Przygotowania do podróży | tamBylscy.pl - historia naszych podróży.

Internet i aplikacje przydatne w podróży

Kontynuujemy nasz mini-cykl o kwestiach, związanych u nas z podróżowaniem, a nie będących bezpośrednio „esencją” podróży. Tym razem będzie o tym, jak i do czego wykorzystujemy internet i tzw. nowoczesne technologie.

Znów będzie trochę praktycznych informacji okołopodróżniczych, niżej postaramy się Wam pokazać, jak wykorzystujemy internet i aplikacje na nim oparte, zarówno do planowania wyjazdów, jak i podczas ich trwania. Nie, nie jesteśmy ortodoksami, którzy na czas podróży wyłączają się z sieci – choć w czasie ich trwania korzystanie z internetu trochę się u nas zmienia. Podróż to czas dla nas i zapominamy wtedy o blogu – nawet jeśli jedziemy na cały miesiąc, podczas tego miesiąca na blogu nie pokazuje się ani jedno nowe słowo. Przygotowanie merytorycznego tekstu na bloga to u nas na tyle długi czas, że po prostu nie mamy go tyle podczas wojaży.

Pomimo tego internet jest stałym elementem naszych podróży. Mniej wtedy służy jako „czasozabijacz”, a więcej jako normalne narzędzie ułatwiające poruszanie się w terenie, organizację dnia w podróży i komunikację – czy to pomiędzy sobą, czy z bliskimi w kraju. Poniżej znajdziecie listę kwestii, w których internet i specjalistyczne aplikacje przydają się nam podczas podróży i ich planowania.

Telefon i roaming

Podróżujemy głównie po Europie, a dużą część naszego kontynentu obejmuje Unia Europejska oraz kraje z nią stowarzyszone, w których obowiązuje tzw. strefa 1A, czyli strefa, w której opłaty roamingowe są najniższe, i co ważne – strefa, w której komunikacja bywa wliczana w niektóre plany abonamentowe naszych polskich operatorów komórkowych.

Z racji częstych ostatnimi czasy wyjazdów zdecydowaliśmy się właśnie na taki abonament, zawierający m.in. 500 MB miesięcznie internetu w krajach strefy 1A (cała UE oraz m.in. Norwegia, Liechtenstein czy Islandia) oraz godzinę rozmowy w każdą ze stron (wychodzące i przychodzące). Cena jest stosunkowo niewiele wyższa od abonamentu „krajowego”, a przy częstych wyjazdach szybko się zwraca. Jeśli podróżujecie raz, dwa razy w roku, lepszym rozwiązaniem będzie pewnie dokupienie dedykowanego pakietu danych na czas wyjazdu.

Belgrad (2015)

Belgrad (2015)

Bergen (2015)

Bergen (2015)

Liechtenstein (2011)

Liechtenstein (2011)

Poza granicami tejże „strefy 1A”, przy dłuższych wyjazdach z reguły kupujemy miejscową kartę SIM z określonym pakietem danych internetowych. Tak robiliśmy m.in. w Turcji, Gruzji czy na Ukrainie. We wszystkich tych przypadkach w salonie operatora całą instalację karty robiła za nas obsługa (często wymagana jest aktywacja karty i często procedura ta jest wykonywana w miejscowym języku – potrzebny jest „miejscowy”).

Wyjątkiem była Brazylia, gdzie aktywacja karty SIM wymaga podania miejscowego „NIPu” i tu polegliśmy. Kartę SIM kupiliśmy, nawet znaleźliśmy sposób na skombinowanie tegoż „NIPu”, ale nie przebrnęliśmy przez aktywację karty po portugalsku…

Podczas krótszych pobytów poza UE nie bawimy się w kupowanie kart SIM. Jesteśmy na tyle dobrze przygotowani do podróży, że bez komórkowego internetu się obejdziemy. Korzystamy z niego tylko awaryjnie, gdy np. mamy problem z wyborem trasy, albo nagle okazuje się, że droga wskazywana przez nawigację… nie istnieje, jest w remoncie albo zdarza się inny nieprzewidziany przypadek (np. megakorek).

Brazylijska karta SIM, której nigdy nie użyliśmy

Brazylijska karta SIM, której nigdy nie użyliśmy

Raz w życiu zrobiliśmy coś innego – w trakcie kilkugodzinnego przejazdu przez Szwajcarię pojechaliśmy na podstawie map Google’a, z cały czas włączonym roamingiem. Nasz operator uszczęśliwił nas jakiś czas później rachunkiem za tę przyjemność – 2400 zł. Tak, nie pomyliliśmy zer – tyle kosztowało 6 czy 7 godzin jazdy z internetem.

Poza UE można sobie też poradzić awaryjnie w sprytniejszy sposób. Podczas podróży wzdłuż Dunaju lekko zagubiłem się w gęstych uliczkach starej części serbskiego Belgradu. Wystarczyło wtedy poszukać restauracji z naklejką informującą o WiFi dla gości i… stanąć pod jej oknem. A z reguły jeszcze prościej jest poszukać fastfooda w rodzaju McDonald’s – z reguły jest tam dostęp do sieci (choć nie zawsze działa).

