami: na wschód przez Bismil i Batman oraz Hasankeyf, a także na południe przez Cinar i Mardin. Nasz plan zakłada tę pierwszą trasę. Drugą za dwa dni wrócimy, by oddać pożyczony samochód.

Trasa z Diyarbakir do Midyat przez Batman ma ok.180 km i wiedzie dobrą jakościowo, szeroką drogą, w większości w lutym pustą. Warte zauważenia są tylko dwa jej akcenty: przemysłowe miasto Batman, ze względu na jego nazwę oraz Hasankeyf, ruiny skalnego miasta, dziś niezamieszkałego, będącego dużą atrakcją turystyczną przez swoją widowiskowość i… niepewną przyszłość. Ale Hasankeyf będziemy zwiedzać kolejnego dnia, przy przejeździe do Midyat ograniczamy się więc tylko do kilku fotek z poziomu drogi, tym bardziej że zaczyna już zapadać zmierzch. Trzygodzinną drogę do Midyat kończymy już w ciemnościach, z trudem (przy pomocy miejscowych nastolatków) trafiając w ciasnych kamiennych uliczkach do hotelu.

KML-LogoFullscreen-LogoQR-code-logoGeoJSON-LogoGeoRSS-LogoWikitude-Logo
Turcja, Midyat

ładowanie mapy - proszę czekać...

Turcja, Midyat, kościół Mor Sarbel: 37.416540, 41.377451
Turcja, Midyat, hotel Shmayaa: 37.415236, 41.377054
Turcja, Midyat, kościół protestancki: 37.417443, 41.377881
Turcja, Midyat, kościół Mor Barsavmo: 37.414022, 41.375070
Turcja, Midyat, kościół Mor Aksanoya: 37.412675, 41.378481
Turcja, Midyat, monaster Mor Abraham & Mor Hobel: 37.412607, 41.384983
Turcja, Midyat, wieża zegarowa: 37.415215, 41.373332
Turcja, Midyat, meczet Cevatpaşa Camii: 37.414256, 41.373251
Turcja, Midyat, sklep z alkoholem: 37.415701, 41.371647

 

Midyat, stara część miasta

Midyat, stara część miasta

Midyat, stara część miasta, wieże kościołów Mor Sarbel (z lewej) i protestanckiego (z prawej)

Midyat, stara część miasta, wieże kościołów Mor Sarbel (z lewej) i protestanckiego (z prawej)

Midyat, stara część miasta

Midyat, stara część miasta

Midyat, stara część miasta, w głębi kościół protestancki

Midyat, stara część miasta, w głębi kościół Mor Sarbel

Midyat, stara część miasta, kościół protestancki

Midyat, stara część miasta, kościół protestancki

W drodze wyjątku opiszemy i pokażemy ten hotel, bo zdecydowanie warto. Shmayaa Hotel mieści się w odrestaurowanym, zabytkowym budynku mieszkalnym, liczącym sobie ponad 1600 lat. Stoi w samym sercu starej części Midyat, i jak mówi hotelowa strona internetowa, został wybudowany przez syryjską rodzinę Hirmiz, która płaciła złotą monetą za każdy ozdobiony ornamentami kamień, użyty do jego budowy. W latach 1915-1930 (czasy pogromów Ormian, a potem Kurdów) budynek służył jako siedziba dowództwa wojskowego. Przejęty na początku XXI w. i odnowiony, został otworzony dla gości jako hotel w 2011 r. Dziś jest jednym z najlepszych hoteli w starym Midyat. Jako że luty to nie sezon, udało się nam zarezerwować w nim pokój za całkiem przyzwoitą cenę. I ani chwili nie żałowaliśmy.

Hotel ma dwie kondygnacje mieszkalne. Na pierwszej mieści się także restauracja i bar. Na wyższej – taras widokowy ze świetnym widokiem na okolicę. Można wyjść jeszcze wyżej i podziwiać okolicę we wszystkie strony z małego tarasiku na kondygnacji trzeciej. Hotel urzekł nas ostatecznie śniadaniem, typowo tureckim i bogatym w lokalne specjały. To było jak dotychczas jedyne takie śniadanie w naszej „tureckiej karierze”. Jedyny minus hotelu Shmayaa to brak parkingu dla samochodów. Wynikiem tego nasz pożyczony samochód stał w sąsiedniej uliczce, co wzbudzało nasz lekki niepokój, tym bardziej że właśnie wyjechaliśmy z dość niebezpiecznej podobno starówki w Diyarbakirze. Ale obsługa hotelu zapewniała nas o całkowitym bezpieczeństwie i samochodu i naszym w Midyat. Co zresztą zaraz sprawdziliśmy, udając się na wieczorny zwiad ciasnymi kamiennymi uliczkami miasteczka. Fakt – jest bezpiecznie.

Midyat, stara część miasta

Midyat, stara część miasta

Midyat, stara część miasta

Midyat, stara część miasta

Midyat, stara część miasta

Midyat, stara część miasta

Midyat, stara część miasta

Midyat, stara część miasta

Midyat, stara część miasta

Midyat, stara część miasta

Historia miasteczka sięga 3 tys. lat p.n.e., już wtedy tereny te były zamieszkałe. Jako Matiate pojawia się w historii w IX w. p.n.e, a jego wcześni mieszkańcy żyli w domach wyżłobionych w jaskiniach. Jak w całym regionie, tak i w Midyat w historii przewinęło się wiele narodów panujących: Asyryjczycy, Urartianie, Medowie, Persowie, Macedończycy, Rzymianie, Bizancjum, Osmanie i Turkowie to najważniejsze z nich.

Bardzo wcześnie w regionie pojawiło się chrześcijaństwo, którego ślady widoczne są w Midyat do dziś, i które odcisnęło na jego historii bardzo widoczne piętno. Syryjczycy z Midyat już ponoć w 38 r. n.e. odrzucili pogańskie wierzenia na rzecz chrześcijaństwa. Z pierwszych wieków naszej ery pozostało tu wiele pamiątek, głównie świątyń, które wyjątkowo jak na Turcję pozostały w swojej formie do dziś, nie będąc niszczonymi czy przekształcanymi w meczety, jak to często odbywało się w innych miejscach podczas ich islamizacji.

Dlatego do dziś Midyat słynie po pierwsze z kamiennego starego miasta, a po drugie z wielu bardzo starych, syryjskich kościołów prawosławnych, które trwają i są używane do dziś, choć społeczność syryjska w mieście prawie nie istnieje (określa się ją na ok.3000 osób), głównie ze względu na częste najazdy Tatarów w przeszłości, ale przede wszystkim ze względu na krwawe prześladowania, jakie miały miejsce w Turcji na przełomie XIX / XX wieku (opisywaliśmy je przy okazji wizyty w Diyarbakir). Po nich ocalałe resztki społeczności syryjskiej wyemigrowały, pozostawiając swoje domy i piękne świątynie. A także monastery, których kiedyś w okolicach Midyat było ok. osiemdziesięciu, a z których co najmniej kilka istnieje do dziś – są także udostępnione dla zwiedzających. Reszty dopełniła fala wyjazdów zarobkowych do krajów Europy Zachodniej w latach sześćdziesiątych XX w.

Midyat, hotel Shmayaa w starej części miasta

Midyat, hotel Shmayaa w starej części miasta

Midyat, hotel Shmayaa w starej części miasta

Midyat, hotel Shmayaa w starej części miasta

Midyat, hotel Shmayaa w starej części miasta

Midyat, hotel Shmayaa w starej części miasta

Midyat, tureckie śniadanie w hotelu Shmayaa

Midyat, tureckie śniadanie w hotelu Shmayaa

Starówka w Midyat nosi ślady kunsztu dawnych syryjskich mistrzów kamieniarstwa. Kamienne domy z bogato zdobionymi okiennicami i bramami, często stosowane kolumny i łuki i przepych ornamentów, głównie z motywami roślinnymi – to wizytówka okolicy. Domy, w których w zimie jest ciepło, a w lecie chłodno mają swój klimat. Ciasne uliczki i dziedzińce domów dopełniają nastroju, wzmacnianego nadal tradycyjnymi widokami osiołków, kóz i owiec hodowanych na wewnętrznych dziedzińcach i przechadzających się swobodnie zaułkami miasta. Dla takiego klimatu warto pospacerować bez celu po starej części Midyat, zdając się na przypadek przy zapuszczaniu się w kolejne zakamarki. W lutym nie ma tu turystów, można do bólu delektować się pustymi uliczkami.

