Praktyczne informacje | tamBylscy.pl - historia naszych podróży.

Internet i aplikacje przydatne w podróży

Kontynuujemy nasz mini-cykl o kwestiach, związanych u nas z podróżowaniem, a nie będących bezpośrednio „esencją” podróży. Tym razem będzie o tym, jak i do czego wykorzystujemy internet i tzw. nowoczesne technologie.

Znów będzie trochę praktycznych informacji okołopodróżniczych, niżej postaramy się Wam pokazać, jak wykorzystujemy internet i aplikacje na nim oparte, zarówno do planowania wyjazdów, jak i podczas ich trwania. Nie, nie jesteśmy ortodoksami, którzy na czas podróży wyłączają się z sieci – choć w czasie ich trwania korzystanie z internetu trochę się u nas zmienia. Podróż to czas dla nas i zapominamy wtedy o blogu – nawet jeśli jedziemy na cały miesiąc, podczas tego miesiąca na blogu nie pokazuje się ani jedno nowe słowo. Przygotowanie merytorycznego tekstu na bloga to u nas na tyle długi czas, że po prostu nie mamy go tyle podczas wojaży.

Pomimo tego internet jest stałym elementem naszych podróży. Mniej wtedy służy jako „czasozabijacz”, a więcej jako normalne narzędzie ułatwiające poruszanie się w terenie, organizację dnia w podróży i komunikację – czy to pomiędzy sobą, czy z bliskimi w kraju. Poniżej znajdziecie listę kwestii, w których internet i specjalistyczne aplikacje przydają się nam podczas podróży i ich planowania.

Telefon i roaming

Podróżujemy głównie po Europie, a dużą część naszego kontynentu obejmuje Unia Europejska oraz kraje z nią stowarzyszone, w których obowiązuje tzw. strefa 1A, czyli strefa, w której opłaty roamingowe są najniższe, i co ważne – strefa, w której komunikacja bywa wliczana w niektóre plany abonamentowe naszych polskich operatorów komórkowych.

Z racji częstych ostatnimi czasy wyjazdów zdecydowaliśmy się właśnie na taki abonament, zawierający m.in. 500 MB miesięcznie internetu w krajach strefy 1A (cała UE oraz m.in. Norwegia, Liechtenstein czy Islandia) oraz godzinę rozmowy w każdą ze stron (wychodzące i przychodzące). Cena jest stosunkowo niewiele wyższa od abonamentu „krajowego”, a przy częstych wyjazdach szybko się zwraca. Jeśli podróżujecie raz, dwa razy w roku, lepszym rozwiązaniem będzie pewnie dokupienie dedykowanego pakietu danych na czas wyjazdu.

Belgrad (2015)

Belgrad (2015)

Bergen (2015)

Bergen (2015)

Liechtenstein (2011)

Liechtenstein (2011)

Poza granicami tejże „strefy 1A”, przy dłuższych wyjazdach z reguły kupujemy miejscową kartę SIM z określonym pakietem danych internetowych. Tak robiliśmy m.in. w Turcji, Gruzji czy na Ukrainie. We wszystkich tych przypadkach w salonie operatora całą instalację karty robiła za nas obsługa (często wymagana jest aktywacja karty i często procedura ta jest wykonywana w miejscowym języku – potrzebny jest „miejscowy”).

Wyjątkiem była Brazylia, gdzie aktywacja karty SIM wymaga podania miejscowego „NIPu” i tu polegliśmy. Kartę SIM kupiliśmy, nawet znaleźliśmy sposób na skombinowanie tegoż „NIPu”, ale nie przebrnęliśmy przez aktywację karty po portugalsku…

Podczas krótszych pobytów poza UE nie bawimy się w kupowanie kart SIM. Jesteśmy na tyle dobrze przygotowani do podróży, że bez komórkowego internetu się obejdziemy. Korzystamy z niego tylko awaryjnie, gdy np. mamy problem z wyborem trasy, albo nagle okazuje się, że droga wskazywana przez nawigację… nie istnieje, jest w remoncie albo zdarza się inny nieprzewidziany przypadek (np. megakorek).

Brazylijska karta SIM, której nigdy nie użyliśmy

Brazylijska karta SIM, której nigdy nie użyliśmy

Raz w życiu zrobiliśmy coś innego – w trakcie kilkugodzinnego przejazdu przez Szwajcarię pojechaliśmy na podstawie map Google’a, z cały czas włączonym roamingiem. Nasz operator uszczęśliwił nas jakiś czas później rachunkiem za tę przyjemność – 2400 zł. Tak, nie pomyliliśmy zer – tyle kosztowało 6 czy 7 godzin jazdy z internetem.

Poza UE można sobie też poradzić awaryjnie w sprytniejszy sposób. Podczas podróży wzdłuż Dunaju lekko zagubiłem się w gęstych uliczkach starej części serbskiego Belgradu. Wystarczyło wtedy poszukać restauracji z naklejką informującą o WiFi dla gości i… stanąć pod jej oknem. A z reguły jeszcze prościej jest poszukać fastfooda w rodzaju McDonald’s – z reguły jest tam dostęp do sieci (choć nie zawsze działa).

Google Maps

To jedna z trzech absolutnie podstawowych u nas aplikacji podróżnych. Używana intensywnie i wielu przypadkach – bez niej nasze podróże byłyby mocno utrudnione. O tym, jak wykorzystujemy Google Maps do planowania trasy możecie poczytać w poprzednim wpisie z tej serii. Ale mapy Google’a przydają się nam bardzo także podczas podróży:

  • w sytuacjach, w których standardowa nawigacja „daje ciała” – bo czasem daje. Czasem źle wyznacza trasę, czasem okazuje się że ta trasa nie jest przejezdna (w ekstremalnych przypadkach np. prowadzi przez jednokierunkową ulicę… pod prąd);
  • w przypadku, gdy chcemy dojechać do atrakcji, położonej na odludziu, poza jakąkolwiek miejscowością, często też z dojazdem bardzo podrzędną drogą – tu zdecydowanie lepiej sprawdzają się online’owe mapy;
Gruzja 2014 - mapa podróży

Gruzja 2014 – mapa podróży

Mapa naszego "rajdu" wzdłuż Dunaju w Serbii

Mapa naszego „rajdu” wzdłuż Dunaju w Serbii

  • do orientacji podczas pieszego zwiedzania miast i sprawnego poruszania się po często zagmatwanych i ciasnych uliczkach starówek. Pomaga w poruszaniu się pomiędzy atrakcjami, które wcześniej zaplanowaliśmy i oznaczyliśmy na mapkach w Evernote (o tej aplikacji będzie niżej)
  • mapy Google’a mają funkcję „map offline” – można wybrany fragment mapy zgrać na telefon czy tablet. Może to być konkretna trasa, czy np. plan konkretnego miasta. To niezwykle pomaga w przypadku, gdy jesteśmy poza naszym roamingiem w abonamencie. Wystarczy np. poprzedniego wieczora w hotelu, w którym mamy WiFi, zgrać taki plan miasta i następnego dnia możemy się po nim zgrabnie poruszać, nie błądząc w poszukiwaniu wybranych wcześniej przed podróżą miejsc;
  • w sytuacji, gdy obawiamy się zabłądzenia. Np. gdy wychodzimy pieszo w jakiś rozległy obcy teren (trekking po parku krajobrazowym, półwyspie – nie zawsze zwiedzamy wszak miasta). Odpalamy mapy Google’a – domyślnie wczytują mapę okolicy w której jesteśmy – i oznaczamy „tapnięciem” (czyli tzw. pinezką) miejsce, w którym rozpoczynamy. Po czym chowamy telefon do kieszeni – gdybyśmy stwierdzili, że nie wiemy, gdzie zostawiliśmy samochód, wystarczy znów odpalić mapy i sprawdzić naszą aktualną pozycję względem zaznaczonej pinezki. W tzw. „życiu codziennym” często ten patent stosujemy też np. podczas przysłowiowego „wyjazdu na grzyby” do lasu, którego nie znamy zbyt dobrze;

Nawigacja samochodowa

Bułgaria 2013, gdy nawigacja pokazuje 1,5h jazdy na 30 kilometrach, nie należy spodziewać się niczego dobrego

Bułgaria 2013, gdy nawigacja pokazuje 1,5h jazdy na 30 kilometrach, nie należy spodziewać się niczego dobrego

Ten aspekt naszego podróżowania opisaliśmy dość obszernie w artykule o planowaniu podróży. Nawigację także mamy wykupioną w telefonie – po to, by nie wieszać na przedniej szybie samochodu i telefonu i osobnej nawigacji. Często mamy jeszcze powieszoną kamerę GoPro i wtedy już kierowca nie widziałby połowy terenu przed sobą 🙂 Absolutnie zawsze przed wyjazdem samochodem aktualizujemy mapy do najnowszej dostępnej wersji – o tym też warto pamiętać.

Evernote

Evernote to taki nasz prywatny „wynalazek” na potrzeby podróży. Generalnie Evernote jest online’owym serwisem, umożliwiającym tworzenie notatek, organizację ich w grupy oraz ich współdzielenie, a nawet robienie z nich prezentacji. Notatka może być zwykłym tekstem, ale może być też screenem strony internetowej, linkiem do niej. Do notatek można załączać pliki graficzne a nawet dźwiękowe. Można jest współdzielić, czyli może nad nimi pracować, a potem z nich korzystać kilka osób.

Ważną funkcją – dla nas jedną z dwóch najważniejszych – Evernote’a jest synchronizacja notatek i całych notatników (bo notatki można organizować w całe notatniki – np. u nas jest to notatnik „Podróż wzdłuż Dunaju” i notatki z trasami i miejscami wzdłuż tej trasy, podzielone na poszczególne dni podróży) z innymi niż komputer urządzeniami. Po Evernote na komputerze służy nam do planowania trasy, a potem na telefonie – do jej „wykonywania”.

Evernote na komputerze, tu plan podróży po północnej Chorwacji (2015)

Evernote na komputerze, tu plan podróży po północnej Chorwacji (2015)

Każdy zarejestrowany użytkownik Evernote może ściągnąć sobie na telefon czy tablet dedykowaną aplikację serwisu. Po zalogowaniu się do niej tymi samymi danymi, co na komputerze, nastąpi magia – czyli automatyczna synchronizacja wszystkich komputerowych notatek na telefonie. Wszystkie plany podróżnicze, zrobione przed wyjazdem, mamy dostępne na telefonie podczas podróży.

Evernote na telefonie, te same plany Chorwacji

Evernote na telefonie, te same plany Chorwacji

Jest jedno „ale”. W podstawowej wersji – tej bezpłatnej – dane na telefonie nie są dostępne bez dostępu do internetu – są ściągane z sieci. Podczas podróży to może być problem, głównie kosztowy. Korzystamy więc z wersji odpłatnej („Plus”), która ma drugą potrzebną nam opcję – pozwala na telefonie na przechowywanie notatek „offline”.

Evernote na telefonie, lista notatników

Evernote na telefonie, lista notatników

Przed wyjazdem wchodzimy w aplikację na telefonie i zaznaczamy cały notatnik ze wszystkimi planami na podróż – do zapamiętania „offline”. Aplikacja na telefonie zgrywa to wszystko do siebie i trzyma – w każdym miejscu na ziemi mamy dostęp do tego, co stworzyliśmy w domu przed wyjazdem. Do opisów tekstowych, do map z miejscami które chcemy zobaczyć, do map trasy przejazdu itp. Wersja „Plus” ma także większy limit ilości możliwych do wgrania danych (ważne, jeśli w notatkach jest dużo mapek, a u nas jest dużo).

To pozwala nam, w połączeniu z bieżącą orientacją w Google Maps, na bezbłędne poruszanie się w dowolnym mieście czy miejscu. Nawet gdy nie mamy sieci i roamingu, możemy sprawnie poruszać się pomiędzy zaplanowanymi miejscami np. w albańskiej Tiranie, czy bośniackim Mostarze.

Evernote na telefonie, pełnoekranowy podgląd planu miasta z ważnymi do zwiedzania punktami

Evernote na telefonie, pełnoekranowy podgląd planu miasta z ważnymi do zwiedzania punktami

Tłumacz w telefonie

Czasem w podróży okazuje się, że znajomość angielskiego przydaje się „psu na budę” i nijak nie idzie dogadać się z miejscowymi. Często zdarza się to w miejscach mało turystycznych i trzeba sobie jakoś radzić. Od jakiegoś czasu radzimy sobie z tym również za pomocą telefonu – niestety funkcja ta zadziała tylko przy aktywnym dostępie do sieci.

Aplikacja Google Translate, przykład tłumaczenia głosowego na turecki

Aplikacja Google Translate, przykład tłumaczenia głosowego na turecki

Zdarzyło nam się w tureckiej Adanie kupić bilet autobusowy na kurs do Antakyi – to był pierwszy dzień naszej podróży po południowo-wschodniej Turcji, tzw. Kurdystanie. Ale autobus nie przyjechał i coś trzeba było wymyślić. W kasie na dworcu niestety panowie w ząb nie znali angielskiego, powtarzając mi w kółko jeden wyraz: „Iptal”. Z pomocą przyszła aplikacja Google Translate (polska nazwa „Tłumacz”), wydana przez Google’a i oferująca tłumaczenie tekstu w obie strony z wielu języków. Pan mówił po prostu, że kurs anulowano.

Druga historia – ta sama podróż, tym razem jesteśmy w Diyarbakirze, stolicy tureckich Kurdów i usiłujemy kupić bilet na inny autobus – ale tu trudniej, bo bilet ma być na za dwa dni, a nie na kurs najbliższy. Znów wystarczyło wklepanie w Tłumacza zdania „bilet do Van na wtorek 21:00” i obsługa nie znająca angielskiego bez żadnych kłopotów sprzedała nam dokładnie to, czego potrzebowaliśmy.

Aplikacja Google Translate, przykład tłumaczenia głosowego na albański

Aplikacja Google Translate, przykład tłumaczenia głosowego na albański

Od jakiegoś czasu aplikacja ta ma także funkcje głosowe – już nie trzeba niczego pisać. Wystarczy powiedzieć coś po polsku do telefonu, a on przetłumaczy to na np. turecki czy albański i… wypowie przetłumaczoną frazę w tym języku. Można też w drugą stronę – nagrać to co mówi do nas ktoś i posłuchać po polsku, o co chodzi. Genialne i proste.

W Brazylii nie mieliśmy szczęścia posiadania mobilnego telefonu – i stąd niemożność korzystania z tłumacza w Rio de Janeiro, w którym, pomimo że miasto niemal ciągle oblegane jest przez turystów, nawet taksówkarze potrafią kompletnie nie znać słowa po angielsku. Skutkiem tego zdarzyło się nam, że chcąc dojechać na Maracanę, wylądowaliśmy… na skraju jednej z tamtejszych fawel. Z dość drogim aparatem w ręce… to nie była zbyt komfortowa sytuacja. Nie wiemy, jak można w Rio nie zrozumieć słowa Maracana…

Rezerwacje hoteli

Coraz częściej zdarza się nam nie rezerwować miejsc noclegowych na całą planowaną podróż. Bo albo nie wiemy dokładnie, gdzie kolejne dni będziemy „kończyli”, albo planujemy głównie spać w samochodzie i co kilka dni przespać się w normalnym łóżku. Tu też pomoże telefon i dedykowane aplikacje serwisów „noclegowych”, np. naszego ulubionego booking.com.

Aplikacja taka jest także przydatna w kwestii przechowywania zrobionych przed wyjazdem potwierdzeń rezerwacji. Kiedyś braliśmy je wydrukowane na papierze, dziś rezerwacje zrobione na komputerze przed wyjazdem „trzyma” nam aplikacja booking.com w telefonie. A zdarzyło się już nam nie raz, że hotel po przyjeździe nie mógł znaleźć naszej rezerwacji (np. we francuskim Toulonie, gdzie zrobiliśmy rezerwację kilka miesięcy przed wyjazdem, a potem w międzyczasie hotel zmienił nazwę i cały komputerowy system obsługi hotelu) i pomagało dopiero pokazanie potwierdzenia – wystarczy na telefonie.