Google Maps

To jedna z trzech absolutnie podstawowych u nas aplikacji podróżnych. Używana intensywnie i wielu przypadkach – bez niej nasze podróże byłyby mocno utrudnione. O tym, jak wykorzystujemy Google Maps do planowania trasy możecie poczytać w poprzednim wpisie z tej serii. Ale mapy Google’a przydają się nam bardzo także podczas podróży:

  • w sytuacjach, w których standardowa nawigacja „daje ciała” – bo czasem daje. Czasem źle wyznacza trasę, czasem okazuje się że ta trasa nie jest przejezdna (w ekstremalnych przypadkach np. prowadzi przez jednokierunkową ulicę… pod prąd);
  • w przypadku, gdy chcemy dojechać do atrakcji, położonej na odludziu, poza jakąkolwiek miejscowością, często też z dojazdem bardzo podrzędną drogą – tu zdecydowanie lepiej sprawdzają się online’owe mapy;
Gruzja 2014 - mapa podróży

Gruzja 2014 – mapa podróży

Mapa naszego "rajdu" wzdłuż Dunaju w Serbii

Mapa naszego „rajdu” wzdłuż Dunaju w Serbii

  • do orientacji podczas pieszego zwiedzania miast i sprawnego poruszania się po często zagmatwanych i ciasnych uliczkach starówek. Pomaga w poruszaniu się pomiędzy atrakcjami, które wcześniej zaplanowaliśmy i oznaczyliśmy na mapkach w Evernote (o tej aplikacji będzie niżej)
  • mapy Google’a mają funkcję „map offline” – można wybrany fragment mapy zgrać na telefon czy tablet. Może to być konkretna trasa, czy np. plan konkretnego miasta. To niezwykle pomaga w przypadku, gdy jesteśmy poza naszym roamingiem w abonamencie. Wystarczy np. poprzedniego wieczora w hotelu, w którym mamy WiFi, zgrać taki plan miasta i następnego dnia możemy się po nim zgrabnie poruszać, nie błądząc w poszukiwaniu wybranych wcześniej przed podróżą miejsc;
  • w sytuacji, gdy obawiamy się zabłądzenia. Np. gdy wychodzimy pieszo w jakiś rozległy obcy teren (trekking po parku krajobrazowym, półwyspie – nie zawsze zwiedzamy wszak miasta). Odpalamy mapy Google’a – domyślnie wczytują mapę okolicy w której jesteśmy – i oznaczamy „tapnięciem” (czyli tzw. pinezką) miejsce, w którym rozpoczynamy. Po czym chowamy telefon do kieszeni – gdybyśmy stwierdzili, że nie wiemy, gdzie zostawiliśmy samochód, wystarczy znów odpalić mapy i sprawdzić naszą aktualną pozycję względem zaznaczonej pinezki. W tzw. „życiu codziennym” często ten patent stosujemy też np. podczas przysłowiowego „wyjazdu na grzyby” do lasu, którego nie znamy zbyt dobrze;

Nawigacja samochodowa

Bułgaria 2013, gdy nawigacja pokazuje 1,5h jazdy na 30 kilometrach, nie należy spodziewać się niczego dobrego

Bułgaria 2013, gdy nawigacja pokazuje 1,5h jazdy na 30 kilometrach, nie należy spodziewać się niczego dobrego

Ten aspekt naszego podróżowania opisaliśmy dość obszernie w artykule o planowaniu podróży. Nawigację także mamy wykupioną w telefonie – po to, by nie wieszać na przedniej szybie samochodu i telefonu i osobnej nawigacji. Często mamy jeszcze powieszoną kamerę GoPro i wtedy już kierowca nie widziałby połowy terenu przed sobą 🙂 Absolutnie zawsze przed wyjazdem samochodem aktualizujemy mapy do najnowszej dostępnej wersji – o tym też warto pamiętać.

Evernote

Evernote to taki nasz prywatny „wynalazek” na potrzeby podróży. Generalnie Evernote jest online’owym serwisem, umożliwiającym tworzenie notatek, organizację ich w grupy oraz ich współdzielenie, a nawet robienie z nich prezentacji. Notatka może być zwykłym tekstem, ale może być też screenem strony internetowej, linkiem do niej. Do notatek można załączać pliki graficzne a nawet dźwiękowe. Można jest współdzielić, czyli może nad nimi pracować, a potem z nich korzystać kilka osób.

Ważną funkcją – dla nas jedną z dwóch najważniejszych – Evernote’a jest synchronizacja notatek i całych notatników (bo notatki można organizować w całe notatniki – np. u nas jest to notatnik „Podróż wzdłuż Dunaju” i notatki z trasami i miejscami wzdłuż tej trasy, podzielone na poszczególne dni podróży) z innymi niż komputer urządzeniami. Po Evernote na komputerze służy nam do planowania trasy, a potem na telefonie – do jej „wykonywania”.

Evernote na komputerze, tu plan podróży po północnej Chorwacji (2015)

Evernote na komputerze, tu plan podróży po północnej Chorwacji (2015)

Każdy zarejestrowany użytkownik Evernote może ściągnąć sobie na telefon czy tablet dedykowaną aplikację serwisu. Po zalogowaniu się do niej tymi samymi danymi, co na komputerze, nastąpi magia – czyli automatyczna synchronizacja wszystkich komputerowych notatek na telefonie. Wszystkie plany podróżnicze, zrobione przed wyjazdem, mamy dostępne na telefonie podczas podróży.