Midyat jest dziś pokazem religijnej tolerancji, miejscem gdzie egzystują obok siebie dzwonnice i wieże chrześcijańskich kościołów obok strzelistych minaretów islamskich meczetów. Miejscem, gdzie społeczność muzułmańska żyje w zgodzie z niewielką grupą pozostałych tu chrześcijan, a chrześcijańskie kościoły są nadal czynne i użytkowane. I to właśnie te stare syryjskie prawosławne kościoły są dziś historyczną atrakcją Midyat, które w swojej historii było ważnym ośrodkiem (wręcz stolicą) syryjskiego odłamu prawosławia (do końcówki XV w. rezydowali tu biskupi syryjscy).

Midyat, syryjski kościół Mor Barsavmo

Midyat, syryjski kościół Mor Barsavmo

Midyat, syryjski kościół Mor Barsavmo

Midyat, syryjski kościół Mor Barsavmo

syryjski kościół Mor Aksanoya

syryjski kościół Mor Aksanoya

syryjski kościół Mor Aksanoya

syryjski kościół Mor Aksanoya

W ciągu kilku zaledwie godzin zwiedzania starego Midyat udało się nam znaleźć:

  • syryjski kościół Mor Sarbel, o którym nie udało się nam znaleźć kompletnie nic w sieci. Na pewno najbardziej widoczny i wyróżniający się kościół na starówce w Midyat;
  • syryjski kościół Mor Barsavmo, wybudowany pierwotnie w IV wieku, odbudowany wg oryginalnych planów w 1910 r.;
  • syryjski kościół Mor Aksanoya, najstarsza świątynia w całej prowincji Mardin, wybudowany w IV w. na miejscu wcześniej znajdującego się tu miejsca kultu. Odbudowany w 1961 r. z oryginalnych materiałów, pochodzących z jego ruin;
  • relatywnie „nowy” kościół protestancki, wybudowany w początkowych latach XX w.;

Wieże kościołów w Midyat są dziś znakiem rozpoznawczym tego miasta. Szczególnie dotyczy to tych dwóch najwyższych i dodatkowo niemal sąsiadujących ze sobą: wież kościoła protestanckiego i kościoła Mor Sarbel. Kościoły chrześcijańskie niestety są jednak najczęściej zamknięte. Otwierane są wyłącznie na czas nabożeństw i nawet w niedzielę nie jest łatwo dostać się do środka. My zwiedzaliśmy Midyat w poniedziałek, stąd tylko drugi z kościołów zastaliśmy otwarty, ale odbywało się w nim nabożeństwo i także jego oglądaliśmy wyłącznie z zewnątrz.

Midyat, monaster Mor Abraham & Mor Hobel

Midyat, monaster Mor Abraham & Mor Hobel

Midyat, monaster Mor Abraham & Mor Hobel

Midyat, monaster Mor Abraham & Mor Hobel

Midyat, monaster Mor Abraham & Mor Hobel

Midyat, monaster Mor Abraham & Mor Hobel

Midyat, monaster Mor Abraham & Mor Hobel

Midyat, monaster Mor Abraham & Mor Hobel

Midyat, monaster Mor Abraham & Mor Hobel

Midyat, monaster Mor Abraham & Mor Hobel

Dużo młodsze są w starym Midyat meczety. Przy głównej ulicy znajdują się dwa: Cevatpaşa Camii oraz Seyyid Osman Camii. Ten pierwszy stoi przy ruchliwej ulicy i równie ruchliwym skrzyżowaniu, którego centralnym punktem jest mała wieża zegarowa, kolejny element świadczący o przyjaznej koegzystencji religijnej w mieście. Wieża ta bowiem ozdobiona jest, oprócz nazw okolicznych miast i kierunków do nich, wizerunkami m.in. meczetu z jednej, a kościoła z innej strony. Sam meczet Cevatpaşa Camii jest „świeżynką”, wybudowano go w 1925 r. Tuż obok niego znajduje się także dość widowiskowy pomnik ojca wszystkich Turków, czyli Ataturka.

Końcowym akcentem zwiedzania Midyat była wizyta w monasterze Mor Abraham & Mor Hobel, położonym na małym wzgórzu w spacerowej odległości (ok.1 km) od starej części miasta. Klasztor został założony w V wieku przez dwóch mnichów i ostatnio przez długie dziesięciolecia pozostawał nieużytkowany i ciągle dewastowany. Niedawno został odnowiony i otoczony murem, by zapobiec dalszym zniszczeniom. Zwiedzanie go jest bezpłatne, ale ograniczone do ściśle określonych godzin (o ile pamięć nie myli: 9:30-11:00 i 13:00-15:00). Poza sezonem turystycznym należy się liczyć z tym, że nawet w godzinach „otwarcia” brama będzie zamknięta.

Tak było i w naszym przypadku. Kilka samochodów z chętnymi do zwiedzania odjechało zniechęcone, ale w momencie gdy i my chcieliśmy odjechać, podjechał samochód z człowiekiem, który jak się okazało „zawiadował” monasterem i który wpuścił nas, jako jedynych, do wnętrz, chętnie otwierając poszczególne pomieszczenia. Mogliśmy więc obejść budynki monasteru, przespacerować się po dziedzińcu z grobowcami oraz wejść do dwóch klasztornych kościołów.

Monaster Mor Gabriel w okolicach Midyat

Monaster Mor Gabriel w okolicach Midyat

Monaster Mor Gabriel w okolicach Midyat

Monaster Mor Gabriel w okolicach Midyat

Tak się skończyła nasza przygoda z Midyat. Wsiedliśmy w samochód z zamiarem zwiedzenia kolejnego monasteru, Mor Gabriel, położonego kilkanaście kilometrów na południowy-wschód od miasta. Monaster Mor Gabriel założony został jeszcze wcześniej niż ten poprzednio zwiedzany w Midyat – w IV w. (397 r.). Nadal jest klasztorem czynnym, zamieszkują tu mnisi i zakonnice, trudniący się uprawą należących do monasteru pól i sadów, otoczonych sporym murem. Monaster jest też siedzibą miejscowego arcybiskupa prawosławnego kościoła syryjskiego.

Midyat, rondo z małą wieżą zegarową

Midyat, rondo z małą wieżą zegarową

Niestety zwiedzić monasteru Mor Gabriel nam się nie udało – on także swoje godziny otwarcia dla turystów, a my „nie wstrzeliliśmy się w nie” (8:30-11:00 i 12.30-15:00). Pozostało nam więc obfotografowanie go dookoła z zewnątrz, co też uczyniliśmy. Sprawnie odjechaliśmy spod bramy monasteru – jeszcze tego samego dnia chcieliśmy zobaczyć kolejną atrakcję tego regionu – skalne miasto Hasankeyf.

Midyat, pomnik Ataturka

Midyat, pomnik Ataturka

PS. Na koniec mała ciekawostka „około-turystyczna”. Midyat było pierwszym (acz nie ostatnim) miastem na naszej trasie, w którym dało się odczuć kłopot z zakupem alkoholu – mowa o zwykłym piwie. Po dłuższym spacerze znaleźliśmy jeden jedyny sklep z takim asortymentem (dla „potrzebowskich” zaznaczamy go na mapie). Poznaliśmy też specyficzny sposób pakowania – napoje bezalkoholowe dostajemy w białej reklamówce, alkohol zaś – w czarnej, kompletnie nieprzeźroczystej. Już do końca naszej podróży na wschód Turcji zachowywany był ten standard (jeden sklep, czarna reklamówka). Uroki zwiedzania najbardziej tradycyjnych islamskich regionów Turcji.