Przelicznik walut

O tej aplikacji wspominaliśmy przy okazji kwestii cen paliw we wpisie o roli samochodu w naszych podróżach. Mamy zainstalowaną w telefonie aplikację o nazwie „XE Currency”, która spełnia funkcję przeliczania dowolnej waluty na inną. Przed każdym wyjazdem ustawiamy w niej listę walut, które są stosowane w krajach, przez które jedziemy (np. chorwackie kuny, serbskie dinary, albańskie leki, euro, tureckie liry itp.). Aplikacja ściąga z sieci ich aktualny kurs i zapamiętuje na jakiś czas.

Nasza "walutowa" kolekcja - serbskie dinary

Nasza „walutowa” kolekcja – serbskie dinary

Nasza "walutowa" kolekcja - albańskie leki

Nasza „walutowa” kolekcja – albańskie leki

Nasza "walutowa" kolekcja - tureckie liry

Nasza „walutowa” kolekcja – tureckie liry

Dzięki temu podczas podróży, nawet bez internetu, możemy bez kłopotów orientować się, ile tak naprawdę dowolna rzecz nas kosztuje i czy aby na pewno chcemy ją kupić. Nie jest to wtedy kurs „z dziś”, ale z dnia ostatniej synchronizacji, ale jest bardzo zbliżony do obowiązującego – kursy walut rzadko przecież „wariują”, przynajmniej w Europie. To rozwiązuje nam np. problem orientacji, ile naprawdę płacimy za benzynę, płacąc powiedzmy 25000 węgierskich forintów czy podobną kwotę w serbskich dinarach po zatankowaniu auta.

iPolak

Mamy tę aplikację zainstalowaną, ale – na szczęście – nigdy nie była nam potrzebna. Ale bardzo polecamy jej posiadanie (jest bezpłatna) w każdej podróży. iPolak to aplikacja zawierająca najważniejsze z punktu widzenia polskiego turysty informacje – adresy i numery kontaktowe ambasad i podstawowe informacje o poszczególnych krajach. Najważniejszą funkcją są powiadomienia o potencjalnych zagrożeniach – aplikacja wysyła je na bieżąco, już będąc w konkretnym miejscu możemy otrzymać informację o zagrożeniu i proponowanym trybie postępowania.

Spotify

Pierwszy z „rozrywkowych” aspektów podróżowania – muzyka. Nigdy w podróży nie chodzimy ze słuchawkami i muzyką na uszach – to znacznie ogranicza „chłonięcie” obcych miejsc i kultur. Ale czasem po prostu niezbędne jest włączenie „czegoś”, bo np. słuchanie przez dwa tygodnie w samochodzie podczas objazdowej podróży po Turcji grozi nam „zwiędnięciem uszu” – nadmiar lokalnej muzyki czasem w podróży nie pomaga 🙂

Z pomocą przychodzi nam aplikacja Spotify (choć może być to jakikolwiek serwis streamujący muzykę), podobnie jak Evernote używany przez nas w wersji płatnej, pozwalającej na tworzenie własnych playlist w dowolnej ilości i synchronizację z telefonem – a na telefonie zapamiętywanie jej „offline”, w pamięci urządzenia. Tak spreparowana własna muzyka, przy podłączeniu telefonu do samochodowego systemu audio skutecznie daje odpór męczącej czasem muzyce, płynącej podczas kilkugodzinnej jazdy samochodem z radia. Krótki filmowy klimacik z wnętrza naszego samochodu w trakcie podróży znajdziecie poniżej:

Telewizja

A tak, da się. Tu już nie mamy jednej aplikacji – czasem w podróży zdarza się nam potrzeba oglądnięcia ważnego wydarzenia (jakimś dziwnym trafem prawie zawsze są to wydarzenia sportowe), a trafiamy do pensjonatu lub hostelu, w którym pokój nie ma na wyposażeniu telewizora. Tu też pomoże tablet (lepszy) lub telefon (gorszy) – bo nie zawsze też zabieramy ze sobą komputer.

Jakoś tak wyszło, że przenośny sprzęt mamy niemal wyłącznie ze znakiem Apple’a, który niestety ma duże ograniczenie – nie obsługuje technologii Flash, przez co odpada korzystanie z „pirackich” serwisów streamujących video, w tym telewizję. Trzeba sobie z tym jakoś radzić, a w dzisiejszych czasach technologia jest dostępna w Europie niemal wszędzie. Jeśli tylko lokalna telewizja transmituje interesujące nas wydarzenie, to często transmisja ta dostępna jest także w sieci.

Helsinki 2015, finał Ligi Mistrzów w fińskiej TV na tablecie

Helsinki 2015, finał Ligi Mistrzów w fińskiej TV na tablecie

Tbilisi 2014, Mistrzostwa Świata w Brazylii na telefonie

Tbilisi 2014, Mistrzostwa Świata w Brazylii na telefonie

W Gruzji na telefonie „z braku laku” oglądaliśmy mecze Mistrzostw Świata w Brazylii (2014 r.) – tamtejsza państwowa telewizja ma świetny serwis dla urządzeń mobilnych i dedykowany streaming dla telefonów i tabletów. Nie trzeba aplikacji, wystarczy wejść na ich stronę. W Finlandii z kolei na tablecie oglądałem finał Ligi Mistrzów – fińska TV ma swoją aplikację mobilną z całą ramówką dostępną w internecie – bez opłat.

Przewodniki elektroniczne

Przewodnik po Gruzji, Armenii i Azerbejdżanie w wersji na czytnik Kindle

Przewodnik po Gruzji, Armenii i Azerbejdżanie w wersji na czytnik Kindle

Krótko – nie używamy 🙂 I owszem, ściągaliśmy kiedyś dedykowane dla danych krajów lub konkretnych miast aplikacje, przygotowywane przez lokalne organizacje turystyczne. Nawet Lonely Planet wydał kiedyś serię przewodników – aplikacji na telefony – był czas, że były darmowe. Ale zawierają one zazwyczaj podstawowe informacje i podstawowe atrakcje turystyczne, które sami znajdujemy przed podróżą.

Próbowaliśmy kiedyś – przed podróżą do tureckiego Kurdystanu – zaprzyjaźnić się z wersją elektroniczną przewodnika Lonely Planet o Turcji, dostępną na czytnik Kindle. I też nie wyszło, jakoś nie leży nam nawigowanie na Kindlu po grubaśnej książce, liczącej w wersji drukowanej 700 stron. Zdecydowanie lepiej czujemy się z tradycyjnym, papierowym wydaniem. I nie chodzi o „specyficzny zapach farby drukarskiej”, a o podstawową wygodę. Do Turcji pojechał papierowy przewodnik, pomimo tego że najlżejszy nie jest, a my nosiliśmy go przez 9 w dni we własnym plecaku.

Do powyższych kilku aplikacji i aspektów, związanych z internetem w podróży, dochodzi jeszcze kilka bardzo przyziemnych aplikacji, typu „Prognoza pogody” czy „Notatki”, ale to zapewne zna każdy, są preinstalowane w telefonach i nie ma potrzeby podkreślania ich znaczenia. Do naszych podróżniczych narzędzi możemy jeszcze zaliczyć dedykowaną aplikację do obsługi kamery GoPro, której zdarza się nam używać – ale jej funkcjonalności też nie będziemy tu opisywać – kto ma GoPro, wie, z czym się to je.

Podsumowując. Internet mobilny to coś, co pozwala nam zaplanować i skutecznie realizować nasze podróżnicze plany. Ale nie jest nam niezbędny – odpowiednio przemyślane i wybrane aplikacje – mowa głównie o Evernote, którego jesteśmy fanami – pozwalają nam na względny komfort zwiedzania i podróżowanie zgodne z założonymi planami i terminami. Jeśli zgrać to z coraz większym doświadczeniem u nas w kwestii długości przejazdów, przewidywania czasu potrzebnego na wykonanie planów, to daje to obraz dobrze przemyślanej i poukładanej podróży. Nie każdy lubi mieć zaplanowane wszystko do końca (nam zresztą też zdarza się iść na żywioł), ale generalnie to jest nasz sposób na udaną podróż.

 

Inne wpisy z: Podróżnicze zaplecze

Macedonia, rakija, którą poczęstowali nas gospodarze na przywitanie

"Kofi, dżus, rakija?". Takim pytaniem witał nas pewien czarnogórski gospodarz w pewnym pięknym miasteczku nad Boką Kotorską. Pytał nas o to konsekwentnie za każdym razem, gdy wychodziliśmy z pokoju, nawet tuż po przebudzeniu o 7-mej rano. A przecież my za chwilę wyjeżdżaliśmy w dalszą drogę...

Evernote na komputerze, tu plan podróży po północnej Chorwacji (2015)

Kontynuujemy nasz mini-cykl o kwestiach, związanych u nas z podróżowaniem, a nie będących bezpośrednio "esencją" podróży. Tym razem będzie o tym, jak i do czego wykorzystujemy internet i tzw. nowoczesne technologie.

Boğaziçi, resort Lakeside Garden

Coroczny rytuał. Nadchodzi pewien zimowy lub wiosenny dzień, kiedy włącza się u nas myślenie - "co z wakacjami ?". I choć co roku ścieżka planowania bywa podobna, to jednak w miarę zwiększania się bagażu doświadczeń z lat poprzednich, planowanie robi się coraz bardziej zawiłe. Ale też coraz bardziej ekscytujące.

 

Planowanie podróży u tamBylskich

Coroczny rytuał. Nadchodzi pewien zimowy lub wiosenny dzień, kiedy włącza się u nas myślenie – „co z wakacjami ?”. I choć co roku ścieżka planowania bywa podobna, to jednak w miarę zwiększania się bagażu doświadczeń z lat poprzednich, planowanie robi się coraz bardziej zawiłe. Ale też coraz bardziej ekscytujące.

„Nie wiem jak” – to jeden z najczęściej podawanych powodów przez tych, co by chcieli, a jeszcze nie zaczęli podróżować. My traktujemy takie powody jako rodzaj alibi, bo nigdy nie dowiesz się „jak”, jeśli po prostu gdzieś nie pojedziesz. Planowanie kolejnych podróży jest bowiem wynikiem doświadczenia z tych już odbytych, poprzednich podróży – to taki jednozdaniowy skrót tego, co chcielibyśmy Wam w tym wpisie przekazać. Musicie sobie dać szansę nauki.

Z czasem okaże się, że kolejne wyjazdy będziecie planowali bardziej świadomie. I że znajdziecie w podróży te rzeczy, które bawią Was w niej najbardziej – i planowanie zmieni się właśnie pod kątem tego, jak podróż chcecie spędzić, a nie tylko gdzie i kiedy. Podróż dla większości jest oderwaniem się od codziennego życia, spełnieniem marzeń. Tylko najpierw trzeba te swoje marzenia zdefiniować. Marzeniem może być konkretne miejsce, a może też być konkretny temat, motyw, zainteresowania, także te, które „objawią” się Wam podczas pierwszych wyjazdów. Z czasem nauczycie się siebie samych w podróży i zaczniecie planować je zgodnie z Waszymi wyobrażeniami.

Split, nadmorska promenada Riva

Jeden z symboli Splitu, najmodniejsze miejsce w mieście, wypełnione restauracjami i kafejkami

Dubrownik, panorama miasta widziana z murów miejskich

Dubrownik, panorama miasta widziana z murów miejskich

Budapeszt nocą

Nocny spacer ulicami stolicy Budapeszt i brzegiem Dunaju

Kiedy my 8 lat temu po raz pierwszy wyjeżdżaliśmy samochodem zagranicę, nie mieliśmy pojęcia, że podróżowanie w ten sposób stanie się naszym życiowym hobby. Nie nastawialiśmy się na specjalne przeżycia w trakcie wyjazdu. Pierwotnie była to po prostu jazda do punktu docelowego – z punktu A do punktu B. Jak najszybciej i jak najprostszą drogą. Celem wyjazdu był punkt docelowy i tam ewentualnie rozglądaliśmy się za czymś, co było warte naszego zainteresowania.

Pierwszy wyjazd do Irlandii to dziś kupa śmiechu. Nie zaplanowaliśmy nawet jednego noclegu po drodze. W trakcie jazdy przez całą Europę w poprzek w obie strony, widzieliśmy tylko dwa miasta: Dublin (bo czekaliśmy kilka godzin na prom) i Brukselę (do której odbiliśmy spontanicznie z autostrady na dwie godziny, bez absolutnie żadnego pomysłu na jej zwiedzanie). Rok później do Chorwacji pojechaliśmy już z planowanymi noclegami po drodze – ale wtedy były to tylko noclegi (m.in. Budapeszt, który ostatecznie zwiedziliśmy dopiero w 2015 r.) – przespać się i jechać dalej. Nie były związane z żadnymi planami zwiedzania tych miejsc. Chodziło o uniknięcie potwornego zmęczenia, które zapamiętaliśmy z wyjazdu do Irlandii.

Ale to były też pierwsze momenty, kiedy w ogóle zaczęliśmy zwracać uwagę na to, co tym naszym zainteresowaniem  w podróży jest. W Irlandii widzieliśmy kilka starych okazałych zamków, w drodze do Chorwacji całkiem przypadkiem przejechaliśmy się widokową alpejską trasą na Grossglockner, jedną z piękniejszych tras europejskich. W Chorwacji zobaczyliśmy Split, Dubrownik i ruiny starożytnej Salony. Tak zaczęły kiełkować dwie nasze podróżnicze pasje: historia i górskie panoramy.

Nigdy wcześniej te pasje nie dały u nas o sobie znać – zostały rozbudzone podczas pierwszych podróży i skierowały nasze myślenie o wyjazdach całkiem na inne tory. To, że dziś u nas na blogu możecie zobaczyć mnóstwo miejsc w całej Europie, opisywanych właśnie pod kątem związanych z nimi historii, to właśnie wynik stopniowej ewolucji naszych podróży i pasji z nimi związanych. Te pasje to niewątpliwie jedna z fajniejszych rzeczy, jakie dostaliśmy od życia w trakcie naszych wyjazdów.

Kolejny etap ewolucji naszego planowania podróży to kolejne dwa wakacyjne wyjazdy – oba do Hiszpanii. Najpierw do Andaluzji (Marbella), a potem na wschodnie wybrzeże (Javea). To były pierwsze wyjazdy, w trakcie których zaczęliśmy myśleć o drodze do miejsca docelowego jako kolejnej okazji do zobaczenia nowych miejsc. Już nie planowaliśmy najkrótszej możliwej trasy, a szukaliśmy takiej, podczas której przejedziemy przez interesujące nas miejsca. Nasz podróżniczy „risercz” nie był wtedy jeszcze zbyt rozwinięty, ograniczaliśmy się do zainteresowania miastami, w których wyznaczaliśmy sobie noclegi.

Trasa pomiędzy tymi punktami nas jeszcze wtedy nie interesowała. Tryb podróży był prosty: dojechać do interesującego miasta, przespać się w hotelu, z rana pozwiedzać najważniejsze punkty, a potem w samochód i do kolejnego punktu. Tym sposobem obie hiszpańskie podróże rozwinęły się do 4-tygodniowej eskapady. Tydzień jazdy, dwa tygodnie na miejscu i tydzień z powrotem.

Chamonix-Mont Blanc, widok na Mont Blanc z górnej stacji kolejki Aquille du Midi

Chamonix-Mont Blanc, widok na Mont Blanc z górnej stacji kolejki Aquille du Midi

Austria, widokowa alpejska trasa na Grossglockner

Austria, widokowa alpejska trasa na Grossglockner

Wtedy też rozpoczęło się także zwiedzanie „na poważnie” także w miejscu docelowym. Wykształciliśmy sobie z dziećmi model 1-1. Jeden dzień zwiedzania, jeden dzień na plaży (lub w basenie czy innym jacuzzi). Ten model stosujemy do dziś. Tym sposobem np. podczas pobytu w Turcji w 2013 r. (tym przykładem będziemy się posługiwać ciągle w naszej opowieści o planowaniu) zjeździliśmy okolice bliższe i dalsze (Bodrum, Pamukkale, Afrodyzja, wąwóz Saklikent, plaża Patara itp.). Trasy przejazdu też były już przemyśliwane pod kątem atrakcji zarówno dla nas dorosłych, jak i dla dzieci.