Evernote na telefonie, te same plany Chorwacji

Evernote na telefonie, te same plany Chorwacji

Jest jedno „ale”. W podstawowej wersji – tej bezpłatnej – dane na telefonie nie są dostępne bez dostępu do internetu – są ściągane z sieci. Podczas podróży to może być problem, głównie kosztowy. Korzystamy więc z wersji odpłatnej („Plus”), która ma drugą potrzebną nam opcję – pozwala na telefonie na przechowywanie notatek „offline”.

Evernote na telefonie, lista notatników

Evernote na telefonie, lista notatników

Przed wyjazdem wchodzimy w aplikację na telefonie i zaznaczamy cały notatnik ze wszystkimi planami na podróż – do zapamiętania „offline”. Aplikacja na telefonie zgrywa to wszystko do siebie i trzyma – w każdym miejscu na ziemi mamy dostęp do tego, co stworzyliśmy w domu przed wyjazdem. Do opisów tekstowych, do map z miejscami które chcemy zobaczyć, do map trasy przejazdu itp. Wersja „Plus” ma także większy limit ilości możliwych do wgrania danych (ważne, jeśli w notatkach jest dużo mapek, a u nas jest dużo).

To pozwala nam, w połączeniu z bieżącą orientacją w Google Maps, na bezbłędne poruszanie się w dowolnym mieście czy miejscu. Nawet gdy nie mamy sieci i roamingu, możemy sprawnie poruszać się pomiędzy zaplanowanymi miejscami np. w albańskiej Tiranie, czy bośniackim Mostarze.

Evernote na telefonie, pełnoekranowy podgląd planu miasta z ważnymi do zwiedzania punktami

Evernote na telefonie, pełnoekranowy podgląd planu miasta z ważnymi do zwiedzania punktami

Tłumacz w telefonie

Czasem w podróży okazuje się, że znajomość angielskiego przydaje się „psu na budę” i nijak nie idzie dogadać się z miejscowymi. Często zdarza się to w miejscach mało turystycznych i trzeba sobie jakoś radzić. Od jakiegoś czasu radzimy sobie z tym również za pomocą telefonu – niestety funkcja ta zadziała tylko przy aktywnym dostępie do sieci.

Aplikacja Google Translate, przykład tłumaczenia głosowego na turecki

Aplikacja Google Translate, przykład tłumaczenia głosowego na turecki

Zdarzyło nam się w tureckiej Adanie kupić bilet autobusowy na kurs do Antakyi – to był pierwszy dzień naszej podróży po południowo-wschodniej Turcji, tzw. Kurdystanie. Ale autobus nie przyjechał i coś trzeba było wymyślić. W kasie na dworcu niestety panowie w ząb nie znali angielskiego, powtarzając mi w kółko jeden wyraz: „Iptal”. Z pomocą przyszła aplikacja Google Translate (polska nazwa „Tłumacz”), wydana przez Google’a i oferująca tłumaczenie tekstu w obie strony z wielu języków. Pan mówił po prostu, że kurs anulowano.

Druga historia – ta sama podróż, tym razem jesteśmy w Diyarbakirze, stolicy tureckich Kurdów i usiłujemy kupić bilet na inny autobus – ale tu trudniej, bo bilet ma być na za dwa dni, a nie na kurs najbliższy. Znów wystarczyło wklepanie w Tłumacza zdania „bilet do Van na wtorek 21:00” i obsługa nie znająca angielskiego bez żadnych kłopotów sprzedała nam dokładnie to, czego potrzebowaliśmy.

Aplikacja Google Translate, przykład tłumaczenia głosowego na albański

Aplikacja Google Translate, przykład tłumaczenia głosowego na albański

Od jakiegoś czasu aplikacja ta ma także funkcje głosowe – już nie trzeba niczego pisać. Wystarczy powiedzieć coś po polsku do telefonu, a on przetłumaczy to na np. turecki czy albański i… wypowie przetłumaczoną frazę w tym języku. Można też w drugą stronę – nagrać to co mówi do nas ktoś i posłuchać po polsku, o co chodzi. Genialne i proste.

W Brazylii nie mieliśmy szczęścia posiadania mobilnego telefonu – i stąd niemożność korzystania z tłumacza w Rio de Janeiro, w którym, pomimo że miasto niemal ciągle oblegane jest przez turystów, nawet taksówkarze potrafią kompletnie nie znać słowa po angielsku. Skutkiem tego zdarzyło się nam, że chcąc dojechać na Maracanę, wylądowaliśmy… na skraju jednej z tamtejszych fawel. Z dość drogim aparatem w ręce… to nie była zbyt komfortowa sytuacja. Nie wiemy, jak można w Rio nie zrozumieć słowa Maracana…

Rezerwacje hoteli

Coraz częściej zdarza się nam nie rezerwować miejsc noclegowych na całą planowaną podróż. Bo albo nie wiemy dokładnie, gdzie kolejne dni będziemy „kończyli”, albo planujemy głównie spać w samochodzie i co kilka dni przespać się w normalnym łóżku. Tu też pomoże telefon i dedykowane aplikacje serwisów „noclegowych”, np. naszego ulubionego booking.com.