Pełna galeria zdjęć z Midyat znajduje się na osobnej stronie naszego bloga oraz na naszym profilu na Facebooku.

 

Inne wpisy z: Turcja (Kurdystan) 2014

Do Turcji lecieliśmy liniami Pegasus

Lutowa wyprawa do tureckiego Kurdystanu była naszą pierwszą objazdową podróżą realizowaną bez samochodu. Czas na małe podsumowanie organizacji logistycznej - transportu, noclegów i wszystkiego, co musieliśmy ogarnąć w czasie pobytu w południowo-wschodniej Turcji.

Berlin, East Side Gallery

W Berlinie kończyła się nasza tegoroczna podróż po południowo-wschodniej Turcji, a że mieliśmy sporo czasu do autobusu wiozącego nas do domu, zaplanowaliśmy zwiedzanie kolejnej atrakcji stolicy Niemiec - East Side Gallery.

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Üsküdar, jedna z większych i najbardziej zaludnionych dzielnic Stambułu, gościł nas przez ułamek dnia podczas drogi powrotnej z podróży po południowo-wschodniej Turcji. Czasu wystarczyło na zwiedzenie kilku znaczących meczetów azjatyckiej części tej wielkiej aglomeracji.

 

Diyarbakir, w sercu tureckiego Kurdystanu (cz.2)

Diyarbakir to najbardziej wyraziste, żeby nie powiedzieć „autentyczne” miasto na naszej trasie po południowo-wschodniej Turcji. Można też powiedzieć, że pewnie najbardziej „wyobcowane” – wszak to tu bije serce jednego z największych narodów świata, wśród tych pozostających do dziś bez własnego państwa.

Turcja południowo wschodnia, dzień 5 (poprzedni wpis: Diyarbakir, w sercu tureckiego Kurdystanu, cz.1). Główną atrakcją wnętrza starego miasta w Diyarbakir są świątynie, wśród których królują oczywiście meczety. Ale prawdziwymi perełkami są dwa ocalałe kościoły chrześcijańskie. W kolejności naszego zwiedzania:

  • meczet Nebii Camii (lub Prophet Camii), wybudowany prawdopodobnie w XV w. (nie jest znana dokładna data), którego druga nazwa pochodzi od mnogości cytatów z Mahometa, znajdujących się w minarecie i meczecie. Meczet ów sąsiadował z naszym hotelem, stąd też zwiedzany jako pierwszy;
  • meczet Hazreti Süleyman Camii, znajdujący się obok cytadeli, oddzielonej od miasta osobnymi murami. Do cytadeli (i meczetu) prowadziły cztery bramy, my przeszliśmy tą od strony miasta – Sarayi Kapisi („Brama Pałacowa”). Meczet wybudowano w połowie XII wieku (1169 r.), budowano go w sumie kilkanaście lat. Minaret pochodzi z 1160 r. i jest bardzo charakterystycznym elementem – jest czworoboczny i bardzo wysoki, nie ma też balkonu, muezzin wzywa na modlitwę z okna minaretu. Czworoboczne minarety przestano budować po rozpoczęciu panowania tutaj przez Imperium Osmańskie (początek XVI w.). Meczet ten wyróżnia się jeszcze grobowcami bohaterów wojen islamskich z VI-VII w. (zabitych podczas najazdu Arabów);
KML-LogoFullscreen-LogoQR-code-logoGeoJSON-LogoGeoRSS-LogoWikitude-Logo
Turcja, Diyarbakir

ładowanie mapy - proszę czekać...

Turcja, Diyarbakir, meczet Nebii Camii: 37.915078, 40.236440
Turcja, Diyarbakir, meczet Hazreti Süleyman Camii: 37.914951, 40.241928
Turcja, Diyarbakir, cytadela: 37.915611, 40.242029
Turcja, Diyarbakier, meczet Ulu Camii: 37.912399, 40.235930
Turcja, Diyarbakir, meczet Şeyh Mutahhar Camii: 37.910698, 40.237625
Turcja, Diyarbakir, armeński kościół St.Giragos Kilisesi: 37.910799, 40.238505
Turcja, Diyarbakir, karawanseraj Deliller Han: 37.907003, 40.235860
Turcja, Diyarbakir, mauzoleum sułtana Şucâ: 37.906656, 40.235399
Turcja, Diyarbakir, meczet Hazreti Ömer Camii: 37.906376, 40.235506
Turcja, Diyarbakir, brama Mardin: 37.906088, 40.235420
Turcja, Diyarbakir, meczet Hüsrev Paşa Camii: 37.906986, 40.237169
Turcja, Diyarbakir, wieża Keçi Burcu: 37.905322, 40.236601
Turcja, Diyarbakir, meczet Ali Paşa Camii: 37.905716, 40.230646
Turcja, Diyarbakir, brama Urfa: 37.910820, 40.227299
Turcja, Diyarbakir, meczet Melik Ahmet Paşa Camii: 37.910841, 40.230217
Turcja, Diyarbakir, syryjski prawosławny kościół Maryi Panny: 37.908950, 40.230598
Turcja, Diyarbakir, meczet Lala Bey Camii: 37.909525, 40.231011
Turcja, Diyarbakir, meczet Behram Paşa Camii: 37.909415, 40.234208
Turcja, Diyarbakir, meczet Safa Camii: 37.911540, 40.232320
Turcja, Diyarbakir, meczet Iskender Paşa Camii: 37.913478, 40.233243
Turcja, Diyarbakir, Dag Kapisi: 37.916263, 40.236880
Turcja, Diyarbakir, pomnik Ataturka: 37.916077, 40.234138

 

Diyarbakir, meczet Nebii Camii

Diyarbakir, meczet Nebii Camii

Diyarbakir, meczet Ulu Camii

Diyarbakir, meczet Ulu Camii

Diyarbakir, meczet Ulu Camii

Diyarbakir, meczet Ulu Camii

Diyarbakir, meczet Ulu Camii

Diyarbakir, meczet Ulu Camii

  • meczet Ulu Camii (Wielki Meczet), najważniejszy z meczetów w Diyarbakir. Wybudowany pierwotnie w VII w. (a w zasadzie skonwertowany w meczet syryjski kościół św.Tomasza), podczas pierwszej fali islamu, popadł w ruinę niedługo potem. Wybudowany na nowo pod koniec XI w., przez niektórych uznawany jest za jedno z pięciu najświętszych miejsc w całym świecie islamu, na pewno jest też jednym z najstarszych i najbardziej znaczących meczetów w tureckiej Anatolii. Posiada ogromny dziedziniec (prawie 2.000 m2) i może pomieścić jednorazowo 5.000 wiernych. Do kompleksu należą także dwie medresy (islamskie szkoły), obie z XII w.;
  • meczet Şeyh Mutahhar Camii, wybudowany w 1500 r., który utonął w cieniu o wiele bardziej słynnego, stojącego przed nim minaretu, zwanego „minaretem na czterech nogach” lub „czteronożnym minaretem” (Dört Ayaklı Minare). Rzeczywiście minaret ten stoi na czterech małych kolumnach, symbolizujących cztery odłamy szkoły islamu. Obejście tych czterech kolumn siedem razy gwarantuje podobno spełnienie życzenia (marzenia) – nie próbowaliśmy :)
  • armeński kościół St.Giragos Kilisesi, niezwykle symboliczny ze względu na historię miasta i tutejszych Ormian. Nikt nie wie, kiedy był wybudowany, po raz pierwszy dokumenty wspominają o nim na początku XVII wieku. Był uważany za jeden z największych (posiadał aż 7 ołtarzy) i najważniejszych armeńskich kościołów na całym Srodkowym Wschodzie. Został zamknięty w czasie masakry Ormian w 1915 r. Społeczność Ormian odzyskała ruiny w latach sześćdziesiątych XX wieku. Po gruntownej odbudowie został oddany do użytku w październiku 2011 r. kosztem ogromnych pieniędzy (co ciekawe, tabliczki z opisem kościoła mówią o jego ruinie, ale kompletnie nie wspominają o jej przyczynie). Dziś mieści, oprócz kościoła, także szkołę oraz pomieszczenia mieszkalne dla księży, choć dziś społeczność chrześcijańska w Diyarbakir to dosłownie kilkadziesiąt rodzin. Po wejściu na teren kościoła (otoczonego murem) od razu przejął nas człowiek, który bardzo chętnie otworzył nam wrota kościoła i oprowadził po jego zakamarkach. Bez opłat, ale niestety też bez znajomości języka innego niż turecki;
Diyarbakir, armeński kościół St.Giragos Kilisesi