No i na poważnie zaczęliśmy podchodzić do planowania tego, co chcemy w każdym z odwiedzanych miejsc zobaczyć. Już nie tylko planowaliśmy trasę, ale także zaznaczaliśmy na mapach miejsca, które chcemy odwiedzić. Jechały z nami więc także screeny z map Google’a, z planów poszczególnych miast, z zaznaczoną listą miejsc do zobaczenia.

Od 2013 r., czyli od wakacyjnego wyjazdu do azjatyckiej części Turcji, planowanie weszło na jeszcze „wyższy” poziom – zaczęliśmy planować także atrakcje do zobaczenia pomiędzy punktami noclegowymi. Czyli nie tylko miasta, w których śpimy, bo tak wypada nam trasa, ale także trasy pomiędzy nimi i wszystko, co da się zobaczyć po drodze. Zaczęliśmy docierać samochodem w miejsca, do których bez niego dostać się ciężko lub trzeba poświęcić na to dużo czasu ze względu na ograniczenia w transporcie publicznym.

To już inny poziom planowania, bo wraz z naszymi doświadczeniami i potrzebami rośnie też ilość czynników, które trzeba uwzględnić. To już nie tylko jazda do punktu B, to już nie tylko potrzeba określenia odpowiednich odległości pomiędzy punktami noclegowymi. Jeśli w grę wchodzi zwiedzanie pomiędzy nimi, to trzeba to uwzględnić w planach i nie zakładać zbyt dużych odległości do pokonania w jeden dzień.

Pamukkale, wielbiciele "upiększającego" błotka

Pamukkale, wielbiciele „upiększającego” błotka

Afrodyzja, tetrapylon, brama miejska

Afrodyzja, tetrapylon, brama miejska

Do tego wszystkiego dochodzi kilka innych czynników. Podróż z dziećmi to częstsze postoje, posiłki, toalety itp. To potrzeba zapewnienia także im atrakcji, bo dla nich też podróż ma być przyjemnością. To pamiętanie, że najczęściej w poniedziałki atrakcje turystyczne czy muzea lubią być zamknięte i nie warto na ten dzień ich planować. No a jak chce się zwiedzać pod kątem historii, to dodatkowo warto byłoby przed wyjazdem jeszcze trochę poczytać, żeby mieć świadomość historii i wagi miejsc, które planujemy zobaczyć.

Oczywiście życie często nasze plany weryfikuje. I to są nasze kolejne doświadczenia. Przeładowanie trasy pomiędzy dwoma noclegami powoduje to, że część punktów trzeba pomijać. Czasem utkniemy na granicy, co też nie jest wliczone w plan. Czasem wyjedziemy z któregoś miast później niż zakładaliśmy, bo okaże się ono wyjątkowo interesujące. Nie da się zaplanować wszystkiego, ale zawsze pominięte miejsca dają pretekst, by pojechać tam jeszcze raz. Do innego celu, inną trasą, ale tak, by nadrobić coś, co nie dało się zobaczyć podczas wcześniejszego wyjazdu. Często ostatnio tak bywa u nas, że kolejne wyjazdy to „dodatki” do poprzednich – jedziemy do miejsc, które pominęliśmy.

Jeśli jeszcze nie zanudziliśmy Was naszą życiową historią podróżowania, to zapraszamy do tej ciekawszej części, czyli opowieści o tym, jak to właściwie jest z tym planowaniem u nas. Od czego zaczynamy, co bierzemy pod uwagę, czego nauczyliśmy się przez lata długich podróży samochodowych przez Europę. Jak nasze planowanie rozwinęło się wraz z naszymi podróżniczymi pasjami. Z mnóstwem przykładów i anegdotek z naszego wędrowniczego odcinka życia.

Etap I – miejsce docelowe

Prawie każda nasza długa wakacyjna podróż przez Europę (nazwana przez nas „Tour de Europe”) to podróż z dziećmi. Stąd też utrwalony schemat: miejsce docelowe to południowe wybrzeże, z ciepłym morzem i plażami. I pobyt tam przez minimum tydzień. To czas dla rodziny – wakacje mają być dla każdego. Droga dojazdowa i powrotna to już szaleństwo zwiedzania, ale także punkt docelowy ma być w miejscu, gdzie można coś zobaczyć. Na tym etapie kupujemy zazwyczaj po prostu przewodnik po wybranym kraju czy regionie i patrzymy, gdzie można się ulokować, by było się gdzie kąpać i coś zwiedzić.

Wybór celu wyjazdu to sprawa bardzo indywidualna. Generalnie zawsze na początek będziemy polecali Chorwację – bo to najbardziej „cywilizowany” z krajów bałkańskich, z ciepłym morzem i stosunkowo niedalekim i wygodnym dojazdem z Polski. Do Chorwacji co roku samochodami podróżuje masa Polaków i nie jest to zbyt wymagające przedsięwzięcie. Ta stosunkowo niewielka odległość to też mniejsze koszty dojazdu i krótszy jego czas. A najważniejszymi czynnikami „praktycznymi” przy wyborze celu są u nas zawsze: dostępny czas na wyjazd i jakiś rozsądny budżet wyprawy.

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka pod Marbellą

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka pod Marbellą

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka w Javei

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka w Javei

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka w Javei

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka w Javei

Można wybrać też np. Grecję. W 2014 r. spędziliśmy na greckim wybrzeżu 8 dni, w obie strony dodatkowo zwiedzając Bałkany – cała podróż zajęła nam raptem 17 dni (była to najkrótsza z naszych „paneuropejskich” podróży wakacyjnych). Jeżeli pracujecie na etacie i dysponujecie „ustawowym” urlopem, warto zastosować kilka prostych tricków, by wydłużyć czas wolny na podróż.

Podstawowa zasada – wyjeżdżamy w piątek (lub sobotę rano), wracamy w niedzielę. Tym sposobem biorąc np. trzy tygodnie urlopu (15 dni roboczych), mamy do dyspozycji 23 dni na wyjazd. Druga zasada – urlop można dodatkowo ograniczyć, biorąc go na okres, w którym wypadają święta państwowe i dni ustawowo wolne od pracy. Takim dniem w wakacje jest np. 15 sierpnia – jeśli wypadnie w dzień roboczy, potrzebujemy o jeden dzień urlopu mniej.

U nas najczęściej na tym etapie rozstawiamy sobie 2-3 możliwości, różne kierunki potencjalnej podróży. Takie, które spełniają założenia: ciepłe, plaże, atrakcyjna historycznie okolica i w zasięgu dostępnego czasu. Dla przykładu w 2013 r. wybieraliśmy pomiędzy Portugalią, południowymi Włochami i okolicami Bodrum w Turcji – Włochy odpadły na etapie przemyśliwania budżetu. Na tym etapie budżet to sprawdzenie kosztów pobytu na miejscu, czyli np. wynajęcia pokoju w hotelu czy apartamentu na wymarzone 2 tygodnie. Ten jeden czynnik może spowodować, że odechce się Wam jechać np. w okolice Neapolu, gdzie koszt apartamentu dla 5 osób raczej nie schodził poniżej 10 tys. PLN za 14 dni w sierpniu. Dwie pozostałe lokalizacje przeszły do kolejnego etapu :

Etap II – trasa marzeń

Ten etap ostatecznie weryfikuje u nas plany, dotyczące celu podróży. O ile etap pierwszy to bowiem etap marzeń, to drugi sprowadza planowanie na ziemię. Tu wchodzą dwa elementy:

  • wybór konkretnego regionu kraju, przede wszystkim wyszukanie konkretnego noclegu, sprawdzenie jakie atrakcje znajdują się w zasięgu jednodniowej wycieczki samochodem;
  • długość trasy do tego miejsca, warte uwagi miejsca po drodze;

Pierwsze nasze wyjazdy skierowane były na zachód. Wiecie, ten spokojny, przewidywalny, obłożony przepisami zachód, gdzie można czuć się bezpiecznie, gdy się zaczyna podróżnicze przygody. Mogło być daleko, ale miały być autostrady, duże miasta, cywilizacja itp.

Fragment naszej podróżniczej biblioteczki

Fragment naszej podróżniczej biblioteczki

Troja, koń trojański

Troja, koń trojański

Bergama, starożytny Akropol, niezwykle widowiskowy teatr

Bergama, starożytny Akropol, niezwykle widowiskowy teatr

Efez, Wielki Teatr

Efez, Wielki Teatr

Dla opisywanego wyżej przykładu z 2013 r., gdy wybieraliśmy pomiędzy Portugalią i Turcją, tu właśnie Portugalia poległa. Nie dlatego, że gorsza, ale dlatego, że dwa poprzednie lata jeździliśmy do Hiszpanii i ten kierunek nieco nas już znużył. Poczuliśmy się też na tyle pewnie, że zamarzyły się nam te mniej „cywilizowane” rejony Europy. Poczuliśmy tzw. „bałkański zew”.

Nie bez znaczenia były ceny i warunki noclegowe, z dużą korzyścią dla Turcji, gdzie niedaleko Bodrum znaleźliśmy willę z prywatnym basenem na prywatnym osiedlu w cenie, o której w Portugalii można sobie tylko pomarzyć. Szalę przeważyły atrakcje w okolicy, a przede wszystkim samo to, że dojeżdżając do Bodrum, w samej Turcji mamy takie „tuzy” turystyczne, jak Troja, Pergamon czy Efez. W tym momencie Turcji nikt nie był nam w stanie wybić z głowy. Klamka zapadła – pierwsze etap zamknięty – rezerwujemy wakacyjne miejsce.

Czas na rozpoczęcie planowania trasy. Jak to wygląda u nas ? Odpalamy Google Maps i sprawdzamy najkrótszą trasę do wymarzonego celu. Nigdy jednak nie jest to nasza trasa przejazdu, bo ta wzbogacana jest o miejsca, które chcielibyśmy zobaczyć – a te często nawet nie leżą obok niej.

I tu trzeba zrobić jakieś teoretyczne założenia. Zakładamy więc, że jedziemy przez Bośnię, Czarnogórę, Albanię i Grecję, a wracamy przez Grecję, Bułgarię, Macedonię i Serbię. Na obie trasy mamy po około 8 dni (ale w tym jest też spory kawałek Turcji). Z reguły mamy jakieś wstępne założenia. W 2013 r. w drodze do Turcji wymarzyły nam się Bałkany. W szczególności pogranicze chorwacko-bośniackie (fascynacja historią wojny domowej w Jugosławii) no i ta wymarzona Albania, bez konkretnych na razie punktów.

Mapy Google'a - najkrótsza trasa do Bodrum

Mapy Google’a – najkrótsza trasa do Bodrum

Mapy Google'a - nasza faktyczna trasa do Bodrum (1000 km dłuższa od tej najkrótszej)

Mapy Google’a – nasza faktyczna trasa do Bodrum (1000 km dłuższa od tej najkrótszej)

I tu zaczyna się zabawa. We wszystkich tych krajach znajdujemy najważniejsze atrakcje turystyczne. Najnormalniej w świecie wchodzimy w Google’a, wpisujemy np. „Albania co warto zobaczyć” i czekamy co też nam się pokaże na stronach pokazanych przez wyszukiwarkę. Miejsca nas interesujące nanosimy na mapę.

Powstaje pierwsza wersja – jeszcze nie trasy – bardziej „listy marzeń” w drodze do (i „z”) celu. Z reguły lista ta „nie trzyma się kupy” – wybrane punkty czasem sobie przeczą i nie da się ich objechać, bo kręcilibyśmy pętle, zamiast zmierzać jednak ku miejscu docelowemu. Czas więc na uporządkowanie i wybranie trasy faktycznej. W obie strony.

Etap III – trasa faktyczna

Mieliśmy już wymarzone kierunki, które sprowadziliśmy do jednego wybranego. Teraz mamy wymarzone punkty w drodze do wybranego kierunku – znów trzeba marzenia sprowadzić do dającego się zrealizować planu. To jest najmniej przyjemny etap, bo niestety polega na eliminacji części punktów, które nie pasują do trasy.

Tu jeszcze czasem wplata się dodatkowy element – termin podróży. Z reguły nie jest on istotny, chyba że chcemy być w określonym miejscu na trasie w konkretnym terminie. Tak było w 2012 r. gdy jechaliśmy na Costa Brava do Hiszpanii, ale wcześniej chcieliśmy być 6 lipca w Pampelunie – bo 7 lipca z rana odbywa się tam słynna gonitwa z bykami ulicami miasta. Wtedy planowanie drogi dojazdowej zaczynaliśmy właśnie od Pampeluny – najpierw w tył (kolejne punkty trasy z Polski), a potem w przód (na Costa Brava).

Na czym polega „klejenie” trasy z posiadanej już mapy wymarzonych punktów w poszczególnych państwach, przez które ma przebiegać trasa ? Generalnie to dość proste – wybieramy trasę tak, by pomiędzy poszczególnymi punktami trasa nie zajmowała więcej niż 5-6 godzin jazdy samochodem. To daje niemal pewność, że rano zwiedzimy dane miejsce, a lekko po południu wyjedziemy do kolejnego, po drodze zwiedzając inne atrakcje (których będziemy szukać w następnym punkcie) i dojedziemy przy zapadającym zmierzchu, ale jeszcze nie po ciemku (w czasie wakacji zmierzch zapada późno, dzień jest długi).

Jeśli wiemy, że mamy mniej więcej 8 dni czasu w każdą stronę, to „konstruujemy” naszą trasę tak, żeby zmieścić się w 8 noclegach. Zaczynamy od wyjazdu z Polski – tu niemal zawsze zakładamy pierwszy dzień jako „skok” – z Polski jedziemy od razu na pogranicze chorwacko-bośniackie (ok.1000 km) i jeszcze tego samego dnia zwiedzamy byłe obozy zagłady na tym terenie (ciągle trzymamy się konkretnego przykładu wyjazdu do Turcji w 2013 r.). Jeśli – tak jak w tym przypadku – atrakcja nie znajduje się w żadnym mieście, nocleg planujemy w najbliższym większym – w tym przypadku była to Banja Luka, już w Bośni.

Mostar, most - symbol miasta, odbudowany w 2004 r. po zburzeniu go przez Chorwatów w 1993 r.

Mostar, most – symbol miasta, odbudowany w 2004 r. po zburzeniu go przez Chorwatów w 1993 r.

Kotor, widok na Bokę Kotorską z twierdzy

Kotor, widok na Bokę Kotorską z twierdzy

Apollonia, widok na Bouleuterion ze wzgórza (Quote 104), stoliki restauracji

Apollonia, widok na Bouleuterion ze wzgórza (Quote 104), stoliki restauracji

Çanakkale, koń trojański z filmu "Troja" na nadmorskiej promenadzie

Çanakkale, koń trojański z filmu „Troja” na nadmorskiej promenadzie

I dalej poruszamy się wg schematu – kilka godzin jazdy i następny postój w jednym z miejsc z listy marzeń. Tak wychodzi nam trasa: Banja Luka (Bośnia) – Mostar (słynny most, Bośnia) – Kotor (zabytkowe miasto nad Zatoką Kotorską, Czarnogóra) – Durres (plaże, Albania) – Saranda (blisko starożytnego Butrintu, Albania). Grecję sobie odpuszczamy – planujemy tu kiedyś przyjechać jako do celu wakacyjnego, planujemy tylko jeden nocleg w Salonikach (dużo zabytków). Na część turecką zostawiamy sobie trzy noclegi: Canakkale (przed zwiedzaniem Troi), Ayvalik (przed zwiedzaniem Pergamonu) i Izmir (ostatni nocleg, następnego dnia przed dojazdem do Bodrum zwiedzanie Efezu).