Aplikacja taka jest także przydatna w kwestii przechowywania zrobionych przed wyjazdem potwierdzeń rezerwacji. Kiedyś braliśmy je wydrukowane na papierze, dziś rezerwacje zrobione na komputerze przed wyjazdem „trzyma” nam aplikacja booking.com w telefonie. A zdarzyło się już nam nie raz, że hotel po przyjeździe nie mógł znaleźć naszej rezerwacji (np. we francuskim Toulonie, gdzie zrobiliśmy rezerwację kilka miesięcy przed wyjazdem, a potem w międzyczasie hotel zmienił nazwę i cały komputerowy system obsługi hotelu) i pomagało dopiero pokazanie potwierdzenia – wystarczy na telefonie.

Przelicznik walut

O tej aplikacji wspominaliśmy przy okazji kwestii cen paliw we wpisie o roli samochodu w naszych podróżach. Mamy zainstalowaną w telefonie aplikację o nazwie „XE Currency”, która spełnia funkcję przeliczania dowolnej waluty na inną. Przed każdym wyjazdem ustawiamy w niej listę walut, które są stosowane w krajach, przez które jedziemy (np. chorwackie kuny, serbskie dinary, albańskie leki, euro, tureckie liry itp.). Aplikacja ściąga z sieci ich aktualny kurs i zapamiętuje na jakiś czas.

Nasza "walutowa" kolekcja - serbskie dinary

Nasza „walutowa” kolekcja – serbskie dinary

Nasza "walutowa" kolekcja - albańskie leki

Nasza „walutowa” kolekcja – albańskie leki

Nasza "walutowa" kolekcja - tureckie liry

Nasza „walutowa” kolekcja – tureckie liry

Dzięki temu podczas podróży, nawet bez internetu, możemy bez kłopotów orientować się, ile tak naprawdę dowolna rzecz nas kosztuje i czy aby na pewno chcemy ją kupić. Nie jest to wtedy kurs „z dziś”, ale z dnia ostatniej synchronizacji, ale jest bardzo zbliżony do obowiązującego – kursy walut rzadko przecież „wariują”, przynajmniej w Europie. To rozwiązuje nam np. problem orientacji, ile naprawdę płacimy za benzynę, płacąc powiedzmy 25000 węgierskich forintów czy podobną kwotę w serbskich dinarach po zatankowaniu auta.

iPolak

Mamy tę aplikację zainstalowaną, ale – na szczęście – nigdy nie była nam potrzebna. Ale bardzo polecamy jej posiadanie (jest bezpłatna) w każdej podróży. iPolak to aplikacja zawierająca najważniejsze z punktu widzenia polskiego turysty informacje – adresy i numery kontaktowe ambasad i podstawowe informacje o poszczególnych krajach. Najważniejszą funkcją są powiadomienia o potencjalnych zagrożeniach – aplikacja wysyła je na bieżąco, już będąc w konkretnym miejscu możemy otrzymać informację o zagrożeniu i proponowanym trybie postępowania.

Spotify

Pierwszy z „rozrywkowych” aspektów podróżowania – muzyka. Nigdy w podróży nie chodzimy ze słuchawkami i muzyką na uszach – to znacznie ogranicza „chłonięcie” obcych miejsc i kultur. Ale czasem po prostu niezbędne jest włączenie „czegoś”, bo np. słuchanie przez dwa tygodnie w samochodzie podczas objazdowej podróży po Turcji grozi nam „zwiędnięciem uszu” – nadmiar lokalnej muzyki czasem w podróży nie pomaga 🙂

Z pomocą przychodzi nam aplikacja Spotify (choć może być to jakikolwiek serwis streamujący muzykę), podobnie jak Evernote używany przez nas w wersji płatnej, pozwalającej na tworzenie własnych playlist w dowolnej ilości i synchronizację z telefonem – a na telefonie zapamiętywanie jej „offline”, w pamięci urządzenia. Tak spreparowana własna muzyka, przy podłączeniu telefonu do samochodowego systemu audio skutecznie daje odpór męczącej czasem muzyce, płynącej podczas kilkugodzinnej jazdy samochodem z radia. Krótki filmowy klimacik z wnętrza naszego samochodu w trakcie podróży znajdziecie poniżej:

Telewizja

A tak, da się. Tu już nie mamy jednej aplikacji – czasem w podróży zdarza się nam potrzeba oglądnięcia ważnego wydarzenia (jakimś dziwnym trafem prawie zawsze są to wydarzenia sportowe), a trafiamy do pensjonatu lub hostelu, w którym pokój nie ma na wyposażeniu telewizora. Tu też pomoże tablet (lepszy) lub telefon (gorszy) – bo nie zawsze też zabieramy ze sobą komputer.

Jakoś tak wyszło, że przenośny sprzęt mamy niemal wyłącznie ze znakiem Apple’a, który niestety ma duże ograniczenie – nie obsługuje technologii Flash, przez co odpada korzystanie z „pirackich” serwisów streamujących video, w tym telewizję. Trzeba sobie z tym jakoś radzić, a w dzisiejszych czasach technologia jest dostępna w Europie niemal wszędzie. Jeśli tylko lokalna telewizja transmituje interesujące nas wydarzenie, to często transmisja ta dostępna jest także w sieci.

Helsinki 2015, finał Ligi Mistrzów w fińskiej TV na tablecie

Helsinki 2015, finał Ligi Mistrzów w fińskiej TV na tablecie

Tbilisi 2014, Mistrzostwa Świata w Brazylii na telefonie

Tbilisi 2014, Mistrzostwa Świata w Brazylii na telefonie

W Gruzji na telefonie „z braku laku” oglądaliśmy mecze Mistrzostw Świata w Brazylii (2014 r.) – tamtejsza państwowa telewizja ma świetny serwis dla urządzeń mobilnych i dedykowany streaming dla telefonów i tabletów. Nie trzeba aplikacji, wystarczy wejść na ich stronę. W Finlandii z kolei na tablecie oglądałem finał Ligi Mistrzów – fińska TV ma swoją aplikację mobilną z całą ramówką dostępną w internecie – bez opłat.