Diyarbakir, armeński kościół St.Giragos Kilisesi

Diyarbakir, armeński kościół St.Giragos Kilisesi

Diyarbakir, armeński kościół St.Giragos Kilisesi

Diyarbakir, armeński kościół St.Giragos Kilisesi

Diyarbakir, armeński kościół St.Giragos Kilisesi

  • meczet Salos Camii, wg inskrypcji datowany na 1743 r., ale w rzeczywistości wybudowany w XVI wieku. Kameralny meczet, stojący dziś na prywatnej działce, potrafiący pomieścić zaledwie 100 wiernych;
  • meczet Hazreti Ömer Camii, wybudowany w 1150 r.
  • meczet Iskender Paşa Camii z połowy XVI wieku, wybudowany przez gubernatora prowincji
  • meczet Safa Camii, wybudowany w 1532 r., znany z nietypowego układu, kamiennych rzeźb i dekoracyjnych płytek. W związku z nimi uznawany za jedną z ważniejszych budowli Dyarbakiru
  • meczet Behram Paşa Camii, wybudowany w 1572 r. przez ówczesnego gubernatora Diyarbakiru, szczególnie widowiskowy ze względu na łuki przed wejściem
  • meczet Lala Bey Camii, wybudowany prawdopodobnie w XV w., bardzo źle odrestaurowany (wyjątkiem jest minaret). Mauzoleum fundatora, tureckiego beya, znajduje się obok meczetu;
Diyarbakir, meczet Behram Paşa Camii

Diyarbakir, meczet Behram Paşa Camii

Diyarbakir, meczet Lala Bey Camii

Diyarbakir, meczet Lala Bey Camii

Diyarbakir, meczet Melik Ahmet Paşa Camii

Diyarbakir, meczet Melik Ahmet Paşa Camii

Diyarbakir, meczet Ali Paşa Camii

Diyarbakir, meczet Ali Paşa Camii

  • syryjski prawosławny kościół Maryi Panny, wybudowany już w III wieku (chrześcijaństwo dotarło do Diyarbakiru, zwanego wtedy Amidą, już w I wieku), przez kilkanaście stuleci siedziba patriarchów syryjskiego kościoła prawosławnego. Jego wagę obrazuje pochówek kilku patriarchów i świętych na terenie kościoła. W jego wnętrzach przechowywano podobno kawałek krzyża, na którym został ukrzyżowany Jezus. To jedyny obiekt w Diyarbakir, za wstęp do którego musieliśmy płacić (2 lub 3 TL od osoby);
  • meczet Melik Ahmet Paşa Camii, kojarzony z architektem Mimarem Sinanem, został wybudowany pod koniec XVI w.
  • meczet Ali Paşa Camii z 1549 r., także przypisywany przez niektórych Sinanowi, wybudowany dla ówczesnego gubernatora. Kompleks zawierał także medresę (szkołę koraniczną);
  • meczet Hüsrev Paşa Camii z 1528 r., także wybudowany dla gubernatora, także w kompleksie z medresą, minaret dodano na początku XVIII w.;
Diyarbakir, syryjski prawosławny kościół Maryi Panny

Diyarbakir, syryjski prawosławny kościół Maryi Panny

Diyarbakir, syryjski prawosławny kościół Maryi Panny

Diyarbakir, syryjski prawosławny kościół Maryi Panny

Diyarbakir, dawny karawanseraj (dziś hotel) Deliller Han

Diyarbakir, dawny karawanseraj (dziś hotel) Deliller Han

Diyarbakir, dziedziniec dawnego karawanseraju (dziś hotelu) Deliller Han

Diyarbakir, dziedziniec dawnego karawanseraju (dziś hotelu) Deliller Han

Diyarbakir, mauzoleum (grobowiec) sułtana Şucâ

Diyarbakir, mauzoleum (grobowiec) sułtana Şucâ

Ale stare miasto w Diyarbakir to nie tylko mury miejskie, bramy i świątynie. Warto także zobaczyć m.in. Deliller Han, dawny karawanseraj (hotel dla karawan) z XVI w., stworzony z myślą o handlarzach, podróżujących jedwabnym szlakiem do Syrii, Iranu czy Indii. Został zbudowany z czarnego i białego kamienia z Urfy i posiada ponad 70 pokoi. Dziś służy jako hotel, choć hotel ten ma ponoć swoje czasy świetności już za sobą. Pośrodku kompleksu jest rozległy dziedziniec ze stolikami restauracyjnymi.

Na skrzyżowaniu przed karawanserajem stoi niepozorne mauzoleum (grobowiec) sułtana Şucâ. Nie ma żadnych dokumentów, które świadczyłyby o dacie budowy grobowca, ale po drugiej stronie ulicy stoi fontanna sułtana Şucâ, na której froncie jest już data – domniemuje się, że mauzoleum pochodzi z tego samego okresu: 1208-1209 r.

To wszystko, opisane w tej i poprzedniej części wpisu, opisującej Diyarbakir, zobaczyliśmy w jakieś 6 godzin intensywnego „łazikowania” po starej części tego miasta. Po godzinie 14-tej byliśmy już przed wypożyczalnią samochodów Avis – której najpierw nie mogliśmy znaleźć, a potem… okazała się zamknięta (była niedziela), choć mieliśmy tego dnia odebrać wypożyczony przez internet samochód. Ale to historia na osobny wpis o transporcie podczas naszej podróży po południowo-wschodniej Turcji. Koniec końców samochód dostaliśmy i udaliśmy się nim w dwudniową podróż – pierwszym celem było miasto Midyat.

Pełna galeria zdjęć z Diyarbakir znajduje się na osobnej stronie naszego bloga oraz na naszym profilu na Facebooku.

 

Inne wpisy z: Turcja (Kurdystan) 2014

Do Turcji lecieliśmy liniami Pegasus

Lutowa wyprawa do tureckiego Kurdystanu była naszą pierwszą objazdową podróżą realizowaną bez samochodu. Czas na małe podsumowanie organizacji logistycznej - transportu, noclegów i wszystkiego, co musieliśmy ogarnąć w czasie pobytu w południowo-wschodniej Turcji.

Berlin, East Side Gallery

W Berlinie kończyła się nasza tegoroczna podróż po południowo-wschodniej Turcji, a że mieliśmy sporo czasu do autobusu wiozącego nas do domu, zaplanowaliśmy zwiedzanie kolejnej atrakcji stolicy Niemiec - East Side Gallery.

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Üsküdar, jedna z większych i najbardziej zaludnionych dzielnic Stambułu, gościł nas przez ułamek dnia podczas drogi powrotnej z podróży po południowo-wschodniej Turcji. Czasu wystarczyło na zwiedzenie kilku znaczących meczetów azjatyckiej części tej wielkiej aglomeracji.

 

Diyarbakir, w sercu tureckiego Kurdystanu

Diyarbakir to najbardziej wyraziste, żeby nie powiedzieć „autentyczne” miasto na naszej trasie po południowo-wschodniej Turcji. Można też powiedzieć, że pewnie najbardziej „wyobcowane” – wszak to tu bije serce jednego z największych narodów świata, wśród tych pozostających do dziś bez własnego państwa.