Odpadły nam nie pasujące do tej trasy m.in. Sarajewo (Bośnia, zwiedzone w 2014 i 2015 r.), Srebrenica i Wiszegrad (Bośnia, zwiedzone w 2015 r.), monaster Ostrog (Czarnogóra, zwiedzone w 2015 r.) czy Berat (Albania, zwiedzone w 2015 r.). Dokładnie ten sam schemat stosujemy w przypadku planowania podróży powrotnej. Całą podróż do Turcji i z powrotem możecie prześledzić tutaj. Ten etap ma konkretny efekt – mamy wyznaczone punkty noclegowe – rozpoczynamy więc rezerwacje miejsc noclegowych w hotelach czy pensjonatach.

Etap V – rezerwacja noclegów

Bardzo lubimy ten moment, bo spina on kończącą klamrą wszystkie nasze oczekiwania, dotyczące wakacyjnego wyjazdu. Mamy już swoją optymalną trasę, z grubsza znamy najważniejsze miejsca, które zobaczymy. Rezerwacja spania daje ten psychiczny komfort – mamy zaplanowane wakacje. Resztę możemy zrobić w dowolnym czasie – nikt już nam wyjazdu nie zabierze.

Na ogół jesteśmy wiernymi użytkownikami booking.com. Jakoś tak przyzwyczailiśmy się do tego, że serwis ten sprawdza się w praktyce, złożone rezerwacje są raczej pewne. Szczególnie polegamy na systemie ocen, stosowanym przez ten serwis, opartym na opiniach użytkowników – realnych gości hoteli i pensjonatów, które znajdują się tam w ofercie. Serwis ten bowiem przyjmuje opinie wyłącznie od użytkowników, którzy za jego pośrednictwem dokonali rezerwacji. Dodatkowo są to opinie świeże – na ich zapisanie klienci mają 28 dni od daty opuszczenia danego miejsca. Zdarzało nam się rezerwować hotele w innych serwisach – szczególnie w tych droższych lokalizacjach (np. Norwegia, Szwecja, w innych serwisach można poszukać kodów rabatowych, booking.com ich nie stosuje. Za to booking.com stałych klientów nagradza przypisaniem do programu „Genius”, dającego dodatkowe rabaty). Wszędzie trafiały nam się od czasu do czasu przygody, ale nie zawinione przez serwis. O tym za chwilę.

Na co zwracamy uwagę przy wyborze miejsca noclegowego ? Oczywiście przede wszystkim na cenę. Kiedyś ważnym kryterium było też położenie maksymalnie blisko centrum. Wyjazd do Turcji był ostatnim, podczas planowania którego trzymaliśmy się tego kryterium. Ideą było zaoszczędzenie czasu – hotel czy pensjonat w centrum daje to, że wychodzisz z niego i jesteś wśród najważniejszych atrakcji miasta. Nie trzeba się przemieszczać, tracić czasu, szukać transportu miejskiego czy podjeżdżać samochodem i szukać parkingu, najczęściej w centrum płatnego. Słowem – wygoda.

Albania, Durres. Piętrowe łóżko w hotelu Bellavista (hotel ***)

Albania, Durres. Piętrowe łóżko w hotelu Bellavista (hotel ***)

Śniadanie z turecką herbatą w hotelu w Ayvalik

Śniadanie z turecką herbatą w hotelu w Ayvalik

Rożen, winiarska piwnica w hotelu Dinchova Kushta

Rożen, winiarska piwnica w hotelu Dinchova Kushta

Nie trzymaliśmy się tego warunku sztywno, ale była to nasza wyraźna preferencja. Do noclegu w greckich Salonikach w drodze do Turcji, kiedy to obsługa hotelu dość wyraźnie uszkodziła nam samochód podczas parkowania go na parkingu podziemnym. Więcej znajdziecie tutaj. Przy następnych wyjazdach już luźno podchodziliśmy do kryterium położenia w centrum. Z reguły bowiem hotele w centrum parkingi mają małe, ciasne, a czasem są to po prostu miejsca przy ulicy przebiegającej przed hotelem. Czasem w ogóle nie da się znaleźć hotelu w centrum z parkingiem, bo centrum jest w danym miejscu strefą zamkniętą.

Parking jednak pozostał podstawowym naszym wymaganiem. Naprawdę rzadko zdarza się nam rezerwować miejsce noclegowe w miejscu, które wyraźnie nie pisze, że ma własny, prywatny parking, i to bezpłatny (znaczy wliczony w cenę noclegu). Jeżeli czytaliście nasz wpis o roli samochodu w naszych podróżach, to wiecie już, że dbamy o nasz pojazd jak o członka rodziny i nie zostawiamy go w obcym miejscu na noc bez opieki. To zdecydowanie daje komfort psychiczny w trakcie długiej podróży, szczególnie w miejscach, co do których mamy wątpliwości dotyczące bezpieczeństwa auta.

Drugie nasze wymaganie to bezpłatne WiFi. Ważne na kilku płaszczyznach. Dla nas, dorosłych, to przede wszystkim możliwość kontaktu z rodziną (zawsze zostawiamy w Polsce psa, czasem zostają niektóre dzieci – kontakt jest zawsze potrzebny), szczególnie w krajach, nie objętych „promocyjnym” roamingiem w ramach Unii Europejskiej. W obrębie UE mamy mniejszy problem z racji posiadania odpowiedniej opcji abonamentowej u jednego z polskich operatorów telefonii komórkowej (więcej o tym już w następnym wpisie z tej serii – będzie właśnie o internecie i aplikacjach przydatnych w podróży). Od kiedy blogujemy – daje to też możliwość relacjonowania na bieżąco naszej podróży, przynajmniej na kanałach społecznościowych. Z zasady bowiem nie blogujemy podczas podróży – jest ona na tyle intensywna, i cała dla nas, że nie chcemy zbywać Was, naszych czytelników, pobieżnymi kilkoma zdaniami z trasy.

No i wreszcie – WiFi jest dla naszych dzieci. W dzisiejszych czasach dzieci internetem żyją i może i da się, ale nie chcemy ich odrywać od „cywilizacji” w czasie wyjazdów. Zawsze jadą z nami w samochodzie komórki i komputer – dzieciaki mogą po ciężkim dniu pełnym zwiedzania odetchnąć przy „fejsie” lub pogadać z kolegami / koleżankami choćby na Skypie. Albo pograć w jakieś swoje gry, które też czasem wymagają dostępu do sieci. W końcu – czasem w trakcie naszych podróży trafiają się okazje szczególne, w tym sportowe, kiedy po prostu sportowa dusza wymaga oglądnięcia ważnego meczu. Bywało, że finał Mistrzostw Europy 2012 oglądaliśmy w Berlinie, finał Ligi Mistrzów 2015 w Helsinkach, a decydujący o naszym awansie na Euro 2016 mecz z Irlandią – na Cyprze.

Co jeszcze ? Istotne są godziny pracy recepcji. Preferujemy przybytki pracujące całodobowo. Bo nie jesteśmy w stanie do końca przewidzieć godziny dojazdu do poszczególnych punktów. Nie żebyśmy przyjeżdżali w środku nocy, ale minimum do 22-giej recepcja musi pracować. Druga rzecz z tym związana to godzina wymeldowania – niegłupio byłoby, żeby była ona w okolicach południa – wtedy rano wychodzimy z hotelu na zwiedzanie, zostawiając przy nim samochód, nie mając potrzeby wymeldowywania się, wyjeżdżania samochodem i szukania parkingu w mieście. Jemy śniadanie, idziemy zwiedzać, wracamy, „wymeldowywujemy się” i jedziemy dalej w trasę.

Ayvalik, hotel Kaptan, widok z balkonu, panorama Morza Egejskiego

Ayvalik, hotel Kaptan, widok z balkonu, panorama Morza Egejskiego

Rezerwowaliśmy przez lata podróży po Europie setki miejsc noclegowych w każdym zakątku Europy oraz w Brazylii, Turcji czy Gruzji. Przypadków negatywnych mieliśmy raptem trzy (nie licząc wspomnianego uszkodzenia samochodu w Salonikach). Booking.com kompletnie nie sprawdził się w Rio de Janeiro – tu więcej szczegółów. Podczas planowania podawanej tu jako przykład podróży do Turcji trafił się drugi przykład. Na tydzień przed naszym wyjazdem, już w szczycie sezonu turystycznego, anulował nam nocleg pensjonat nieopodal Kotoru w Czarnogórze. Jako powód podał remont drogi dojazdowej – kładą nowy asfalt. W szczycie sezonu ? W noc z soboty na niedzielę (akurat tak wypadał nam tam nocleg) ? Potem okazało się, że tej nocy w Kotorze odbywał się karnawał i goście walili wszędzie drzwiami i oknami – pewnie dało się na nich zarobić więcej, niż na rezerwacji na jedną noc, zrobionej pół roku wcześniej… Na szczęście znaleźliśmy inny sensowny nocleg przed wyjazdem z Polski.

Osobnym ale najbardziej jaskrawym przykładem jest kilkudniowy wylot w 2015 r. do włoskiego Neapolu. Jeśli trzymać się zasad – nasza wina – rezerwacja zrobiona w innym serwisie internetowym i nie sprawdzone przez nas warunki rezerwacji. Pensjonat wymagał mailowego potwierdzenia minimum na dzień przed przyjazdem, co jest na booking.com nie do pomyślenia. Efekt – po przylocie do Neapolu zostaliśmy bez noclegu – pensjonat anulował nasze miejsce i dał je innemu chętnemu. Tyle że: po pierwsze po co wymagane potwierdzenie, skoro pobyt został z góry opłacony ? Po drugie: pensjonat „zapomniał” nas o anulacji powiadomić.

Poza tymi nielicznymi przypadkami, rezerwacje noclegów robione przez nas z wyprzedzeniem zawsze się sprawdzały. Tu znów wracamy do pierwszego zdania w tym punkcie – znalezienie noclegów na wyznaczonej trasie kończy podstawowy etap planowania. Wiemy gdzie, wiemy którędy jedziemy. Wiemy gdzie śpimy. Luz.

Etap VI – szczegółowe plany poszczególnych punktów

Tu kończą się przyjemne strony planowania naszych podróży, a zaczyna się nużąca momentami praca. Tak, praca. Jeżeli chcecie wykorzystać w podróży czas do maksimum i nie spędzać go na studiowaniu map i przewodników turystycznych, musicie tę lekcję odrobić wcześniej. Każdy z wybranych przez nas w trakcie planowania trasy punktów noclegowych nie został wybrany przez przypadek. To z reguły miasto, w którym warto spędzić kilka godzin i poświęcić je na zwiedzanie. Nawet, jeśli jest to miasto wybrane dlatego, że jest najbliższe atrakcyjnemu miejscu, znajdującemu się poza nim (Banja Luka – bo blisko Prijedoru, Saranda – bo blisko Butrintu).

Tak wyglądają nasze plany. Plan atrakcji tureckiej Bursy

Tak wyglądają nasze plany. Plan atrakcji tureckiej Bursy

Tak wyglądają nasze plany. Plan zwiedzania pozostałości Muru Berlińskiego

Tak wyglądają nasze plany. Plan zwiedzania pozostałości Muru Berlińskiego

Tak wyglądają nasze plany. Plan zwiedzania pozostałości Muru Berlińskiego

Tak wyglądają nasze plany. Plan zwiedzania pozostałości Muru Berlińskiego

Tu już czytamy wszystko, co damy radę znaleźć. I drukowane przewodniki, i Wikipedię, i oficjalne serwisy danych miast, i inne blogi podróżnicze – najczęściej angielskojęzyczne. Zasada jest prosta – mamy kilka (4-5) godzin do wykorzystania i chcemy zobaczyć absolutnie wszystko, co da się zobaczyć w danym mieście. Jeśli miasto jest większe, ograniczamy obszar do starego miasta, a jeśli to metropolia z wieloma atrakcjami… rezerwujemy sobie na nią dwa dni. Tak, bywają w naszych podróżach miejsca, w których spędzaliśmy taki „niby-weekend”, czyli rezerwowaliśmy dwa noclegi na trasie. Tak było m.in. w Paryżu, Barcelonie czy Stambule. Ale akurat w tych miejscach i tydzień byłoby zbyt krótko…

Wszystkie znalezione w takich miejscach punkty warte uwagi nanosimy na screeny z planów danego miasta, wykonane z map Google’a (o tym też będzie we wpisie o aplikacjach używanych w podróży). Mapę każdego takiego miejsca noclegowego zapisujemy w Evernote. Nie wiecie co to Evernote ? Będzie też we wpisie o aplikacjach.

Na koniec tego punktu mamy już: cel wakacji, trasy w tę i z powrotem oraz plan zwiedzania dla każdego miejsca, w którym mamy nocleg. Jesteśmy więc na poziomie naszego doświadczenia z 2012 r. Ale przecież posługujemy się wciąż przykładem z 2013 r. No to rozwińmy nasze planowanie o kolejny etap:

Etap VII – atrakcje pomiędzy punktami noclegowymi

Z czasem po powrotach z naszych podróży okazywało się, że znajdowaliśmy na naszej trasie miejsca, obok których przejeżdżaliśmy. Może nie dosłownie, ale leżały kilkaset metrów – kilka kilometrów w bok od drogi którą przejeżdżaliśmy.Miejsca ważne historycznie, które z pewnością by nas zainteresowały. Miejsca, do których to właśnie my mogliśmy dojechać, ze względu na podróż własnym samochodem. Bywaliśmy w wielkich miastach, do których docierał każdy, a nieświadomie omijaliśmy miejsca, do których to my mogliśmy dotrzeć. Omijaliśmy przewagę swojego sposobu na podróż. Czas to zmienić.

Nie da się uniknąć inspiracji. W konkretnym przypadku podróży do Turcji, dwa jej odcinki to wynik zainspirowania podróżami innych. Informacje o Turcji i jej atrakcjach czerpaliśmy wtedy przede wszystkim z niewyobrażalnego źródła inspiracji, jakim jest serwis TurcjawSandałach. To nie blog, a niemal encyklopedyczny spis ważnych historycznie miejsc w Turcji. Odcinek turecki w 2013 r. to efekt niemal wyłącznie lektury tego serwisu.

Tak wyglądają nasze plany. Plan objazdu tureckiej Troady

Tak wyglądają nasze plany. Plan objazdu tureckiej Troady

Tak wyglądają nasze plany. Plan objazdu monasterów niedaleko Nowego Sadu (Serbia)

Tak wyglądają nasze plany. Plan objazdu monasterów niedaleko Nowego Sadu (Serbia)

Z kolei na serwisie Cro.pl – poświęconym jak nazwa wskazuje, Chorwacji – trafiliśmy wtedy na fascynującą relację z przejazdu wzdłuż… serbskiej części Dunaju. Tak fascynującą, że postanowiliśmy ją powtórzyć podczas powrotu z Turcji. Efekt możecie zobaczyć tutaj. Cała reszta naszej podróży to efekt wyłącznie naszej mrówczej pracy. Jak ona wygląda ?

Mamy już trasę. Mamy główne punkty zwiedzania, w których śpimy. Mamy zarezerwowane noclegi, mamy plany zwiedzania głównych punktów. Szczęście i ulga. A na deser – jeszcze bardziej mrówcza praca. Wertujemy przewodniki, szukając ważnych miejsc na trasie, pomiędzy punktami noclegowymi. Często musimy posiłkować się mapami Google’a, by zlokalizować je konkretnie na mapie, przewodnikom zdarza się zbyt ogólnie podawać dokładne miejsca położenia. A na koniec porzucamy teraz wszelkie przewodniki, Wikipedie i inne informatory. Na chwilę. Bierzemy w obroty wyłącznie mapy Google’a, a dokładniej opcję zdjęć w tychże mapach.

To jest etap, w którym przejeżdżamy wirtualnie całą przyszłą trasę naszej podróży na komputerze. Z większymi miastami na trasie postępujemy jak z tymi, w których śpimy – robimy własną mapkę atrakcji wewnątrz nich (bośniackie Jajce czy Trebinje, albańska Szkodra czy grecka Joanina). A dodatkowo każdy z odcinków przewijamy na mapach Google’a na dużym poziomie zbliżenia, przy włączonej opcji podglądu zdjęć z trasy. Ekran po ekranie przewijamy trasę wzdłuż drogi przejazdu, szukając na zdjęciach interesujących nas miejsc. Co może interesować ? Dosłownie wszystko – zapomniane ruiny czy nekropolie, piękne lokalne świątynie, niezapomniane panoramy. Rzeczy pomijane w przewodnikach, obejmujących najważniejsze i najpopularniejsze atrakcje. Miejsca, które jeszcze bardziej wzmacniają Wasze pasje w podróży.