Przewodniki elektroniczne

Przewodnik po Gruzji, Armenii i Azerbejdżanie w wersji na czytnik Kindle

Przewodnik po Gruzji, Armenii i Azerbejdżanie w wersji na czytnik Kindle

Krótko – nie używamy 🙂 I owszem, ściągaliśmy kiedyś dedykowane dla danych krajów lub konkretnych miast aplikacje, przygotowywane przez lokalne organizacje turystyczne. Nawet Lonely Planet wydał kiedyś serię przewodników – aplikacji na telefony – był czas, że były darmowe. Ale zawierają one zazwyczaj podstawowe informacje i podstawowe atrakcje turystyczne, które sami znajdujemy przed podróżą.

Próbowaliśmy kiedyś – przed podróżą do tureckiego Kurdystanu – zaprzyjaźnić się z wersją elektroniczną przewodnika Lonely Planet o Turcji, dostępną na czytnik Kindle. I też nie wyszło, jakoś nie leży nam nawigowanie na Kindlu po grubaśnej książce, liczącej w wersji drukowanej 700 stron. Zdecydowanie lepiej czujemy się z tradycyjnym, papierowym wydaniem. I nie chodzi o „specyficzny zapach farby drukarskiej”, a o podstawową wygodę. Do Turcji pojechał papierowy przewodnik, pomimo tego że najlżejszy nie jest, a my nosiliśmy go przez 9 w dni we własnym plecaku.

Do powyższych kilku aplikacji i aspektów, związanych z internetem w podróży, dochodzi jeszcze kilka bardzo przyziemnych aplikacji, typu „Prognoza pogody” czy „Notatki”, ale to zapewne zna każdy, są preinstalowane w telefonach i nie ma potrzeby podkreślania ich znaczenia. Do naszych podróżniczych narzędzi możemy jeszcze zaliczyć dedykowaną aplikację do obsługi kamery GoPro, której zdarza się nam używać – ale jej funkcjonalności też nie będziemy tu opisywać – kto ma GoPro, wie, z czym się to je.

Podsumowując. Internet mobilny to coś, co pozwala nam zaplanować i skutecznie realizować nasze podróżnicze plany. Ale nie jest nam niezbędny – odpowiednio przemyślane i wybrane aplikacje – mowa głównie o Evernote, którego jesteśmy fanami – pozwalają nam na względny komfort zwiedzania i podróżowanie zgodne z założonymi planami i terminami. Jeśli zgrać to z coraz większym doświadczeniem u nas w kwestii długości przejazdów, przewidywania czasu potrzebnego na wykonanie planów, to daje to obraz dobrze przemyślanej i poukładanej podróży. Nie każdy lubi mieć zaplanowane wszystko do końca (nam zresztą też zdarza się iść na żywioł), ale generalnie to jest nasz sposób na udaną podróż.

 

Inne wpisy z: Podróżnicze zaplecze

Macedonia, rakija, którą poczęstowali nas gospodarze na przywitanie

"Kofi, dżus, rakija?". Takim pytaniem witał nas pewien czarnogórski gospodarz w pewnym pięknym miasteczku nad Boką Kotorską. Pytał nas o to konsekwentnie za każdym razem, gdy wychodziliśmy z pokoju, nawet tuż po przebudzeniu o 7-mej rano. A przecież my za chwilę wyjeżdżaliśmy w dalszą drogę...

Evernote na komputerze, tu plan podróży po północnej Chorwacji (2015)

Kontynuujemy nasz mini-cykl o kwestiach, związanych u nas z podróżowaniem, a nie będących bezpośrednio "esencją" podróży. Tym razem będzie o tym, jak i do czego wykorzystujemy internet i tzw. nowoczesne technologie.

Boğaziçi, resort Lakeside Garden

Coroczny rytuał. Nadchodzi pewien zimowy lub wiosenny dzień, kiedy włącza się u nas myślenie - "co z wakacjami ?". I choć co roku ścieżka planowania bywa podobna, to jednak w miarę zwiększania się bagażu doświadczeń z lat poprzednich, planowanie robi się coraz bardziej zawiłe. Ale też coraz bardziej ekscytujące.

 

Planowanie podróży u tamBylskich

Coroczny rytuał. Nadchodzi pewien zimowy lub wiosenny dzień, kiedy włącza się u nas myślenie – „co z wakacjami ?”. I choć co roku ścieżka planowania bywa podobna, to jednak w miarę zwiększania się bagażu doświadczeń z lat poprzednich, planowanie robi się coraz bardziej zawiłe. Ale też coraz bardziej ekscytujące.

„Nie wiem jak” – to jeden z najczęściej podawanych powodów przez tych, co by chcieli, a jeszcze nie zaczęli podróżować. My traktujemy takie powody jako rodzaj alibi, bo nigdy nie dowiesz się „jak”, jeśli po prostu gdzieś nie pojedziesz. Planowanie kolejnych podróży jest bowiem wynikiem doświadczenia z tych już odbytych, poprzednich podróży – to taki jednozdaniowy skrót tego, co chcielibyśmy Wam w tym wpisie przekazać. Musicie sobie dać szansę nauki.