Turcja południowo-wschodnia, dzień 5 (poprzedni wpis: Harran, domy-ule i kolejne ślady Abrahama). Odmienny charakter Diyarbakiru poczuliśmy już po wejściu do autobusu, który miał nas do tego miasta zawieźć z Sanliurfy. Widoczna zmiana karnacji pozostałych pasażerów (dzięki czemu jeszcze bardziej odróżnialiśmy się od reszty) i równie widoczne zwiększone zainteresowanie naszymi osobami mówiły – wyjeżdżamy z Turcji, wjeżdżamy do kraju, którego oficjalnie nie ma – do Kurdystanu. Mamy czego chcieliśmy – w końcu celem wyprawy był turecki Kurdystan właśnie.

Napiszmy więc trochę o Kurdach. Przypisuje się ich jako potomków starożytnych Medów, a jako moment uformowania ich jako narodu uważa się mniej więcej VII w. p.n.e. W zasadzie nie mieli dłuższego okresu niepodległego w historii, byli pod wpływami Persów, Arabów (którzy ich zislamizowali), aż w końcu „wpadli” pod władanie Turków i Imperium Osmańskiego. Byli jednakże zawsze narodem o bardzo silnej identyfikacji własnej – Kurdowie zawsze podkreślali swoją odrębność, np. językową.

KML-LogoFullscreen-LogoQR-code-logoGeoJSON-LogoGeoRSS-LogoWikitude-Logo
Turcja, Diyarbakir

ładowanie mapy - proszę czekać...

Turcja, Diyarbakir, meczet Nebii Camii: 37.915078, 40.236440
Turcja, Diyarbakir, meczet Hazreti Süleyman Camii: 37.914951, 40.241928
Turcja, Diyarbakir, cytadela: 37.915611, 40.242029
Turcja, Diyarbakier, meczet Ulu Camii: 37.912399, 40.235930
Turcja, Diyarbakir, meczet Şeyh Mutahhar Camii: 37.910698, 40.237625
Turcja, Diyarbakir, armeński kościół St.Giragos Kilisesi: 37.910799, 40.238505
Turcja, Diyarbakir, karawanseraj Deliller Han: 37.907003, 40.235860
Turcja, Diyarbakir, mauzoleum sułtana Şucâ: 37.906656, 40.235399
Turcja, Diyarbakir, meczet Hazreti Ömer Camii: 37.906376, 40.235506
Turcja, Diyarbakir, brama Mardin: 37.906088, 40.235420
Turcja, Diyarbakir, meczet Hüsrev Paşa Camii: 37.906986, 40.237169
Turcja, Diyarbakir, wieża Keçi Burcu: 37.905322, 40.236601
Turcja, Diyarbakir, meczet Ali Paşa Camii: 37.905716, 40.230646
Turcja, Diyarbakir, brama Urfa: 37.910820, 40.227299
Turcja, Diyarbakir, meczet Melik Ahmet Paşa Camii: 37.910841, 40.230217
Turcja, Diyarbakir, syryjski prawosławny kościół Maryi Panny: 37.908950, 40.230598
Turcja, Diyarbakir, meczet Lala Bey Camii: 37.909525, 40.231011
Turcja, Diyarbakir, meczet Behram Paşa Camii: 37.909415, 40.234208
Turcja, Diyarbakir, meczet Safa Camii: 37.911540, 40.232320
Turcja, Diyarbakir, meczet Iskender Paşa Camii: 37.913478, 40.233243
Turcja, Diyarbakir, Dag Kapisi: 37.916263, 40.236880
Turcja, Diyarbakir, pomnik Ataturka: 37.916077, 40.234138

 

Diyarbakir, bizantyjskie mury miejskie

Diyarbakir, bizantyjskie mury miejskie

Diyarbakir, bizantyjskie mury miejskie

Diyarbakir, bizantyjskie mury miejskie

Diyarbakir, bizantyjskie mury miejskie

Diyarbakir, bizantyjskie mury miejskie

Obecnie populację Kurdów określa się na 25-27 mln (w niektórych publikacjach 30 mln), z czego aż połowa żyje na dzisiejszym terytorium Turcji. W Turcji byli historycznie jedną z dwóch wyróżniających się i walczących o swoje prawa mniejszości etnicznych – drugą byli chrześcijańscy Ormianie. Byli, bo w wyniku prześladowań, czystek i masakr na tle etnicznym, podsycanych względami odmienności religijnej, Ormianie zostali wymordowani lub wypędzeni z Turcji w dwóch falach: pod koniec XIX w. i po zakończeniu I wojny światowej. I niestety – Kurdowie zostali przez Turków wykorzystani do pomocy w rzeziach na Ormianach, będąc ich aktywnymi uczestnikami.

Kurdom to jednak niewiele dało, bo gdy Turcja rozprawiła się z Ormianami, przystąpiła do „naturalizacji” Kurdów. Zakazano używania nazwy „Kurd”, a Kurdów nazywano „górskimi Turkami”. Zabroniono używania języka kurdyjskiego i obchodzenia ich świąt. W efekcie wybuchały kolejne powstania, a z kolei ich efektem były przymusowe wysiedlenia w inne części Turcji, gdzie Kurdom zmieniano imiona na tureckie.

Po II wojnie światowej nadal trwała dyskryminacja Kurdów, a za iracką granicą wybuchały kolejne powstania tamtejszych Kurdów, którzy w końcu uzyskali pewną autonomię w Iraku. Na tej fali wróciły marzenia tureckich Kurdów i ich walka o uzyskanie niezależności. Powstała Partia Pracujących Kurdystanu, a w regionie zrobiło się bardzo niebezpiecznie – w 1984 r. działalność rozpoczęli kurdyjscy partyzanci, przez Turków uznani za terrorystów. Działalność ta została oficjalnie zawieszona w 1999 r., a w ostatnim czasie, chcąca zbliżyć się do Europy Turcja trochę złagodziła „okowy” Kurdom – mogą oni m.in. używać języka kurdyjskiego.

Diyarbakir, bizantyjskie mury miejskie, brama Urfa

Diyarbakir, bizantyjskie mury miejskie, brama Urfa

Diyarbakir, bizantyjskie mury miejskie, brama Urfa

Diyarbakir, bizantyjskie mury miejskie, brama Urfa

Wróćmy teraz do samego Diyarbakiru. Historia tego miasta, w starożytności zwanego Amidą, sięga 5000 lat. Naszą erę miasto przywitało pod władaniem rzymskim, potem było bizantyjskie. W VII wieku zjawili się Arabowie i rozpoczęła się era islamu. W swojej historii Diyarbakir wielokrotnie przechodził z rąk do rąk pomiędzy różnymi cywilizacjami – historycy naliczyli ich aż ponad trzydzieści. Te różnorodne wpływy pozostały w architekturze i charakterze miasta, mieszając się i budując specyficzny jego charakter.

Dlaczego Diyarbakir jest dziś tak silnie kurdyjski ? Kiedy pod koniec XIX w. w mieście i okolicach wydarzyły się straszne masakry bardzo licznych tu Ormian, Kurdowie zyskali ogromną większość w populacji. Dość powiedzieć, że zamordowano wtedy 25.000 Ormian, a pozostałe 150.000 wypędzono. Dziś w Diyarbakir żyje podobno dosłownie garstka chrześcijan, skupiona wokół dwóch zachowanych kościołów (jeden z nich jest właśnie ormiański).