Tym sposobem odkryliśmy m.in. nekropolię Radimlja w Bośni, ruiny miasta Svac i oryginalne stanowiska rybackie za Ulcinjem w Czarnogórze czy ruiny Bargylii tuż przy miejscowości w której spaliśmy w Turcji. Potrafimy już znaleźć np. mały starożytny rzymski kamienny mosteczek, leżący 4 km jazdy wąską drogą od głównej trasy, gdzieś w środku Czarnogóry. I też tam pojedziemy, a co 🙂

Etap VIII – informacje praktyczne

Planując trasę nie sposób pominąć tematu informacji praktycznych, dotyczących miejsc czy krajów na naszej trasie. Podstawa to oczywiście informacje o wizach – potrzebowaliśmy ich raz, właśnie w Turcji. Da się je załatwić i opłacić przez internet, więc problemu w zasadzie nie ma. Drukujemy wizę w domu na kartce i jedziemy.

Jeżdżąc po Europie samochodem w zasadzie nie przejmujemy się przepisami celnymi, tym co i ile można wwieźć czy wywieźć. Wieziemy maks kilka butelek wina czy jakiejś rakiji, często arbuzy czy melony, nikt o takie rzeczy na granicach się nie czepia. Obowiązkowo zabieramy paszporty, dbając o ich aktualność – minimum 6 miesięcy ważności do przodu od daty ostatniego dnia planowanej podróży.

Sprawdzamy obowiązujące na trasie waluty. Akurat te z Bałkanów czy Turcji są u nas tak egzotyczne, że nie opłaca się ich kupować w Polsce. Zabieramy więc zapas gotówki w euro, wymieniając jakąś sensowną kwotę (powiedzmy równowartość 200 PLN) najszybciej jak się da po wjechaniu do poszczególnych krajów (Bośnia, Albania, Serbia, Macedonia). Zawsze dobrze mieć przy sobie coś na czarną godzinę.

Tak wyglądają nasze plany. Plan wycieczek po Turcji podczas pobytu wakacyjnego (zrealizowany tylko częściowo)

Tak wyglądają nasze plany. Plan wycieczek po Turcji podczas pobytu wakacyjnego (zrealizowany tylko częściowo)

Jeżeli na trasie mamy dużą metropolię, w której z reguły spędzamy dwa dni, warto też poszukać informacji o często stosowanych kartach turystycznych, uprawniających często do darmowej komunikacji miejskiej i wejść do najważniejszych muzeów czy innych atrakcji turystycznych. Akurat w Turcji w 2013 r. takie karty dostępne były wyłącznie dla obywateli tureckich, ale dobrym przykładem może tu być np. Paryż, który odwiedziliśmy w 2012 r. podczas podróży do Hiszpanii.

W Paryżu istnieje tzw. „Paris Museum Pass”, karta turystyczna, wykupywana na 2, 4 lub 6 dni. Uprawnia ona do darmowego wstępu w czasie jej ważności do topowych atrakcji (m.in. Luwru, muzeum d’Orsay, katedry Notre Dame czy Wersalu), w zasadzie zwraca się po odwiedzeniu trzech miejsc. A przede wszystkim daje prawo wejścia bez kolejki do kasy – nie trzeba mówić, jakie ogonki są np. przed Luwrem w szczycie sezonu turystycznego.

To samo dotyczy transportu miejskiego. W Paryżu można wykupić bilet „Paris Visit” na 1,2,3 lub 5 dni i jeździć całym transportem miejskim przez wykupiony czas. Co najlepsze – karty Paris Museum Pass można kupić z Polski przez internet i podać adres hotelu w którym będziemy mieszkać – zostanie ona tam dostarczona w dniu naszego przyjazdu. Dokładnie tak zrobiliśmy i… zapomnieliśmy 🙂 Zaskoczył nas recepcjonista w paryskim hotelu, który przy zameldowaniu wręczył nam czekającą na nas kopertę z kartami.

Etap IX – niespodzianki w podróży

Możemy sobie planować wszystko do ostatniego szczegółu, a i tak trafiają się niespodzianki podczas wyjazdów. Czasem są wynikiem dziur w tym planowaniu, a czasem po prostu nie da się ich przewidzieć.

Sztandarowym naszym przykładem słabego planowania, które skończyło się przyjemną niespodzianką, jest nasz wylot do Rio de Janeiro w lutym 2012 r. Na promocję lotów do Rio trafiliśmy podczas wakacyjnej podróży do Hiszpanii w 2011 r. Rezerwowaliśmy bilety siedząc w hotelu we włoskiej Weronie. Termin wybraliśmy tak, żeby wypadł w ferie zimowe naszych dzieci – miały pojechać do rodziny na czas wylotu dwójki rodziców. No to wybraliśmy ten termin (środa – środa, tak aby w środku pobytu wypadł nam weekend) i odłożyliśmy temat do powrotu do Polski.

Chyba nie jesteście w stanie wyobrazić sobie naszego zaskoczenia, kiedy już w Polsce zaczęliśmy szukać informacji co w tym Rio warto zobaczyć i dowiedzieliśmy się, że akurat w ten jeden jedyny weekend, który spędzimy w Rio, odbywał się tam będzie… słynny karnawał ! 🙂 Tak – na karnawał w Rio polecieliśmy całkowicie przypadkiem i niechcący 🙂 Karnawałowe parady widzieliśmy zresztą w kilku innych miejscach – w czarnogórskim Kotorze, na Malcie czy w… Helsinkach – za każdym razem nie mieliśmy o tym pojęcia, gdy wyjeżdżaliśmy.

Monachium, Allianz Arena - Cristiano Ronaldo

Monachium, Allianz Arena – Cristiano Ronaldo

Helsinki, parada karnawałowa

Helsinki, parada karnawałowa

Inna anegdotka. Francuskie Chamonix-Mont Blanc, przyjeżdżamy bardzo późno do hotelu, przed wejściem do pokoju bierzemy ot tak mapkę miasteczka. Dzieci spać, a my przy piwku otwieramy mapkę i… okazuje się że w Chamonix jest jedna z najwyższych na świecie kolejek linowych, wioząca niemal na wysokość 4000 m, skąd można oglądnąć sobie panoramę Alp ze szczytem Mont Blanc na czele. A my tylko chcieliśmy zobaczyć ten szczyt z hotelowego okna… Rano więc dzieci jeszcze śpią, a my dorośli biegiem do kolejki – obróciliśmy na górę i z powrotem zanim trzeba było się wymeldować z hotelu – i mamy jedne z najbardziej niezapomnianych wspomnień i zdjęć z podróży.

I jeszcze inna. Nocleg w małej wsi pod Monachium podczas wyjazdu do Chorwacji (2010 r.). Na kilka dni przed wyjazdem przypadkiem dowiadujemy się (chyba z telewizji), że dokładnie tego wieczoru w Monachium będzie towarzyski mecz Bayernu z Realem Madryt. Podjeżdżamy pod Allianz Arena „na wariata” i… udaje się kupić bilet od konika. Tak zaliczyliśmy pierwszy nasz mecz w Monachium (później byliśmy tam też na meczu z Barceloną). Dzień później w ostatniej chwili zauważyliśmy, że tuż obok naszej trasy przejazdu leży przepiękna, widokowa trasa na Grossglockner w Austrii. Szybka zmiana trasy przejazdu i znów jedne z piękniejszych widoków w naszych podróżach.

Pewnie dziś kilka z tych rzeczy odkrylibyśmy wcześniej, trochę nasze planowanie się jednak zmieniło przez ten czas, ale to pokazuje, że oprócz głowy, trzeba mieć też choć odrobinę szczęścia w podróży.

Etap X – i tak się nie uda…

Żeby nie było, że wszystko sobie tak planujemy, a dodatkowo spadają na nas przyjemne niespodzianki i dodatkowe atrakcje – często bywa też w drugą stronę. Nie da się przewidzieć wszystkiego. Najczęściej plany burzą nam korki na granicach, szczególnie tych bałkańskich. Teraz już staramy się je założyć w planach, ale bywało i tak, że stojąc po 2-3 godziny na przejściach granicznych, musieliśmy rezygnować z części atrakcji po drodze, bo zastawał nas zapadający zmrok.

Zdarza się też często, że plany mamy przeładowane i w praktyce okazuje się, że nie da się ich fizycznie zrealizować. Tak bywało podczas podróży do Turcji – odpuściliśmy m.in. bośniacki Travnik (zwiedzony w 2015 r.), czarnogórski Ulcinj (także odłożony do 2015 r.) czy albańską Szkodrę (w 2014 r.) po korku na granicy Czarnogóry z Albanią.

Granica kosowsko-albańska

Granica kosowsko-albańska

Stambuł, korek na autostradzie

Stambuł, korek na autostradzie

A czasem psikusa płata nam los. Największego spłatał nam właśnie w 2013 r., kiedy to po drodze padło nam w samochodzie chłodzenie i sporo miejsc odpuściliśmy, bo nie byliśmy w stanie do nich dojechać.

A co, jeśli jedziemy bez planu ?

Była wśród naszych wyjazdów jedna podróż pod względem planowania wyjątkowa – kwietniowa podróż wzdłuż Dunaju w 2015 r. Zorganizowana niemal w ostatniej chwili, niemal w ostatniej chwili była też decyzja, że będzie to wzdłuż Dunaju. Pojechałem na nią samotnie, mając zaplanowany wyłącznie niemiecki odcinek wzdłuż rzeki. Dalej była totalna dziura – a nie zabierałem ze sobą komputera.

Trzeba było sobie więc radzić „po harcersku” – wieczorami śpiąc w samochodzie planowałem dalsze dni przejazdu na… Kindlu. Tak, na czytniku ebooków. W jaki sposób spytacie ? Otóż Kindla da się kupić w wersji 3G, czyli z wbudowaną kartą SIM i ma on wtedy dostęp do internetu. I działa on niemal wszędzie w Europie – bez absolutnie żadnych kosztów przesyłu danych. Bardzo ograniczony – można we wbudowanej przeglądarce internetowej czytać wyłącznie jeden serwis – ale za to jaki przydatny – to Wikipedia. Ślęczałem więc z mapą Dunaju otwartą na komórce w jednej ręce i na Wikipedii czytanej na Kindlu w drugiej. Każde znalezione na mapie miasteczko na trasie „lustrowałem” w Wikipedii (angielskiej, niemieckiej, nieważne – w komórce jest też translator). Da się ? Da – przejechałem niemal cały Dunaj i naprawdę niewiele miejsc znalazłem potem, które mogłem zobaczyć, a pominąłem.

Tak wyglądają nasze plany. Donaueschingen, niemieckie miasto gdzie z połączenia dwóch rzek powstaje Dunaj

Tak wyglądają nasze plany. Donaueschingen, niemieckie miasto gdzie z połączenia dwóch rzek powstaje Dunaj

Podsumowanie

Można taki sposób planowania polubić lub nie, tak samo jak nasz sposób podróżowania. Nam sprawia to olbrzymią satysfakcję i uwalnia od chodzenia w ciemno lub planowania już na miejscu. Oszczędza nam czas w podróży i daje komfort poruszania się niemal „w ciemno” w miejscach, do których przyjeżdżamy. Wieziemy ze sobą mapki z zaznaczonymi hotelami, parkingami i wartymi zobaczenia atrakcjami.

Czasem plan przeładujemy, czasem czegoś nie zauważymy, czasem odwrotnie – na miejscu znajdziemy coś, czego nie planowaliśmy. Zdarza się nam zmieniać plany w trakcie podróży. Ale raz zrobiony porządny „risercz” procentuje w kolejnych podróżach. Po miejscach, które zaznaczyliśmy sobie w 2013 r. jako warte zobaczenia, podróżujemy do dziś – na Bałkanach byliśmy już trzykrotnie. Te miejsca, które nie zmieściły się nam na trasie w 2013 r., składamy w trasy kolejnych wakacyjnych wyjazdów. Wszystkie zapiski poczynione w 2013 r. przydały się nam w kolejnych wyjazdach – dzięki temu ich planowanie było dużo szybsze.

 

Inne wpisy z: Podróżnicze zaplecze

Macedonia, rakija, którą poczęstowali nas gospodarze na przywitanie

"Kofi, dżus, rakija?". Takim pytaniem witał nas pewien czarnogórski gospodarz w pewnym pięknym miasteczku nad Boką Kotorską. Pytał nas o to konsekwentnie za każdym razem, gdy wychodziliśmy z pokoju, nawet tuż po przebudzeniu o 7-mej rano. A przecież my za chwilę wyjeżdżaliśmy w dalszą drogę...

Evernote na komputerze, tu plan podróży po północnej Chorwacji (2015)

Kontynuujemy nasz mini-cykl o kwestiach, związanych u nas z podróżowaniem, a nie będących bezpośrednio "esencją" podróży. Tym razem będzie o tym, jak i do czego wykorzystujemy internet i tzw. nowoczesne technologie.

Boğaziçi, resort Lakeside Garden

Coroczny rytuał. Nadchodzi pewien zimowy lub wiosenny dzień, kiedy włącza się u nas myślenie - "co z wakacjami ?". I choć co roku ścieżka planowania bywa podobna, to jednak w miarę zwiększania się bagażu doświadczeń z lat poprzednich, planowanie robi się coraz bardziej zawiłe. Ale też coraz bardziej ekscytujące.

 

Komunikacja w Rio - metro, autobusy, taksówki i... internet

Poruszanie się po Rio de Janeiro przeciętnemu turyście z Polski może sprawiać nieco trudności przez specyfikę komunikacji miejskiej. Można poruszać się taksówkami, ale można sporo zaoszczędzić, poświęcając chwilę na orientację w tym, na pierwszy rzut oka, bałaganie.

Karnawał w Rio 2012 (poprzedni wpis: Karnawał w Rio – jak to zorganizować ?). Planując spędzić w Rio de Janeiro tydzień, chcąc nie chcąc musieliśmy wsiąknąć w transport miejski – szkoda pieniędzy na szaleństwa taksówkami. Pamiętając o ostrzeżeniach w sieci – małe sumy pieniędzy w kieszeniach, paszporty w hotelu, można poruszać się w miarę bezstresowo po mieście, oczywiście starając się nie wyruszać w nieznane rejony, oddalone od turystycznych atrakcji – ale po co mielibyśmy tam jechać ?

OK, zaczniemy jednak od bezpieczeństwa. Wylecieliśmy do Rio mocno uwrażliwieni na tym punkcie – bo i szukając informacji o Rio de Janeiro, nie sposób uciec od wszechobecnych ostrzeżeń o kradzieżach i napadach rabunkowych. Nie wiemy, na ile te ostrzeżenia są wyolbrzymione – nam nic złego w Rio się nie stało. Aczkolwiek staraliśmy się pamiętać wszelkie znalezione w sieci porady i nie wyjeżdżać poza otoczenie atrakcji turystycznych, choć zdarzały się nam pomyłki i krótkie pobyty nawet do końca nie wiadomo gdzie 🙂

Rio de Janeiro, ulice miasta w okolicach plaży Ipanema

Rio de Janeiro, ulice miasta w okolicach plaży Ipanema

Rio jest stereotypem niebezpiecznego miasta. Wiadomo, ogromna aglomeracja, z dużym rozwarstwieniem majątkowym mieszkańców, od bogaczy po miliony ludzi mieszkające w biednych fawelach. A to sprzyjające warunki dla przestępczości – dodać do tego masy najeżdżających miasto co roku turystów, tłok w środkach komunikacji publicznej i czasem wręcz głupotę co niektórych i mamy środowisko, gdzie rzeczywiście można się złego spodziewać. Przede wszystkim – bezpiecznie (wg nas) można się poruszać po najbardziej turystycznych rejonach – centrum oraz okolicach Copacabany i Ipanemy, choć czytaliśmy i o chowaniu aparatu fotograficznego na Copacabanie.