Z czasem okaże się, że kolejne wyjazdy będziecie planowali bardziej świadomie. I że znajdziecie w podróży te rzeczy, które bawią Was w niej najbardziej – i planowanie zmieni się właśnie pod kątem tego, jak podróż chcecie spędzić, a nie tylko gdzie i kiedy. Podróż dla większości jest oderwaniem się od codziennego życia, spełnieniem marzeń. Tylko najpierw trzeba te swoje marzenia zdefiniować. Marzeniem może być konkretne miejsce, a może też być konkretny temat, motyw, zainteresowania, także te, które „objawią” się Wam podczas pierwszych wyjazdów. Z czasem nauczycie się siebie samych w podróży i zaczniecie planować je zgodnie z Waszymi wyobrażeniami.

Split, nadmorska promenada Riva

Jeden z symboli Splitu, najmodniejsze miejsce w mieście, wypełnione restauracjami i kafejkami

Dubrownik, panorama miasta widziana z murów miejskich

Dubrownik, panorama miasta widziana z murów miejskich

Budapeszt nocą

Nocny spacer ulicami stolicy Budapeszt i brzegiem Dunaju

Kiedy my 8 lat temu po raz pierwszy wyjeżdżaliśmy samochodem zagranicę, nie mieliśmy pojęcia, że podróżowanie w ten sposób stanie się naszym życiowym hobby. Nie nastawialiśmy się na specjalne przeżycia w trakcie wyjazdu. Pierwotnie była to po prostu jazda do punktu docelowego – z punktu A do punktu B. Jak najszybciej i jak najprostszą drogą. Celem wyjazdu był punkt docelowy i tam ewentualnie rozglądaliśmy się za czymś, co było warte naszego zainteresowania.

Pierwszy wyjazd do Irlandii to dziś kupa śmiechu. Nie zaplanowaliśmy nawet jednego noclegu po drodze. W trakcie jazdy przez całą Europę w poprzek w obie strony, widzieliśmy tylko dwa miasta: Dublin (bo czekaliśmy kilka godzin na prom) i Brukselę (do której odbiliśmy spontanicznie z autostrady na dwie godziny, bez absolutnie żadnego pomysłu na jej zwiedzanie). Rok później do Chorwacji pojechaliśmy już z planowanymi noclegami po drodze – ale wtedy były to tylko noclegi (m.in. Budapeszt, który ostatecznie zwiedziliśmy dopiero w 2015 r.) – przespać się i jechać dalej. Nie były związane z żadnymi planami zwiedzania tych miejsc. Chodziło o uniknięcie potwornego zmęczenia, które zapamiętaliśmy z wyjazdu do Irlandii.

Ale to były też pierwsze momenty, kiedy w ogóle zaczęliśmy zwracać uwagę na to, co tym naszym zainteresowaniem  w podróży jest. W Irlandii widzieliśmy kilka starych okazałych zamków, w drodze do Chorwacji całkiem przypadkiem przejechaliśmy się widokową alpejską trasą na Grossglockner, jedną z piękniejszych tras europejskich. W Chorwacji zobaczyliśmy Split, Dubrownik i ruiny starożytnej Salony. Tak zaczęły kiełkować dwie nasze podróżnicze pasje: historia i górskie panoramy.

Nigdy wcześniej te pasje nie dały u nas o sobie znać – zostały rozbudzone podczas pierwszych podróży i skierowały nasze myślenie o wyjazdach całkiem na inne tory. To, że dziś u nas na blogu możecie zobaczyć mnóstwo miejsc w całej Europie, opisywanych właśnie pod kątem związanych z nimi historii, to właśnie wynik stopniowej ewolucji naszych podróży i pasji z nimi związanych. Te pasje to niewątpliwie jedna z fajniejszych rzeczy, jakie dostaliśmy od życia w trakcie naszych wyjazdów.

Kolejny etap ewolucji naszego planowania podróży to kolejne dwa wakacyjne wyjazdy – oba do Hiszpanii. Najpierw do Andaluzji (Marbella), a potem na wschodnie wybrzeże (Javea). To były pierwsze wyjazdy, w trakcie których zaczęliśmy myśleć o drodze do miejsca docelowego jako kolejnej okazji do zobaczenia nowych miejsc. Już nie planowaliśmy najkrótszej możliwej trasy, a szukaliśmy takiej, podczas której przejedziemy przez interesujące nas miejsca. Nasz podróżniczy „risercz” nie był wtedy jeszcze zbyt rozwinięty, ograniczaliśmy się do zainteresowania miastami, w których wyznaczaliśmy sobie noclegi.

Trasa pomiędzy tymi punktami nas jeszcze wtedy nie interesowała. Tryb podróży był prosty: dojechać do interesującego miasta, przespać się w hotelu, z rana pozwiedzać najważniejsze punkty, a potem w samochód i do kolejnego punktu. Tym sposobem obie hiszpańskie podróże rozwinęły się do 4-tygodniowej eskapady. Tydzień jazdy, dwa tygodnie na miejscu i tydzień z powrotem.