W każdym razie badania wskazują, że około 3/4 ludności Diyarbakiru (dziś to 900 tys. mieszkańców) posługuje się językiem kurdyjskim. A Diyarbakir jest jednym z największych miast Anatolii południowo-wschodniej, jego gwałtowny wzrost w końcówce XX wieku spowodowany był także poniekąd prześladowaniami Kurdów – władze tureckie wysiedlały całe wsie kurdyjskie dookoła miasta, a ich mieszkańcy uciekali do Diyarbakir. W pewnym momencie (1997 r.) liczebność aglomeracji miejskiej Diyarbakiru określano nawet na 1,5 mln. Co smutne, badania z 2006 r. pokazywały, że mniej więcej połowa Kurdów z miasta jest analfabetami, a wśród kurdyjskich kobiet ten odsetek był już po prostu zatrważający – sięgał aż 80%.

Diyarbakir, widok z murów miejskich

Diyarbakir, widok z murów miejskich

Diyarbakir, widok z murów miejskich

Diyarbakir, widok z murów miejskich

Diyarbakir, zniszczone uliczki starego miasta

Diyarbakir, zniszczone uliczki starego miasta

Diyarbakir, zniszczone uliczki starego miasta

Diyarbakir, zniszczone uliczki starego miasta

I do takiego właśnie Diyarbakiru – serca tureckich Kurdów, doświadczonego latami walk i terroru, dumnego, ubogiego i słabo rozwiniętego ekonomicznie, trafiamy w kolejnym dniu naszej zimowej tureckiej wyprawy. Całe historyczne centrum miasta zawarte jest wewnątrz równie historycznych murów, tworzących okrąg o obwodzie ok.5 km (wysokość 10-12 m, grubość 3-5 m), w które wbudowano aż 81 wież i 4 główne bramy wjazdowe. Po dużej części tych murów można spacerować, aczkolwiek należy z tym uważać, o czym dalej. Mury te powstały z bazaltu w czasach bizantyjskich (IV w.).

To historyczne centrum miasta, oprócz całej masy zabytków o niezwykle barwnej historii, związanej z losami miasta i regionu, zawiera także niestety smutny obraz biedy – poza kilkoma głównymi ulicami i bazarami, reszta zabudowań przypomina ruinę – wali się lub niedługo się zawali. Dawno nie remontowane czy choćby odnawiane, z błotnistymi uliczkami wypełnionymi gruzem, kamieniami i śmieciami. Z mieszkańcami przesiadującymi na ulicach i grupami młodzieniaszków, nie wyglądających zbyt przyjaźnie, wałęsających się po nich. A wszystko to przy bardzo widocznym zainteresowaniu naszymi osobami – w końcu nawet w sezonie w Diyarbakir nie ma zbyt wielu turystów (wolą pobliskie Mardin czy Hasankeyf), a my w środku lutego nie widzieliśmy nikogo innego wyglądającego na turystę – byliśmy chyba jedyni w tym dniu.

Diyarbakir, cytadela

Diyarbakir, cytadela

Diyarbakir, cytadela

Diyarbakir, cytadela

Do całego tego obrazu dodać należy, że stare miasto w Diyarbakir określane jest mianem niebezpiecznego miejsca. Sporo miejsc w internecie ostrzega przed zbytnim eksplorowaniem bocznych uliczek czy zwiedzaniu w samotności. Obręb starego miasta znany jest z dużego zagrożenia przestępczością i rabunkami, a szczególnie „wrażliwe” tereny to właśnie okolice murów miejskich, przy których dnie i wieczory spędza miejscowa młodzieżowa „śmietanka”. Odradza się samotne spacerowanie, eksponowanie drogich aparatów czy telefonów, zaleca się też ubieranie podobne do miejscowych, zamiast widocznych z daleka ciuchów turystycznych. Zacytujemy dwie anglojęzyczne opinie ze stron dużych serwisów z ofertami hoteli :

Diyarbakir, policyjny samochód przy średniowiecznym hamamie (łaźni)

Diyarbakir, policyjny samochód przy średniowiecznym hamamie (łaźni)

„Unfortunately, Diyarbakir is a very difficult city for a variety of political and socio/economic reasons. Upon leaving the mosque in search of a Syrian Orthodox church, my husband was mugged. The potential thief was unsuccessful, but it was a jarring experience.”

„…high percentage of the guests get pickpocketed walking into town. We were lucky, but we were extraordinarily vigilant. Virtually everyone we passed in the 15 minute walk into town reminded us how dangerous that street is, which made the stay a little nerve-racking. Our friends who arrived 2 days later were pickpocketed twice. Everyone in town seems to know about the problem.”

Nawet na Wikitravel można znaleźć taki fragment pod hasłem „Diyarbakir”:

„It is not advisable at all to walk alone during the night time, especially in the old quarter. Taking some precautions during the visit is advisable, just common sense. Don’t hang around in dark areas; try not to look like the typical tourist, etc. The lower end of the street toward the Mardin Kapı, the Mardin Gate, is pretty dark and can be dangerous at night. Do not become prey to pickpockets who seem to hang around there.”

Diyarbakir, częsty widok: pojazdy policji

Diyarbakir, częsty widok: pojazdy policji

Podczas zwiedzania obrębu starego miasta zostaliśmy dwukrotnie ostrzeżeni przez przygodnych mieszkańców. Raz zrobił to dość zabawnie młody mężczyzna obok kościoła armeńskiego (stoi w ciasnej bocznej uliczce), który kazał nam popatrzeć na siebie, po czym płynnym angielskim powiedział: „Uważajcie na takich jak ja – młodych, dobrze zbudowanych, ubranych w skóry mężczyzn – unikajcie bocznych uliczek i chodzenia po nich z widocznym dobrym aparatem lub z dobrym telefonem (iPhone) w ręce”. Druga była kobieta na terenie starego syryjskiego kościoła (tam akurat było bezpiecznie, bo wstęp jest płatny).

Nie chcemy nikogo do Diyarbakir zniechęcać. Ale zdrowy rozsądek jest wskazany, dlatego warto wiedzieć, czego unikać. Pomijając wyżej opisane względy, miasto jest niezwykle klimatyczne i autentyczne. Aczkolwiek przez biedę widoczną w starej części miasta i zawikłaną historię mieszkańców, najbardziej adekwatne jest inne określenie Diyarbakiru, które znaleźliśmy gdzieś w sieci – „szorstki”. To słowo chyba najlepiej oddaje charakter tego miasta.

Już przy pierwszym widoku ulic miasta rzuca się w oczy zmiana w porównaniu z wcześniej zwiedzanymi przez nas miastami: Adaną, Hatay, Gaziantepem czy Sanliurfą – bardzo widoczne są tu pojazdy policyjne, których ulicami przemyka spora ilość. A i pojazdy te są też inne – wyglądają jak pojazdy szturmowe – mocno opancerzone i okratowane. Siedzący w nich policjanci wyglądają jak w twierdzy. Czuć powiew poplątanej najnowszej historii regionu.

Wizytówką Diyarbakiru są dwie rzeczy. Pierwsza to arbuzy, które uprawiane są dookoła miasta w dolinie rzeki Tygrys, które odpowiednio pielęgnowane, potrafią dochodzić nawet do 50 kg (!) wagi. Corocznie w mieście organizowany jest festiwal arbuzów, będący sporą atrakcją w regionie.

Diyarbakir, tańce miejscowych dzieciaków w starej części miasta

Diyarbakir, tańce miejscowych dzieciaków w starej części miasta

Diyarbakir, bizantyjskie mury miejskie

Diyarbakir, bizantyjskie mury miejskie

Drugą wizytówką, tą bardziej historyczną, są wspomniane już wyżej mury miejskie, otaczające stare miasto, z czterema bramami. Na sporej części murów możliwy jest spacer górą, choć trzeba uważać, bo mury nie są nijak zabezpieczone, a fragmentami są w sporej rozsypce. Warto jednak wspiąć się na nie, by podziwiać widok na miasto i na okolicę na zewnątrz. Tak jak mówi jedno z cytowanych wyżej przez nas ostrzeżeń, nie warto spacerować przy murach po zapadnięciu zmroku.