W czasie karnawału nawet piwo w Rio przybiera specjalne barwy

W czasie karnawału nawet piwo w Rio przybiera specjalne barwy

Stosowaliśmy się z grubsza do rad z sieci: skserowaliśmy paszporty, oryginały zostawiając w pokojowym sejfie w hotelu (choć np. kantory w Rio do wymiany waluty wymagają przedstawienia paszportu). Doszyliśmy sobie wewnętrzne kieszonki w letnich spodenkach, których nie widać na zewnątrz, a w których bez problemu można było schować banknoty czy monety – pieniądze potrzebne przy poruszaniu się po mieście – tylko raz (i to przez nieuwagę) wyruszyliśmy na miasto z kompletnym portfelem (pieniądze, karty kredytowe itp.). Zabraliśmy ze sobą tańsze telefony komórkowe, które miały nam służyć na ulicach, ale po kilku dniach swobodnie poruszaliśmy się z iPhone’ami – choć nie wyjmowaliśmy ich na ulicach, ograniczając ich użycie (głównie do robienia zdjęć) do atrakcji turystycznych, z reguły płatnych, więc raczej nie odwiedzanych przez ludzi, którym mogłyby się „spodobać”. Poza tymi zamkniętymi biletowaniem atrakcjami nie obnosiliśmy się za bardzo z „dużym” aparatem – lustrzanką, robiąc zdjęcia dobrej jakości małym kompaktem, mniej rzucającym się w oczy. Z drogą biżuterią nie mieliśmy problemu – nie nosimy takowej na co dzień. Pamiętając o takich podstawach nie ma stresu o dobra doczesne, a to one ponoć są głównym wabikiem „zainteresowanych”.

Jak się kończy noszenie pieniędzy tak po prostu w kieszeni przekonałem się szybko podczas jednej z karnawałowych parad na ulicach Rio de Janeiro przy Copacabanie, gdy „wyparował” mi z kieszeni banknot 20 reali – drobne „na piwo”, wzięte z hotelu. Sprawcę za rękę złapałem, był dość nieudolny, ale na tyle sprawny, że w momencie złapania banknotu już nie miał, zdążył przekazać komuś dalej. Strata niewielka, 20 reali to jakieś 40 zł, a nauczka zapamiętana.

Generalnie za to złym pomysłem jest poruszanie się po Rio w nocy, pojedynczo czy w parze (generalnie – w małej grupie) – tego zdecydowanie nie polecam, tak jak i epatowania drogim sprzętem (telefon, aparat, biżuteria). Zauważalne było np. noszenie droższych telefonów przez dziewczyny w… biustonoszach. Tak, tak – a teraz wyobraźcie sobie taką sytuację – zatłoczone metro w Rio, zaczyna dzwonić telefon i obok Ciebie ładna dziewczyna zaczyna wyjmować komórkę spod bluzki i bielizny. Czysta abstrakcja 🙂 Ale nie w Rio.

Metro

Metro w Rio to ten środek transportu, który Europejczykom będzie najbardziej bliski, bo niczym się od standardowego metra nie różni. Ale choć to podobno największe metro w Brazylii, to jak na tak wielkie miasto niestety nie zapewnia możliwości dotarcia do wszystkich miejsc, nawet tych najbardziej turystycznych. Dzisiejsze metro w Rio ma dwie linie – linia 1 dojeżdża do Copacabany, a linią 2 dojechać można np. na Maracanę. Generalnie do poruszania się po mieście potrzebne są nam obie.

Rio de Janeiro, jedna ze stacji metra

Rio de Janeiro, jedna ze stacji metra

Można kupować pojedyncze bilety (podróż kończy się gdy wychodzimy ze stacji metra, przesiadanie się na inną linię wewnątrz stacji nie wymaga zakupu nowego biletu), ale znacznie wygodniej jest kupić w automacie kartę pre-paid (minimalne doładowanie to bodajże 10 BRL), którą potem również w automacie można swobodnie doładować w razie potrzeby. Przy kasach na stacjach metra często są ogromne kolejki, automat jest lepszym rozwiązaniem.

Mieszkaliśmy przy plaży Ipanema, leżącej (patrząc od strony centrum Rio) za Copacabaną, a na Copacabanie kończy się zasięg tradycyjnego miejskiego metra. Dalej można albo przejść kilka minut piechotą, albo w przypadku krańcowego zmęczenia po zwiedzaniu w lutowym upale, przesiąść się do czegoś, co nazywa się MetroRio Bus, czyli autobusów oznaczonych logiem metra, będących rozszerzeniem tego ostatniego. W autobusach tych obowiązują także bilety i karty pre-paid z metra, nie trzeba kupować osobnych biletów. Wystarczy „odbić” kartę w czytniku przy wejściu. Autobusy MetroRio Bus kursują z końcowej stacji metra („Ipanema”) po całej okolicy Ipanemy i Copacabany.

Wkrótce i ten problem (z dojazdem na długości Ipanemy) zniknie, z okazji zbliżających się Igrzysk Olimpijskich w Rio (2016), miasto funduje sobie właśnie rozbudowę metra – aż na koniec Ipanemy, a nawet dalej.

Autobusy miejskie

I tu zaczyna się prawdziwe rodeo dla „cywilizowanego” Europejczyka. Z tego, co wyczytałem, Rio de Janeiro posiada grubo ponad 800 różnych linii autobusowych. Ale to nie problem. W okolicach Copacabany i Ipanemy wszystkie ulice są jednokierunkowe, trzeba więc wiedzieć, z której ulicy w którą stronę pojechać. To jest banał, do ogarnięcia po jednym dniu.

Rio de Janeiro, autobus miejski przy Copacabanie

Rio de Janeiro, autobus miejski przy Copacabanie

Ciężka artyleria to kompletny brak rozkładów jazdy na autobusowych przystankach. I nie chodzi o czas przyjazdu autobusu – w końcu gdzie się nam śpieszy ? Nie ma w ogóle informacji… która linia gdzie jedzie 🙂 Są wyłącznie tabliczki z numerami linii, które na danym przystanku się zatrzymują. Tu cudownie przydał się darmowy internet w hotelu – trasy każdej linii oraz sposób dojazdu do dowolnego miejsca w Rio można sprawdzić przez internet (i to nawet po angielsku) – na tej stronie.

To nie koniec nowości, związanych z autobusami w Rio. Otóż wszystkie, ale to wszystkie autobusy zatrzymują się, nawet w ścisłym centrum, wyłącznie na żądanie – czyli możesz stać na przystanku do us….. śmierci, a dopóki nie machniesz ręką na autobus, to będziesz na nim stał. Utrudnienie – autobusów na jeden przystanek potrafi podjechać naraz nawet i dziesięć, jak stoją trzy, to następne jadą prawie niewidoczne kolejnym pasem, trzeba wyjść na ulicę by do nich machnąć – no ale to co już stoją zaczynają odjeżdżać… Zdarzało się nam łapać autobus na trzecim kolejnym pasie ulicy, na dwóch wcześniejszych już stały autobusy. Gdzie wysiąść ? Patrzeć po nazwach ulic, nazwach przystanków i trochę… na czuja.

Ale i to nie koniec nowego. „Obsługa” autobusu od strony pasażera niesie ze sobą więcej ciekawostek. Do autobusu miejskiego wsiada się ZAWSZE przednimi drzwiami, przesuwając się w jego wnętrzu do tyłu. W połowie autobusu zastanie nas… kołowrotek (jak na wejściu do metra), za którym siedzi regularny kasjer (z reguły raczej kasjerka), której należy zapłacić za przejazd – wyłącznie gotówką, nie ma tu żadnych kart miejskich, nie wspominając o jakimś elektronicznym sposobie płatności. Płacimy więc i przesuwamy się na tył autobusu – bo wysiada się tylnymi drzwiami – tym sposobem każdy MUSI w autobusie przejść przez kołowrotek i kasjera / biletera. Każdy autobus miejski w Rio ma więc dwuosobową obsługę.

Osobny akapit pt. „rodeo”, po przepisie na zatrzymanie autobusu na przystanku, należy się opisowi stylu jazdy kierowców miejskich autobusów. Radzimy dobrze się czegoś złapać, bo styl jazdy kierowców ogromniastych przecież autobusów w mieście najczęściej kojarzy nam się z takim znanym brazylijskim kierowcą – Felipe Massą – tylko że on jeździ w Formule 1. Przyśpieszenia, hamowania, gwałtowne ominięcia, gwałtowne ruszenia z jednoczesnym skrętem – normalka.

No i generalnie szczególnie w autobusach trzeba uważać na kieszonkowców. Autobusy to najpopularniejszy w Rio środek transportu, bardzo często zatłoczony. Złodzieje bardzo je lubią, szczególnie gdy w lecie lekko ubrani turyści upychają swe portfele po płytkich kieszeniach.

Lotnisko krajowe w Rio - Santos Dumont

Lotnisko krajowe w Rio – Santos Dumont

Taksówki

Wracamy znów do normalności. Taksówki w Rio niczym specjalnym się nie wyrózniają. Jest ich naprawdę masa i czasem ma się wrażenie, że jak się machnie ręką, to zatrzymają się ze trzy równocześnie. Nie są też drogie, nawet w porównaniu do polskich, i to pomimo tego, że taksówkarze w Rio nagminnie swoich turystycznych klientów oszukują – takie informacje można znaleźć w sieci i my je swoim doświadczeniem potwierdzamy. Wystarczy że usłyszą obcy język i już jedziemy na wyższej taryfie (np. nocnej zamiast dziennej – na wyświetlaczy parkometru powinna być taryfa „1”) i często wcale nie najkrótszą trasą. Zaliczyliśmy oba te przypadki w czasie jednego kursu – ale jak opieprzyć taksówkarza, jeżeli on nie zna ani słowa w języku innym niż portugalski…

Rio de Janeiro, jak każda duża aglomeracja, lubi się korkować

Rio de Janeiro, jak każda duża aglomeracja, lubi się korkować

Rio de Janeiro, ulice miasta

Rio de Janeiro, ulice miasta

Jeden z taksówkarzy, słysząc pod ogrodem zoologicznym w Rio od nas: „Metro Maracana” (rzut beretem z ZOO do stacji metra pod Maracaną), zawiózł nas pod jakąś halę targową w Sao Cristovao – bardzo nieciekawa okolica, szybko uciekaliśmy stamtąd inną taksówką. A w tej innej taksówce 5 minut trwało, zanim zrozumieliśmy na końcu kursu, że taksówkarz pyta o drobne, bo z grubszych nie ma wydać – nawet gestami nie potrafił wytłumaczyć, o co mu chodzi…

Osobna historia to taksówkarz, który wiózł nas na szczyt Corcovado – wzgórza na którym znajduje się słynny pomnik Chrystusa Odkupiciela w Rio. Trzeba wiedzieć, że na szczyt prowadzi bardzo kręta (zobaczcie na zdjęciu poniżej) droga. Taksówkarz zabrał nas we czworo (naszą dwójkę oraz parę Szwed-Brazylijczyk – dosłownie „parę”), po czym zawiózł nas… Ale jak zawiózł… Droga jak serpentyny w Bieszczadach, a człowiek jedną ręką pokazuje nam budynki przy drodze, a drugą trzyma kierownicę, wyprzedzając inne taksówki po drodze, na każdym zakręcie puszczając kierownicę, by zatrąbić i ostrzec tych jadących ewentualnie z przeciwka – bo wyprzedzał także na zakrętach, mających prawie 180 stopni… Wszystko to oczywiście na gazie, hamulce w użytku były raczej rzadko.

Tu widać krętą drogę na szczyt Corcovado pod pomnik Chrystusa

Tu widać krętą drogę na szczyt Corcovado pod pomnik Chrystusa

Efekt był taki, że para jadąca (jeden siedział obok kierowcy, drugi za nim) z nami skończyła kurs… trzymając się ze strachu za ręce. Pożartowaliśmy po drodze, że taksówkarz chyba nie używa hamulców, bo ich nie ma… Ot, folklor.

Internet

Na koniec nieco o internecie mobilnym w Rio. Udało się nam wprawdzie mieszkać w jednym z nielicznych hoteli przy Ipanemie i Copacabanie, który w cenie miał darmowe wifi (Mar Ipanema Hotel – naprawdę polecamy), ale i tak skażeni europejskim zwyczajem chodzenia po ulicach z internetem w telefonie, zapragnęliśmy zakupić brazylijskie karty pre-paid z paczką internetu na koncie.

I tu Brazylia jest specyficzna. Bo o ile z zakupem karty SIM, a nawet od razu doładowaniem jej w salonie operatora nie ma problemu, to już z jej uruchomieniem jest, i to spory. Ale wiedzieliśmy o tym już przed wyjazdem, więc byliśmy przygotowani. Tyle że problem okazał się głębszy. Od początku. Otóż, żeby uruchomić brazylijską kartę SIM w telefonie (nawet prepaidową), trzeba ją zarejestrować, dzwoniąc na specjalny numer – po drugiej stronie jest automat. Problem jednak w tym, że przy rejestracji trzeba podać numer CPF – taki brazylijski PESEL, dostępny jedynie dla tambylców i obcokrajowców, przebywających w Brazylii na dłużej. Na pierwszy rzut oka – klops.

Sprytne turyściaki podają na forach prosty przepis na obejście tego durnego ograniczenia. Wystarczy poszukać w sieci któregoś z brazylijskich odpowiedników polskiego „pracuj.pl”, czyli serwisu dla poszukujących pracy – każdy z nich jest przepełniony CV-kami, w których ich autorzy zawsze podają swój CPF. A potem rejestrujemy kartę SIM i podajemy taki losowo znaleziony numerek. Brzydkie, ale ponoć skuteczne. Ponoć, bo i to się nam nie udało – bo procedura rejestracji odbywa się głosowo… w języku portugalskim. Wyłącznie. I nie wiemy o co nas automat pyta 🙂

Jest sposób drugi – często uczynni sprzedawcy w salonach operatorskich zgadzają się od razu zarejestrować naszą kartę, używając swojego numerka CPF – i tu trafił się nam „matoł”, w ząb nie znający angielskiego – nawet na migi nie udało nam się wytłumaczyć naszej prośby o rejestrację. Przywieźliśmy więc na pamiątkę do Polski brazylijskie karty SIM, ani razu nie użyte…

Tak też zwiedzaliśmy Rio

Tak też zwiedzaliśmy Rio

I to chyba tyle o transporcie wewnątrz Rio. Użyliśmy jeszcze jednego – helikoptera – ale to już zdecydowanie temat na osobny wpis. Ale na razie zaczniemy Wam opisywać turystyczne atrakcje Rio de Janeiro, na początek będzie „Głowa Cukru”, czyli Pão de Açúcar.

 

Inne wpisy z: Karnawał w Rio 2012

Po kulminacji pobytu w Rio - czyli paradzie karnawałowej na Sambodromie, przyszedł czas na trochę spokoju. Ostatnie dwa dni spędziliśmy na spacerowym zwiedzaniu centrum miasta, plażowaniu i... szukaniu czynnej poczty 🙂

Być w Rio de Janeiro w czasie karnawału i nie zobaczyć słynnej parady na Sambodromie to grzech. To tu odbywa się najbardziej widowiskowa część dorocznego święta, to tu szkoły samby walczą o zaszczyty i... przetrwanie. To tu "spala" się dziesiątki milionów dolarów w ciągu kilku nocy. Kolorowa zabawa jest w rzeczywistości ostrą walką o sławę i byt.

Rio de Janeiro z lotu ptaka, plaża Copacabana

Po raz pierwszy - i jedyny jak na razie - zdecydowaliśmy się zobaczyć atrakcje zwiedzanego miejsca z innej, niż z poziomu własnych nóg, perspektywy. Skorzystaliśmy z oferty jednego z miejscowych przewoźników i podziwialiśmy Rio de Janeiro z lotu ptaka, a dokładnie helikoptera.

 

Karnawał w Rio - jak to zorganizować ?