Chamonix-Mont Blanc, widok na Mont Blanc z górnej stacji kolejki Aquille du Midi

Chamonix-Mont Blanc, widok na Mont Blanc z górnej stacji kolejki Aquille du Midi

Austria, widokowa alpejska trasa na Grossglockner

Austria, widokowa alpejska trasa na Grossglockner

Wtedy też rozpoczęło się także zwiedzanie „na poważnie” także w miejscu docelowym. Wykształciliśmy sobie z dziećmi model 1-1. Jeden dzień zwiedzania, jeden dzień na plaży (lub w basenie czy innym jacuzzi). Ten model stosujemy do dziś. Tym sposobem np. podczas pobytu w Turcji w 2013 r. (tym przykładem będziemy się posługiwać ciągle w naszej opowieści o planowaniu) zjeździliśmy okolice bliższe i dalsze (Bodrum, Pamukkale, Afrodyzja, wąwóz Saklikent, plaża Patara itp.). Trasy przejazdu też były już przemyśliwane pod kątem atrakcji zarówno dla nas dorosłych, jak i dla dzieci.

No i na poważnie zaczęliśmy podchodzić do planowania tego, co chcemy w każdym z odwiedzanych miejsc zobaczyć. Już nie tylko planowaliśmy trasę, ale także zaznaczaliśmy na mapach miejsca, które chcemy odwiedzić. Jechały z nami więc także screeny z map Google’a, z planów poszczególnych miast, z zaznaczoną listą miejsc do zobaczenia.

Od 2013 r., czyli od wakacyjnego wyjazdu do azjatyckiej części Turcji, planowanie weszło na jeszcze „wyższy” poziom – zaczęliśmy planować także atrakcje do zobaczenia pomiędzy punktami noclegowymi. Czyli nie tylko miasta, w których śpimy, bo tak wypada nam trasa, ale także trasy pomiędzy nimi i wszystko, co da się zobaczyć po drodze. Zaczęliśmy docierać samochodem w miejsca, do których bez niego dostać się ciężko lub trzeba poświęcić na to dużo czasu ze względu na ograniczenia w transporcie publicznym.

To już inny poziom planowania, bo wraz z naszymi doświadczeniami i potrzebami rośnie też ilość czynników, które trzeba uwzględnić. To już nie tylko jazda do punktu B, to już nie tylko potrzeba określenia odpowiednich odległości pomiędzy punktami noclegowymi. Jeśli w grę wchodzi zwiedzanie pomiędzy nimi, to trzeba to uwzględnić w planach i nie zakładać zbyt dużych odległości do pokonania w jeden dzień.

Pamukkale, wielbiciele "upiększającego" błotka

Pamukkale, wielbiciele „upiększającego” błotka

Afrodyzja, tetrapylon, brama miejska

Afrodyzja, tetrapylon, brama miejska

Do tego wszystkiego dochodzi kilka innych czynników. Podróż z dziećmi to częstsze postoje, posiłki, toalety itp. To potrzeba zapewnienia także im atrakcji, bo dla nich też podróż ma być przyjemnością. To pamiętanie, że najczęściej w poniedziałki atrakcje turystyczne czy muzea lubią być zamknięte i nie warto na ten dzień ich planować. No a jak chce się zwiedzać pod kątem historii, to dodatkowo warto byłoby przed wyjazdem jeszcze trochę poczytać, żeby mieć świadomość historii i wagi miejsc, które planujemy zobaczyć.

Oczywiście życie często nasze plany weryfikuje. I to są nasze kolejne doświadczenia. Przeładowanie trasy pomiędzy dwoma noclegami powoduje to, że część punktów trzeba pomijać. Czasem utkniemy na granicy, co też nie jest wliczone w plan. Czasem wyjedziemy z któregoś miast później niż zakładaliśmy, bo okaże się ono wyjątkowo interesujące. Nie da się zaplanować wszystkiego, ale zawsze pominięte miejsca dają pretekst, by pojechać tam jeszcze raz. Do innego celu, inną trasą, ale tak, by nadrobić coś, co nie dało się zobaczyć podczas wcześniejszego wyjazdu. Często ostatnio tak bywa u nas, że kolejne wyjazdy to „dodatki” do poprzednich – jedziemy do miejsc, które pominęliśmy.

Jeśli jeszcze nie zanudziliśmy Was naszą życiową historią podróżowania, to zapraszamy do tej ciekawszej części, czyli opowieści o tym, jak to właściwie jest z tym planowaniem u nas. Od czego zaczynamy, co bierzemy pod uwagę, czego nauczyliśmy się przez lata długich podróży samochodowych przez Europę. Jak nasze planowanie rozwinęło się wraz z naszymi podróżniczymi pasjami. Z mnóstwem przykładów i anegdotek z naszego wędrowniczego odcinka życia.

Etap I – miejsce docelowe

Prawie każda nasza długa wakacyjna podróż przez Europę (nazwana przez nas „Tour de Europe”) to podróż z dziećmi. Stąd też utrwalony schemat: miejsce docelowe to południowe wybrzeże, z ciepłym morzem i plażami. I pobyt tam przez minimum tydzień. To czas dla rodziny – wakacje mają być dla każdego. Droga dojazdowa i powrotna to już szaleństwo zwiedzania, ale także punkt docelowy ma być w miejscu, gdzie można coś zobaczyć. Na tym etapie kupujemy zazwyczaj po prostu przewodnik po wybranym kraju czy regionie i patrzymy, gdzie można się ulokować, by było się gdzie kąpać i coś zwiedzić.