Wewnątrz murów miejskich jest jeszcze osobna wydzielona przestrzeń, otoczona swoim własnym drugim murem – to cytadela. Pierwotne mury nie zachowały się, obecne pochodzą z XVI w. (czasy panowania sułtana Sulejmana Wspaniałego). Mury cytadeli miały 16 wież i 4 własne bramy. Wewnątrz murów dziś znajdują się m.in. dwa kościoły, meczet, cysterna oraz ruiny pałacu. W latach 90-tych budynki cytadeli były główną kwaterą wojsk tureckich, walczących z kurdyjską PKK (Partia Pracujących Kurdystanu), tu mieściły się więzienia, w których wg niektórych dochodziło do brutalnych tortur. Dziś przestrzeń ta przerabiana jest na muzeum archeologiczne, którego główną częścią zbiorów mają być eksponaty znalezione podczas budowy wielkiej tamy Ilısu Dam (napiszemy o niej więcej przy okazji zwiedzania Hasankeyf).

Podczas naszego pobytu w Diyarbakir zaliczyliśmy oczywiście spacer po murach, a także przeszliśmy pod dwiema z czterech bram – najbardziej znaną – bramą Mardin, oraz znajdującą się na zachód od niej bramą Urfa. Na dobrze zachowanej wieży obok bramy Mardin znajduje się niewielka restauracja pod otwartym niebem. Z wieży tej można podziwiać okolicę miasta, w tym most na Tygrysie, pochodzący z XI w. (Dicle Köprüsü). O moście będzie niżej.

Nie chcemy robić z tego wpisu niekończącej opowieści – dalszy ciąg możecie przeczytać w drugiej części, do lektury której zapraszamy.

Pełna galeria zdjęć z Diyarbakiru znajduje się na osobnej stronie naszego bloga oraz na naszym fanpage’u na Facebooku.

 

Inne wpisy z: Turcja (Kurdystan) 2014

Do Turcji lecieliśmy liniami Pegasus

Lutowa wyprawa do tureckiego Kurdystanu była naszą pierwszą objazdową podróżą realizowaną bez samochodu. Czas na małe podsumowanie organizacji logistycznej - transportu, noclegów i wszystkiego, co musieliśmy ogarnąć w czasie pobytu w południowo-wschodniej Turcji.

Berlin, East Side Gallery

W Berlinie kończyła się nasza tegoroczna podróż po południowo-wschodniej Turcji, a że mieliśmy sporo czasu do autobusu wiozącego nas do domu, zaplanowaliśmy zwiedzanie kolejnej atrakcji stolicy Niemiec - East Side Gallery.

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Üsküdar, jedna z większych i najbardziej zaludnionych dzielnic Stambułu, gościł nas przez ułamek dnia podczas drogi powrotnej z podróży po południowo-wschodniej Turcji. Czasu wystarczyło na zwiedzenie kilku znaczących meczetów azjatyckiej części tej wielkiej aglomeracji.

 

 

Harran, domy-ule i kolejne ślady Abrahama

Niewielka dziś mieścina, choć mająca swój wielki ślad w historii cywilizacji. Przez niektórych uznawana za najdłużej zamieszkane miejsce na świecie. Mieścina, w której mieszkał Abraham, jego syn Izaak tu wybierał żonę, podobnie jak wnuk – Jakub. O wszystkich nich mówi dziś Biblia.

Turcja południowo-wschodnia, dzień 4 (poprzedni wpis: Göbekli Tepe, najstarsza znana świątynia świata). Prosto z Göbekli Tepe pojechaliśmy na południowy-wschód od Sanliurfy. Mniej więcej po 30-tu kilometrach skręcamy w lewo i po kolejnych dziesięciu wjeżdżamy do centrum miejscowości Harran – małego miasteczka, zamieszkałego dziś przez ok.7 tys. osób, z których zapewne w sezonie spora część żyje z turystów, których muszą tu być ogromne ilości – atrakcji bowiem w Harranie nie brakuje.

Pierwsze wzmianki o Harranie (biblijnym Charan) pojawiają się już w końcówce trzeciego tysiąclecia p.n.e. i wtedy już miasto było na tyle duże, że miało swojego władcę (prawdopodobnie króla). Czasy rozkwitu dla Harranu nastąpiły mniej więcej w XIX w. p.n.e., kiedy pod panowaniem Asyryjczyków stał się on jednym głównych miast królestwa, dzięki swojemu położeniu na skrzyżowaniu dwóch głównych dróg handlowych.

W XIV w. p.n.e. miasto spalili Hetyci, ale później kontrolę odzyskali Asyryjczycy. OK. X w. p.n.e. Harran zyskał na tyle duże przywileje, że zaczęto go nazywać „wolnym miastem Harran”. Przywileje te miasto straciło w VIII w. p.n.e., kiedy podniosło bunt przeciwko Asyryjczykom, ostatecznie przegrywając.

W VI w. p.n.e. Harran przeszedł pod władanie Persjan, stając się częścią perskiej prowincji Asyria. Taki stan trwał aż do końcówki IV w. pn.e., kiedy to cały region przejęły wojska macedońskie pod kierunkiem Aleksandra Wielkiego. Po jego śmierci władanie Harranem przejął jeden z jego dowódców, Seleukos. W czasach rzymskich okolice Harranu były areną kilku wielkich bitew. A w 217 r. w Harranie zamordowany został rzymski cesarz, Karakalla. Czasy rzymskie, a potem bizantyjskie, trwały w mieście prawie do połowy VII w., kiedy to zostało ono zdobyte przez Arabów i rozpoczęła się era islamu.

Harran, brama Aleppo

Harran, brama Aleppo

Harran, mury dawnego miasta

Harran, mury dawnego miasta

Harran, teren dawnego miasta, dziś miejsce wypasu zwierząt domowych

Harran, teren dawnego miasta, dziś miejsce wypasu zwierząt domowych

Arabowie obronili miasto m.in. przed krzyżowcami, których legenda niezwyciężonych została mocno nadwerężona po przegranej bitwie właśnie pod Harranem. W połowie XIII w. zostało spalone przez Tatarów. Swoje znaczenie utrzymywało mniej więcej do XIX wieku, dziś nic z tego znaczenia już nie pozostało.

Wg tradycji religijnej, w Harran na jakiś czas osiedlił się Abraham (znów, poprzednio w Sanliurfie, trafiamy na jego ślad), w drodze do Kanaanu. Syn Abrahama, Izaak, powrócił później do Harran i tu wybrał żonę (Rebekę). Tę samą drogę obrał syn Izaaka, Jakub (żona Rachel). Z 11-tu synów Jakuba, dziesięciu urodziło się właśnie w Harran. Tak mówi tradycja, a dokładnie Stary Testament, Księga Rodzaju.

W odróżnieniu od Göbekli Tepe, do Harran da się dojechać z Sanliurfy dolmuszami, które jeżdżą bodajże co godzinę. Ale że my poruszaliśmy się wypożyczonym samochodem, nie mamy tu żadnego doświadczenia. Wracając do mieszkańców, żyjących z turystyki, zaraz po opuszczeniu samochodu mieliśmy okazję „poczuć” styl ich „pracy”. W lutym turystów w Harran zastaliśmy w ilości mniej więcej policzalnej na palcach obu rąk, byliśmy więc bardzo widoczni – niemal natychmiast zostaliśmy zaczepieni przez mężczyznę przejeżdżającego na motocyklu, oferującego swoją osobę przy oprowadzaniu po atrakcjach starego Harranu.