Karnawał w Rio de Janeiro to wydarzenie, które chyba każdy marzący o podróżach chciałby zobaczyć na własne oczy. Przeczytajcie, jak taki wyjazd zorganizować bezpiecznie, nawet gdy jedziecie w tak daleką podróż pierwszy raz w życiu.

Karnawał w Rio 2012. O egzotycznej podróży myśleliśmy w zasadzie od zawsze – kto o takiej nie myśli. Praktycznie od początku chodziła nam po głowie Ameryka Południowa, a wybór zacieśniał się pomiędzy Argentyną i Brazylią. Nie myśleliśmy wtedy o karnawale, chodziło jedynie o zobaczenie któregoś z tych krajów w tamtejszym sezonie letnim, czyli w czasie naszej zimy.

Najprostszym do zrealizowania etapem jest w tym wypadku zakup biletów lotniczych. W naszym przypadku impulsem był mailing Lufthansy, obwieszczający promocję lotów do Brazylii. Dostaliśmy go w czasie naszej wakacyjnej podróży w lipcu 2011 r. – informacja zastała nas we włoskiej Weronie. Decyzja była szybka, wieczorem po zakończeniu zwiedzania Werony, usiedliśmy w hotelu i… kupiliśmy bilety na drugą połowę lutego 2012 r. To nie była jakaś szalona promocja, bilety kosztowały ok.2500 zł, a że to miała być nasza pierwsza taka podróż, na wszelki wypadek dokupiliśmy jeszcze opcjonalne ubezpieczenie od kosztów rezygnacji. Koszty więc małe nie były.

Najważniejsza anegdota, dotycząca naszego wyjazdu na karnawał do Rio jest taka, że wcale nie lecieliśmy na karnawał. Nie mieliśmy pojęcia, że w czasie naszego pobytu w Rio trafimy na tę słynną na cały świat imprezę. Kluczem naszego wyboru terminu było to, by w Polsce w czasie naszej podróży trwały ferie zimowe w szkołach – wszak w Polsce zostawialiśmy trójkę naszych dzieci, z których dwójka była już wtedy w wieku szkolnym. A że ferie w Wielkopolsce wypadały wtedy w drugiej połowie lutego, bilety kupiliśmy na 14-22 lutego. Czyli Walentynki w samolocie, a co 🙂

Rio de Janeiro, plaża Ipanema

Rio de Janeiro, plaża Ipanema

Rio de Janeiro, plaża Ipanema wieczorem

Rio de Janeiro, plaża Ipanema wieczorem

Jeszcze tego samego dnia, po zakupie biletów, rozpoczęło się przeglądanie sieci pod kątem atrakcji Rio de Janeiro – i jakież było nasze zdumienie, gdy okazało się, że w jedyny weekend, jaki spędzimy w Rio (lecieliśmy wtorek – następna środa), przypada właśnie słynny karnawał 🙂 W życiu trzeba mieć jednak trochę szczęścia 🙂 Choć to „szczęście” oznaczało też oczywiście wyższe niż normalnie wydatki w Brazylii.

Rio de Janeiro, słynna Copacabana

Rio de Janeiro, słynna Copacabana

Trwał jednak nasz „Tour de Europe 2011” do hiszpańskiej Marbelli i z powrotem, zimowy wyjazd do Rio zszedł więc na plan dalszy, aż do powrotu do Polski. Już w sierpniu rozpoczęliśmy dalszą organizację wypadu do Brazylii – na początek przyszedł czas na rezerwację hotelu. Wiedzieliśmy już wtedy, że na czas karnawału ceny noclegów w Rio szybują w górę – i to jest niestety prawda. Karnawał trwa 5 dni i przez te 5 dni ceny za dobę w hotelu rosną (przynajmniej w 2012 r.) o dokładnie 100%. Rezerwacja na 8 dni składała się z 3 dni w „normalnej” cenie i 5 (tych w czasie karnawału) droższych dwukrotnie od tych normalnych.

Rezerwacja hotelu w Rio de Janeiro to osobny rozdział naszej batalii z organizacją wyjazdu. Nauczeni już wtedy korzystania z serwisu booking.com (wiernie do dziś rezerwujemy tam ogromną większość naszych wyjazdowych noclegów), oczywiście zaczęliśmy od tego serwisu. Najpierw o standardach – w 2012 r. prawie żaden hotel w Rio, dostępny na booking.com, nie miał w standardzie darmowego wifi – w każdym trzeba było dodatkowo za nie płacić, i to czasem horrendalne pieniądze, nawet do ponad 100 PLN za dobę. Ceny też niestety były z kosmosu, bywały hotele i za ponad 2 tys. PLN za dobę (pokój 2-osobowy) – i bez internetu w cenie 🙂

Rio de Janeiro, plaża Ipanema z lotu ptaka

Rio de Janeiro, plaża Ipanema z lotu ptaka

Kiedy w końcu wytypowaliśmy hotel, w którym chcieliśmy zamieszkać, zaczęły się schody. Nie wiem jak dziś, ale wtedy w sieci mnóstwo było informacji, że w Brazylii jest kłopot z akceptacją niektórych kart kredytowych (rzeczywiście był, o czym dalej). Próby obciążenia naszej Visy przy rezerwowaniu hotelu przez booking.com kończyły się dwukrotnie informacją z hotelu, że na karcie nie ma wystarczających środków (co było bzdurą). Zmieniliśmy hotel na inny, potem na jeszcze inny – za każdym razem serwis booking.com informował, że hotel nie może ściągnąć środków z karty – nawet gdy zmienialiśmy kartę na inną Visę, czy potem na MasterCarda. Zonk – mamy lot, a hotelu nie mamy.

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

I wtedy przyszła myśl szatańska – a może hotele w Rio traktują booking.com jak słup ogłoszeniowy – reklamują się tam, ale nie przyjmują rezerwacji, nie chcąc płacić serwisowi wysokiej (z tego co wiem) prowizji ? Sprawdzić to łatwo, wystarczy spróbować zarezerwować pokój w wybranym hotelu nie przez pośrednika, a bezpośrednio ze strony hotelu. No to szukamy w sieci strony naszego hotelu i składamy rezerwację na nasz termin. Podajemy dane karty, którą tenże hotel dwukrotnie odrzucał w booking.com. I co ? I przechodzi za pierwszym razem, dostajemy mailowo potwierdzenie i voucher od hotelu, kwota taka sama jak na booking.com, a karta magicznie zaczęła działać. W sumie się nie dziwię, hotele w Rio w czasie karnawału mają pełne obciążenie i nie potrzebują pośredników, którzy zabiorą im część kasy. Koniec końców więc – hotel też zarezerwowaliśmy.

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Czas na poszukiwanie informacji na temat karnawału, gdzie, co, jak i oczywiście za ile. Jak już wspominaliśmy, karnawał w Rio trwa 5 dni – dziś już wiemy że te 5 dni jest świętem totalnym – jak święto państwowe – nie pracuje nic poza sklepami spożywczymi i aptekami (no i kantorami). Centra handlowe zamknięte, poczty zamknięte, generalnie prawie wszystko zamknięte. Dotyczy to dni sobota – wtorek, w których to dniach odbywa się w zasadzie większość imprez, z karnawałem związanych.

„Karnawał w Rio”, który znacie z telewizji, to tak naprawdę dwa dni – niedziela i poniedziałek, kiedy to odbywają się konkursy szkół samby na Sambodromie. To jest cała sól karnawału i jeśli widzieć karnawał w Rio, to polecam właśnie te dwa dni. Karnawałowe występy na Sambodromie rozpoczynają się jednak wcześniej – już w piątek i sobotę są eliminacje i występy mniej ważne (szkoły dziecięce itp.). Bilety na te „wstępne” imprezy też obowiązują, ale są duuuuużo tańsze niż na właściwe konkursowe przemarsze – bo karnawał na Sambodromie to jest konkurs szkół samby.

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Laikowi znalezienie sposobu na kupienie biletów na Sambodrom może przysporzyć siwych włosów. Generalnie najczęściej znajdowane info jest takie, że bilety rozchodzą się jak ciepłe bułeczki na miejscu, wysyłka do Polski nie wchodzi w rachubę, ewentualnie dostać je można w agencjach turystycznych już w Rio – ale zapewne za kosmiczne pieniądze. Słowem – na pierwszy rzut oka – klops. Ale tylko na pierwszy rzut oka.

Rio de Janeiro, hotel Mar Ipanema, w którym mieszkaliśmy

Rio de Janeiro, hotel Mar Ipanema, w którym mieszkaliśmy

Jak poszukać po forach dyskusyjnych w sieci, to można znaleźć info o serwisie www.rio-carnival.net. I to będzie nasz bohater akcji „bilety na Sambodrom” Rio-Carnival.net opisuje się jako serwis internetowy brazylijskiej agencji turystyki, stworzony wyłącznie w celu promocji karnawału w Rio wśród zagranicznych turystów. To bardzo bogata w treść strona, której podstawową funkcją jest sprzedaż usług, z karnawałem związanych. Jako, że ponoć to serwis firmowany przez agencję rządową, zdecydowaliśmy się skorzystać z jego usług. Wprawdzie nie wysyła biletów do Polski, ale oferuje ich dostarczenie do niektórych hoteli lub odbiór w swoim biurze w Rio. Założyliśmy, że w konia nas nie zrobią i rzeczywiście bilety będą w Rio na nas czekały – choć potem pojawiła się nam w głowie inna opcja – będzie o tym dalej.

Teraz trochę o biletach na Sambodrom. Jak napisaliśmy, główne danie karnawału to dwa dni konkursowe, kiedy to najlepsze szkoły samby rywalizują o zwycięstwo. Dla zwycięskiej szkoły to niesamowity splendor i możliwość pozyskania wielu sponsorów, dla najgorszych to nawet groźba plajty. Dlatego w konkursowe występy wkładają one wszystko co mają, wystawiając ekipy po kilka tysięcy uczestników i wydając na stroje i dekoracje oraz specjalne platformy dla tancerzy po kilka milionów dolarów (występ trwa ok. godziny, a potem to wszystko… ląduje w koszu). I dlatego te dwa dni są tak ważne. Występy na Sambodromie kończy parada najlepszych szkół z konkursów, która ma miejsce z reguły w kolejną sobotę.

Rio de Janeiro, ten widok zna każdy

Rio de Janeiro, ten widok zna każdy

Rio de Janeiro, Sambodrom z lotu ptaka

Rio de Janeiro, Sambodrom z lotu ptaka

Sambodrom to prosta jak drut szeroka aleja o długości 700 m, po obu stronach obudowana trybunami, mogącymi pomieścić nawet ponad 70 tys. widzów. I w trakcie dwóch konkursowych dni jest wypełniony do ostatniego miejsca. Trybuny podzielone są na sektory, rozpoczynające się już na początku Sambodromu (te są najtańsze). Górne trybuny (tzw. grandstands) są tańsze w sektorach i są to miejsca stojące – na trybunach nie ma krzesełek. Wyjątkiem jest sektor 9, tzw. sektor turystyczny (czyli wiadomo, dla kogo przeznaczony), gdzie krzesełek wprawdzie też nie ma, ale miejsca na betonie są numerowane – bilety też są na określone miejsce. I to właśnie ten sektor jest najdroższy, jeśli chodzi o cenę biletów – ale za to jest podobno bezpieczniejszy (sami turyści) i mocniej pilnowany – wszak Rio do najbezpieczniejszych miejsc na ziemi nie należy.

Każdy sektor ma też miejsca niższe, na poziomie alei Sambodromu – to już są miejsca krzesełkowane i numerowane, dużo droższe od „grandstands”, ale i z dużo lepszym widokiem i tuż przy samych tancerzach, paradujących po Sambodromie. Pomiędzy górnymi i dolnymi miejscami w sektorach umieszczone są vipowe loże, które też można sobie wykupić.

Jakie bilety wybrać ? Sambodrom w Rio w trakcie karnawału jest najbezpieczniejszym miejscem w Brazylii – podobno. Ze względu na nagromadzenie wielkiej ilości ludzi oraz wizyty wielu celebrytów, polityków i innych osobistości, ochraniany jest przez tysiące policjantów, wojskowych i innych mundurowych. Z tego też powodu podobno wybór sektora nie ma znaczenia, patrząc pod kątem własnego bezpieczeństwa. Ale my, jadąc do Rio po raz pierwszy, jednak zdecydowaliśmy się na sektor turystyczny – bo i pewniej tam jakoś, i jego usytuowanie centralnie na Sambodromie daje gwarancję dobrego widoku na to, co się dzieje. Bilety na sektor 9 kosztują sporo – na stronie Rio-Carnival.net można je już kupić w wakacje poprzedniego roku – np. dziś (2 września), cena biletów na karnawał 2015 na sektor 9 to 237$ od osoby. I uprzedzam – w miarę zbliżania się terminu cena będzie rosła, a i biletów będzie szybko ubywać. Taniej na pewno nie będzie. Dla porównania – miejsca siedzące w niższych rzędach dla sektora 9 już dziś kosztują prawie 1000$ za osobę :).

Jedna ważna uwaga, w 2011 r. (nie wiem jak jest teraz), także i na Rio-Carnival.net były problemy z płatnością kartą. Po kilku nieudanych próbach zapłacenia za bilety kartą Visa, przeszła w końcu dopiero karta MasterCard. Ale serwis ten oferuje nie tylko same bilety na Sambodrom – przy ich zakupie lub po jego dokonaniu (do zakupu niezbędne jest założenie konta w serwisie, przez co potem mamy dostęp do prywatnej strony z historią zakupów i możliwością dokupienia kolejnych usług) można również np. dokupić sobie transfer (dojazd):

  • z lotniska do hotelu
  • z hotelu na Sambodrom i z powrotem w dniu parady

Jeżeli jedziecie, tak jak my, pierwszy raz do Rio, i tak jak my będziecie przerażeni informacjami o bezpieczeństwie w tym mieście, polecamy, tak jak my, skorzystać z tych usług. Transfer z lotniska kosztował nas 80 reali za 2 osoby – to tyle, ile „śpiewa” sobie w Rio taksówkarz za dojazd na lotnisko. W tej cenie o 5 rano na lotnisku w Rio czekał na nas kierowca z dedykowanym tylko dla nas minibusem, który zawiózł nas pod same drzwi hotelu w centrum Rio (trasa z lotniska do centrum to ok godziny jazdy w jedną stronę). Ale co równie ważne – jeżeli wykupicie transfer z lotniska, to razem z kierowcą na lotnisko przyjadą do Was Wasze… zakupione na Rio-Carnival.net bilety na Sambodrom. Odpada kłopot z szukaniem po Rio biura agencji, latanie z paszportem do niej itp. Tak więc od razu z samolotu, już z biletami na Sambodrom, można wygodnie, szybko i co najważniejsze bezpiecznie dostać się do swojego hotelu. Trzeba tylko po zakupie wysłać mailem dane dotyczące lotu – być może przy okazji będzie musieli, tak jak my, przebrnąć jeszcze przez słodki brazylijski bałagan – pytań o lot dostawaliśmy kilka od różnych osób, tak jakby nie komunikowali się tam na miejscu pomiędzy sobą. Ale słowa dotrzymali, transport był punktualnie na lotnisku.

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Druga rzecz, czyli transport w dniu parady na Sambodrom. Generalnie sam transport miejski w Rio jest do ogarnięcia potężnie trudny – to tak z doświadczenia. A już w dniach karnawału panuje tu potężny bałagan. Na Rio-Carnival.net rozpisane jest z reguły kilka tras autobusów, wożących turystów na Sambodrom – obejmują one najpopularniejsze hotele w centrum. W 2012 r. nie było na liście naszego hotelu (Mar Ipanema Hotel, w tym roku widzę już jest), wybraliśmy więc odjazd spod niedalekiego hotelu Caesar Park Hotel, umiejscowionego przy plaży Ipanema. I choć wykupuje się odjazd na konkretną godzinę (odjazdy są co pół godziny), to już na miejscu okazało się, że nikt tu tego nie sprawdza i wsiada się do pierwszego podjeżdżającego busa.