Harran, tradycyjne domy w kształcie ula

Harran, tradycyjne domy w kształcie ula

Harran, tradycyjne domy w kształcie ula

Harran, tradycyjne domy w kształcie ula

Harran, tradycyjne domy w kształcie ula

Harran, tradycyjne domy w kształcie ula

Harran, panorama starej części miasta

Harran, panorama starej części miasta

Harran, wnętrze tradycyjnego domu-ula

Harran, wnętrze tradycyjnego domu-ula

Harran, wnętrze tradycyjnego domu-ula

Harran, wnętrze tradycyjnego domu-ula

Oferta brzmiała zaskakująco, bo człowiek ów chciał nas oprowadzić „za free”, mocno podkreślając, że tutaj każdy turysta bierze ze sobą miejscowego przewodnika, bo teren jest rozległy, atrakcji dużo i taki jest po prostu „standard”. Jakoś nie uwierzyliśmy w to „za free” i twardo pozostaliśmy przy chęci samodzielnego zwiedzania. Człowiek ów pokazał nam jeszcze kierunek i odjechał – jak się okazało tylko na chwilę. „Dopadł” nas kilkaset metrów dalej, powtarzając całą akcję, ale już nie „za free”, tylko za „small money”, a po kolejnej odmowie zaczął już rzucać ceną (20 TL). Czyli tak jak się spodziewaliśmy, początkowe „za free” na końcu zamieniłoby się jednak w konieczność zapłacenia „przewodnikowi”.

Innym, mniej przyjemnym aspektem „żerowania” na turystach są też gromady dzieciaków, biegające z wyciągniętymi rękami i okrzykiem „one lira” za każdym napotkanym turystą. Część z nich próbuje się jeszcze wysilić, nawiązując krótką konwersację typu „What’s your name ? My name is …… (jakoś tam). One lira!”, inne nie proponują nic, po prostu wołając pieniędzy… To trochę smutne, jak turyści stają się dojnymi krowami dla miejscowych. Pewnie duża w tym wina samych turystów, dla których „one lira” nie jest problemem, a zdjęcie obdrapanego dzieciaka dobrze się potem prezentuje w rodzinnym albumie. Zeby jednak nie było tak źle, da się też w Harran znaleźć i takie dzieciaki, które po prostu podchodzą się przywitać, czy z daleka krzyczą przyjazne „Hi !”, bez inklinacji do oczekiwania w zamian zapłaty.

Harran, ruiny Wielkiego Meczetu

Harran, ruiny Wielkiego Meczetu

Harran, ruiny Wielkiego Meczetu

Harran, ruiny Wielkiego Meczetu

Harran, ruiny Wielkiego Meczetu

Harran, ruiny Wielkiego Meczetu

Harran, wielbłądy, w tle ruiny Wielkiego Meczetu

Harran, wielbłądy, w tle ruiny Wielkiego Meczetu

Sam stary Harran słynie dziś przede wszystkim z widowiskowych domów w kształcie ula, budowanych całkowicie bez udziału drewna ani innego trwałego budulca. Powstają one (bo ciągle powstają, w końcu są atrakcją przyciągającą turystów) wyłącznie z gliny i słomy, a ich kuliste dachy zakończone są „wywietrznikiem”. Ich konstrukcja powoduje utrzymywanie przyjemnego chłodu wewnątrz, nawet w upalne dni, są więc wykorzystywane m.in. jako spiżarnie czy magazynki. Domy-ule powstawały już przed Chrystusem, ale te które można zobaczyć dziś, mają najwyżej 200 lat. W kilku z nich urządzono pokazowe miejsca, gdzie można zobaczyć tradycyjny ich wystrój, przymierzyć strój arabski czy po prostu napić się herbaty. Część innych jest używana przez mieszkańców, inna część chyli się ku ruinie.

Ogólnie stara część Harranu, przynajmniej poza sezonem, wygląda jak slumsy. Zaniedbane i prymitywne domostwa (murowanych domów jak na lekarstwo), niektóre otoczone prymitywnymi okazami ogrodzenia, całe mnóstwo wałęsających się psów, z których część nie wygląda na przyjazne. Zaniedbane dzieciaki krążące po zabłoconych uliczkach i masa śmieci, gruzu i innych mało przyjemnych widoków.

Teren starej części Harranu otoczony jest podniszczonym starożytnym murem (4 km długości, odnotowano ślady aż po 187 wieżach, reparacji murów dokonano w czasach bizantyjskich), a do wnętrza prowadzi kilka bram, z których jedna, ta od strony dojazdu z Sanliurfy, jest odrestaurowana – to „brama Aleppo”. Reszta bram (było ich sześć) albo „nie dożyła”, albo jest w ruinie. Za bramą czeka turystów krótki spacer na wzgórze, za którym kryją się wszystkie atrakcje miasteczka.

Pierwszą są ruiny meczetu Ulu Camii (Wielkiego Meczetu), wybudowanego w połowie VIII w., w okresie początkowego panowania Islamu na tych ziemiach. Meczet ten jest uważany za jeden z najstarszych na całym terytorium dzisiejszej Turcji. Stał prawdopodobnie na miejscu dawnej świątyni boga księżyca Sin, którego kult był rozpowszechniony na tych terenach przez długie wieki, także jeszcze długo po nastaniu chrześcijaństwa. Dziś z meczetu pozostał wysoki (33 m) minaret, łuk oraz fragment jednej ze ścian. Pierwotnie meczet był zadaszony drewnem (nie miał kopuł), co narażało go na pożary. Został zniszczony w 1251 r. razem z całym miastem, podczas najazdu Tatarów.

Harran, twierdza krzyżowców

Harran, twierdza krzyżowców

Harran, twierdza krzyżowców

Harran, twierdza krzyżowców

Harran, twierdza krzyżowców

Harran, twierdza krzyżowców

Tuż obok stał kiedyś uznawany za najstarszy w Turcji uniwersytet – islamska szkoła, której najlepsze czasy przypadły na IX wiek. W okresie gdy klasyczne akademie w Atenach czy Aleksandrii były zamykane po nadejściu chrześcijaństwa, to właśnie Harran stał się ośrodkiem nauki, tu kształciło się nawet 8.000 studentów równocześnie.

Kolejną, położoną nieco w głębi starej części Harranu, atrakcją historyczną miasta, jest bizantyjska twierdza, rozbudowana w XI w. przez krzyżowców. W jej obrębie zachował się także kościół, ale niestety nie było nam dane zajrzeć do środka – twierdza była zamknięta z powodu remontu. Tablica mówiła o zakończeniu prac na jesień 2014 r. Twierdzę obeszliśmy więc dookoła, podziwiając potężne ośmioboczne baszty.

Cały pobyt w starej części Harranu: oglądanie pozostałości Wielkiego Meczetu, twierdzy i domów-uli wraz z herbatą przy jednym z nich zajął nam równo 1,5 godziny. Przy okazji obfotografowaliśmy sobie wielbłądy, które dotychczas widywaliśmy tylko w zoo (i w cyrku), pasące się na wzgórzach. Z racji zbliżania się terminu zwrotu wypożyczonego samochodu, po godz.16-tej odjechaliśmy w kierunku Sanliurfy. Jeszcze tego samego dnia czekała nas podróż autobusem do kolejnego naszego celu – miasta Diyarbakir, stolicy tureckich Kurdów.

Pełna galeria zdjęć z Harran znajduje się na osobnej stronie naszego bloga oraz na naszym profilu na Facebooku.

 

Inne wpisy z: Turcja (Kurdystan) 2014

Do Turcji lecieliśmy liniami Pegasus

Lutowa wyprawa do tureckiego Kurdystanu była naszą pierwszą objazdową podróżą realizowaną bez samochodu. Czas na małe podsumowanie organizacji logistycznej - transportu, noclegów i wszystkiego, co musieliśmy ogarnąć w czasie pobytu w południowo-wschodniej Turcji.

Berlin, East Side Gallery

W Berlinie kończyła się nasza tegoroczna podróż po południowo-wschodniej Turcji, a że mieliśmy sporo czasu do autobusu wiozącego nas do domu, zaplanowaliśmy zwiedzanie kolejnej atrakcji stolicy Niemiec - East Side Gallery.

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Üsküdar, jedna z większych i najbardziej zaludnionych dzielnic Stambułu, gościł nas przez ułamek dnia podczas drogi powrotnej z podróży po południowo-wschodniej Turcji. Czasu wystarczyło na zwiedzenie kilku znaczących meczetów azjatyckiej części tej wielkiej aglomeracji.