Sam transfer na Sambodrom wygląda jak spęd wszystkich busów z Rio – nie są to autobusy agencji. Teoretycznie powinny grupować pasażerów wg sektorów do których chcą się na Sambodromie dostać (stają wtedy w odpowiednich miejscach przed wejściami), ale w praktyce ładowano nas jak popadnie, po drodze jeszcze przesadzając do innych busów na Copacabanie. Końcowy rezultat był taki, że wylądowaliśmy po przeciwległej stronie Sambodromu i musieliśmy go obejść dookoła by trafić do swojego sektoru. A Sambodrom nie stoi w centrum i jego okolica przypomina fawelę, spacer tymi rejonami po zmroku (parada jest w nocy) jest lekko stresujący. Ale obyło się bez ofiar 🙂

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Usługa transferu na Sambodrom obejmuje też trasę powrotną, ale w ogólnym bałaganie na koniec parady i wielkim tłoku najnormalniej w świecie… nie znaleźliśmy naszych busów pod Sambodromem. Wracanie na piechotę o 5-tej rano do centrum trąci nieco samobójstwem, zabraliśmy się więc taksówką (taksówki w Rio nie są o dziwo przesadnie drogie). A jak jest z bezpieczeństwem w nocy w Rio niech świadczy fakt, że taksówkarz nawet w centrum nie zatrzymał się na żadnym czerwonym świetle, a na widok choćby grupki młodych ludzi stojących na skraju ulicy ewidentnie przyśpieszał…

I to w zasadzie wszystko, co związane było z organizacją logistyczną naszego wyjazdu na karnawał w Rio w lutym 2012 r. Jak widać, dmuchając na zimne, nie znając realiów, woleliśmy nie zdawać się na los i ograniczyć samodzielne poruszanie się po mieście rankiem i w nocy. Nie wiem na ile to konieczne, ale w naszym przypadku się sprawdziło o tyle, że nie uświadczyliśmy w Rio żadnej przykrej sytuacji. No i dało nam komfort nie martwienia się o odbiór biletów i dojazdy na Sambodrom.

Choć w czasie pobytu poruszaliśmy się normalnie komunikacją miejską (w obrębie centrum i do najważniejszych atrakcji) i też nam się nic nie stało. Tejże komunikacji miejskiej w Rio poświęcimy osobny wpis – jest tego warta 🙂

 

Inne wpisy z: Karnawał w Rio 2012

Po kulminacji pobytu w Rio - czyli paradzie karnawałowej na Sambodromie, przyszedł czas na trochę spokoju. Ostatnie dwa dni spędziliśmy na spacerowym zwiedzaniu centrum miasta, plażowaniu i... szukaniu czynnej poczty 🙂

Być w Rio de Janeiro w czasie karnawału i nie zobaczyć słynnej parady na Sambodromie to grzech. To tu odbywa się najbardziej widowiskowa część dorocznego święta, to tu szkoły samby walczą o zaszczyty i... przetrwanie. To tu "spala" się dziesiątki milionów dolarów w ciągu kilku nocy. Kolorowa zabawa jest w rzeczywistości ostrą walką o sławę i byt.

Rio de Janeiro z lotu ptaka, plaża Copacabana

Po raz pierwszy - i jedyny jak na razie - zdecydowaliśmy się zobaczyć atrakcje zwiedzanego miejsca z innej, niż z poziomu własnych nóg, perspektywy. Skorzystaliśmy z oferty jednego z miejscowych przewoźników i podziwialiśmy Rio de Janeiro z lotu ptaka, a dokładnie helikoptera.

 

Weekend w Kijowie - podsumowanie i praktyczne info

Pierwsza podróż w tym roku już za nami – weekendowy wylot do Kijowa. Czas na krótkie podsumowanie i trochę praktycznych informacji, które mogą się Wam przydać, jeśli będziecie chcieli odwiedzić stolicę Ukrainy.

Przewodnik wydawnictwa „Bezdroża” – „Kijów, miasto złotych kopuł” (przy okazji – nie dałbym rady wymyślić lepszego tytułu) podaje, że drogą lotnicza można dostać się z Polski tradycyjnymi liniami lotniczymi za ok.800 zł (w obie strony). Pewnie tak, jeśli patrzeć na „normalne” ceny biletów. Ale od czasu do czasu taki LOT robi „szalone” promocje, w trakcie których ceny istotnie spadają. Tak istotnie, że w listopadowej (2013 r.) promocji kupiłem bilety z Warszawy do Kijowa (return trip) za 190 zł, z dużym bagażem rejestrowanym w cenie (z którego nie skorzystałem, bo nie potrzebowałem na weekend 20 kg bagażu).

LOT lata na kijowskie lotnisko Borispol (główne lotnisko stolicy Kijowa), oddalonego od miasta o lekko ponad 30 km. Na lotnisku znalazłem dwa bankomaty (stojące obok siebie), z których jeden wypłaca… dolary amerykańskie. Proponuję uważać, bo wypłata 500 USD zamiast 500 UAH to dramatyczna różnica 🙂 Nie dajcie się też namówić oficjalnym i półoficjalnym taksówkarzom na kurs do Kijowa, zapłacicie 10-krotnie więcej niż kosztuje rejsowy autobus, który ma swoje stanowisko tuż przed terminalem przylotów. Nazywa się się to: SkyBus (przed lotniskiem staje na stanowisku oznaczonym „City Bus”), a łatwo go poznać po numerze linii: 322.

Kijów, główny dworzec kolejowy

Kijów, główny dworzec kolejowy

Biletu na ten autobus nie da się kupić nigdzie, poza jego kierowcą. No i trzeba mieć ukraińską walutę – hrywny – więc bankomat na lotnisku jest nieodzowny. Sky Bus odjeżdża w ciągu dnia co 15 minut, po 20-tej co pół godziny – nie ma obawy o zbyt długie czekanie na przystanku. Kupowanie biletu co jak cofnięcie się w czasie – bilety są wyrywane prze kierowcę z bloczku, płatność tylko gotówką, a jakimkolwiek paragonie możecie zapomnieć 🙂

Kijów, bilet na Sky Bus 322 lotnisko Borispol - centrum Kijowa

Kijów, bilet na Sky Bus 322 lotnisko Borispol – centrum Kijowa

Sky Bus linia 322 jedzie z lotniska pod dworzec kolejowy w Kijowie (spod dworca także odjeżdża powrotny – na lotnisko), ale zatrzymuje się wcześniej przy pierwszej stacji metra po drodze (była to bodajże stacja Virlica). To istotne, bo jest różnica w cenie i potencjalnie w szybkości transportu. Otóż Kijów bywa zakorkowany i często wygodniej jest wsiąść w metro na pierwszej stacji i pojechać nim dalej do centrum. A na pewno jest taniej: kurs do pierwszej stacji metra kosztuje 25 UAH, zaś na dworzec kolejowy w centrum: 40 UAH. Cena przejazdu metrem (bez względu na ilość przystanków, przesiadek i czas trwania): 2 UAH. Dla ułatwienia przeliczeń cen na złotówki możecie przyjąć zaokrąglony na dziś (koniec stycznia 2014 r.) stosunek 1/3 – czyli żeby otrzymać cenę w złotówkach, ceny w hrywnach dzielimy przez 3. Jak więc widać – przejazd metrem kosztuje w Kijowie jakieś 70 polskich groszy.

Kijów, żetony metra (2 UAH = 0,70 PLN za sztukę)

Kijów, żetony metra (2 UAH = 0,70 PLN za sztukę)

Jeśli macie smartfona i chcecie używać internetu na Ukrainie, od razu warto zaopatrzyć się w starter prepaid jednej z ukraińskich sieci. Da się odszukać salony firmowe np. sieci MTS, ja dla zaoszczędzenia czasu kupiłem starter OGO! na jakimś bazarku w pobliżu stacji metra Teatralna. Starter z kontem doładowanym za 5 UAH kosztował mnie 40 UAH. Do tego od ręki dokupiłem doładowanie za 35 UAH – sprzedawca pomógł mi to wszystko w smartfonie zainstalować i doładować. Na koniec dostałem automatycznego SMSa o stanie konta – 40 UAH – można więc zacząć eksplorować weekend w Kijowie 🙂 2 doby normalnego użytkowania internetu w trakcie pobytu w Kijowie (mail, mapy Google’a dla orientacji w terenie, check-iny w Foursquare i inne typowe zastosowania) ściągnęły mi z konta kwotę… 2,5 UAH – czyli jakieś 80 polskich groszy 🙂 Karta więc się jeszcze przyda – wszak za niewiele ponad miesiąc wrócę na Ukrainę (ale nie do Kijowa).

Wracając do metra – Kijów jest świetnie metrem skomunikowany i w zasadzie inne środki transportu (autobusy) nie są potrzebne. Oprócz jednorazowych żetonów są też dostępne elektroniczne karty z doładowaniami, ale przy weekendowej wizycie nie ma sensu sobie nimi zawracać głowy.

Jedzenie. Fajnie byłoby, będąc na Ukrainie, spróbować czegoś miejscowego. Jakie danie ukraińskie znam ? Jedno: barszcz ukraiński 🙂 W sieci można znaleźć wiele pochlebnych recenzji sieciowych restauracji o nazwie Puzata Chata – jest ich w Kijowie co najmniej trzy (tyle widziałem w czasie weekendu, w tym jedna przy samym dworcu kolejowym). I rzeczywiście warto. Puzata Chata to sieciówka z lokalnym, ukraińskim jedzeniem, bardzo popularna wśród miejscowych. Jest to rodzaj samooobsługowego baru, w którym należy wziąć tacę, sztućce i wybrać jedzenie spośród wystawionego „na wystawie”. Na koniec z załadowaną tacą idzie się do kasy, a potem szuka się miejsca przy stolikach – z miejscem nie ma problemu, Puzate Chaty to ogromne lokale na kilkaset osób.

Kijów, sieciówka "Puzata Chata" na placu Kontraktowym

Kijów, sieciówka „Puzata Chata” na placu Kontraktowym

Kijów, trzydaniowy obiad w "Puzatej Chacie" = 15 PLN

Kijów, trzydaniowy obiad w „Puzatej Chacie” = 15 PLN

I teraz ceny jedzenia w Puzatej Chacie. Pełny obiad (a w zasadzie „przepełniony”, bo z dwoma drugimi daniami – nie mogłem sobie odmówić testowania dwóch porcji ukraińskich pierożków naraz): barszcz ukraiński, dwa talerze pierożków plus mrożony sok wiśniowy do tego wszystkiego kosztuje… niecałe 15 złotych. Jeśli ktoś woli mięso zamiast pierożków (porcja pierożków to jakieś 4,50 zł), to może wybrać steka (5 zł) lub coś przypominającego naszego schabowego (też 5 zł) i ziemniaki do tego (2 zł). Tak czy tak – za normalny obiad nie da się zapłacić więcej niż 15 zł. I polecam – także ze względu na jakość serwowanego w Puzatej Chacie jedzenia.

Na ulicach, pewnie szczególnie w zimie – byłem w Kijowie w styczniu – jest pełno samochodów, z których sprzedawane są gorące napoje: kawa, herbata, czekolada itp. Jest tego naprawdę mnóstwo, momentami wręcz co 100 metrów. I choć warunki polowe, to np. espresso z takiego przewoźnego ekspresu (tak, z bagażniku z reguły stoi dość profesjonalny barowy ekspres) jest rewelacyjne, szczególnie na mrozie 🙂 Koszt espresso: 8 UAH, cappuccino: 12 UAH.

Ukraińska waluta

Ukraińska waluta

Ukraiński starter GSM

Ukraiński starter GSM

Krótka ciekawostka dla zmotoryzowanych – paliwo w Kijowie w styczniu 2014 r. kosztowało pomiędzy 3 a 4 zł za litr, w zależności od stacji i rodzaju paliwa (w tym czasie w Polsce diesel kręci się w okolicach 5,50 zł). Np. diesel na stacji BP po drodze z lotniska Borispol – cena ok. 3,20 zł / litr. Cenowy szok.

Większość zwiedzanych przeze mnie przez weekend atrakcji turystycznych była dostępna bezpłatnie. Wyjątki były dwa, i oba miały ceny od razu „z górnej półki”. Pierwszy to Peczerska Ławra – cena biletu 50 UAH (17 zł), a drugi to sobór św.Zofii w centrum miasta – bilet do wnętrz 53 UAH (18 zł), ale tu można kupić sam bilet na teren soboru bez dostępu do wnętrza – koszt spada do 3 UAH (1 zł).

Co do cen w sklepach, to za wiele nie potestowałem. Mleko czy kefir (sprzedawane wyłącznie w workach): 5 UAH, okrągły chlebek: 2 UAH, ale np. paczka parówek: 24 UAH. Piwo ukraińskie 6-7 UAH, importowane jest dużo droższe: 16-17 UAH, ale kto jedzie na Ukrainę napić się Heinekena ? 🙂 Tym bardziej, że swoje piwo Ukraińcy mają naprawdę niezłe. Mają też w sklepach (wszystkie ceny sklepowe są z sieci Billa) duży wybór win gruzińskich, ale te wkrótce przetestuję ” u źródła”… Jeśli chodzi o „mocniejsze” rzeczy – 1/2 litra wódki to koszt rzędu 15-18 zł. Ranking dość subiektywny – ale co zrobić, jestem Polakiem 🙂

No i wiadomość dnia, ze szczególnym uwzględnieniem uzależnionych od nikotyny – paczka Marlboro kosztuje na Ukrainie 15… UAH. Czyli 5 zł 🙂 W Polsce – też 15, tyle że złotych, czyli 300% ceny ukraińskiej…

Ukraińskie piwo - polecam

Ukraińskie piwo – polecam

Kefir z woreczka :)

Kefir z woreczka 🙂

Na lotnisko z powrotem wracamy tą samą drogą – spod dworca kolejowego. Uwaga – dworzec główny w Kijowie ma dwie strony (pomiędzy nimi znajdują się tory i perony). Różnica jest taka, że stacja metra dowożąca na dworzec jest po jednej stronie, a przystanek Sky Busa i restauracja Puzata Chata – po drugiej – trzeba przejść w poprzek przez dworzec, nad torami. Po drodze na lotnisko, Sky Bus 322 zatrzymuje się jeszcze przy stacji metra „Charkowska” – tam też można wsiąść.

Co do samego formatu podróży – wylotu na weekend – wystarcza na zwiedzenie wszystkich najważniejszych atrakcji Kijowa. Aczkolwiek zostawia niedosyt i przekonanie, że jest w tym mieście dużo więcej do zobaczenia – także rzeczy, o których dostępne mi przewodniki i źródła w sieci milczały jak zaklęte, a na które wpada się przypadkiem i okazują się wyjątkowe ze względu na swoją historię.

I jeszcze jedno – Kijów zapoczątkowuje tym samym cały nowy cykl na naszym blogu – „Miasto na weekend”. LOT porobił tyle fajnych promocji na przełomie 2013/14, że wiemy już na pewno, że w cyklu tym i w tym formacie zwiedzać będziemy jeszcze cztery inne miasta europejskie w tym roku kalendarzowym. A więc: stay tuned 🙂

 

Inne wpisy z: Kijów

Kijów, trzydaniowy obiad w "Puzatej Chacie" = 15 PLN

Pierwsza podróż w tym roku już za nami - weekendowy wylot do Kijowa. Czas na krótkie podsumowanie i trochę praktycznych informacji, które mogą się Wam przydać, jeśli będziecie chcieli odwiedzić stolicę Ukrainy.

Trasa wzdłuż Dniepru, przepływającego przez Kijów, jest drugą autorską, proponowaną jako trasa zwiedzania stolicy Ukrainy. Znajdują się na niej zarówno zabytkowe zespoły kultu religijnego, jak i monumentalne pomniki, położone nad brzegiem rzeki i w jej okolicach.

Kijów, Peczerska Ławra, sobór Zaśnięcia Bogurodzicy widziany z Dolnej Ławry

Peczerska Ławra, zwana "matką monasterów", jest największym kompleksem klasztornym nie tylko w Kijowie, ale i na całej Ukrainie. Jest kolebką wschodniosłowiańskiego prawosławia i miejscem świętym dla wiernych. Jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.