Wybór celu wyjazdu to sprawa bardzo indywidualna. Generalnie zawsze na początek będziemy polecali Chorwację – bo to najbardziej „cywilizowany” z krajów bałkańskich, z ciepłym morzem i stosunkowo niedalekim i wygodnym dojazdem z Polski. Do Chorwacji co roku samochodami podróżuje masa Polaków i nie jest to zbyt wymagające przedsięwzięcie. Ta stosunkowo niewielka odległość to też mniejsze koszty dojazdu i krótszy jego czas. A najważniejszymi czynnikami „praktycznymi” przy wyborze celu są u nas zawsze: dostępny czas na wyjazd i jakiś rozsądny budżet wyprawy.

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka pod Marbellą

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka pod Marbellą

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka w Javei

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka w Javei

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka w Javei

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka w Javei

Można wybrać też np. Grecję. W 2014 r. spędziliśmy na greckim wybrzeżu 8 dni, w obie strony dodatkowo zwiedzając Bałkany – cała podróż zajęła nam raptem 17 dni (była to najkrótsza z naszych „paneuropejskich” podróży wakacyjnych). Jeżeli pracujecie na etacie i dysponujecie „ustawowym” urlopem, warto zastosować kilka prostych tricków, by wydłużyć czas wolny na podróż.

Podstawowa zasada – wyjeżdżamy w piątek (lub sobotę rano), wracamy w niedzielę. Tym sposobem biorąc np. trzy tygodnie urlopu (15 dni roboczych), mamy do dyspozycji 23 dni na wyjazd. Druga zasada – urlop można dodatkowo ograniczyć, biorąc go na okres, w którym wypadają święta państwowe i dni ustawowo wolne od pracy. Takim dniem w wakacje jest np. 15 sierpnia – jeśli wypadnie w dzień roboczy, potrzebujemy o jeden dzień urlopu mniej.

U nas najczęściej na tym etapie rozstawiamy sobie 2-3 możliwości, różne kierunki potencjalnej podróży. Takie, które spełniają założenia: ciepłe, plaże, atrakcyjna historycznie okolica i w zasięgu dostępnego czasu. Dla przykładu w 2013 r. wybieraliśmy pomiędzy Portugalią, południowymi Włochami i okolicami Bodrum w Turcji – Włochy odpadły na etapie przemyśliwania budżetu. Na tym etapie budżet to sprawdzenie kosztów pobytu na miejscu, czyli np. wynajęcia pokoju w hotelu czy apartamentu na wymarzone 2 tygodnie. Ten jeden czynnik może spowodować, że odechce się Wam jechać np. w okolice Neapolu, gdzie koszt apartamentu dla 5 osób raczej nie schodził poniżej 10 tys. PLN za 14 dni w sierpniu. Dwie pozostałe lokalizacje przeszły do kolejnego etapu :

Etap II – trasa marzeń

Ten etap ostatecznie weryfikuje u nas plany, dotyczące celu podróży. O ile etap pierwszy to bowiem etap marzeń, to drugi sprowadza planowanie na ziemię. Tu wchodzą dwa elementy:

  • wybór konkretnego regionu kraju, przede wszystkim wyszukanie konkretnego noclegu, sprawdzenie jakie atrakcje znajdują się w zasięgu jednodniowej wycieczki samochodem;
  • długość trasy do tego miejsca, warte uwagi miejsca po drodze;

Pierwsze nasze wyjazdy skierowane były na zachód. Wiecie, ten spokojny, przewidywalny, obłożony przepisami zachód, gdzie można czuć się bezpiecznie, gdy się zaczyna podróżnicze przygody. Mogło być daleko, ale miały być autostrady, duże miasta, cywilizacja itp.

Fragment naszej podróżniczej biblioteczki

Fragment naszej podróżniczej biblioteczki

Troja, koń trojański

Troja, koń trojański

Bergama, starożytny Akropol, niezwykle widowiskowy teatr

Bergama, starożytny Akropol, niezwykle widowiskowy teatr

Efez, Wielki Teatr

Efez, Wielki Teatr

Dla opisywanego wyżej przykładu z 2013 r., gdy wybieraliśmy pomiędzy Portugalią i Turcją, tu właśnie Portugalia poległa. Nie dlatego, że gorsza, ale dlatego, że dwa poprzednie lata jeździliśmy do Hiszpanii i ten kierunek nieco nas już znużył. Poczuliśmy się też na tyle pewnie, że zamarzyły się nam te mniej „cywilizowane” rejony Europy. Poczuliśmy tzw. „bałkański zew”.

Nie bez znaczenia były ceny i warunki noclegowe, z dużą korzyścią dla Turcji, gdzie niedaleko Bodrum znaleźliśmy willę z prywatnym basenem na prywatnym osiedlu w cenie, o której w Portugalii można sobie tylko pomarzyć. Szalę przeważyły atrakcje w okolicy, a przede wszystkim samo to, że dojeżdżając do Bodrum, w samej Turcji mamy takie „tuzy” turystyczne, jak Troja, Pergamon czy Efez. W tym momencie Turcji nikt nie był nam w stanie wybić z głowy. Klamka zapadła – pierwsze etap zamknięty – rezerwujemy wakacyjne miejsce.

Czas na rozpoczęcie planowania trasy. Jak to wygląda u nas ? Odpalamy Google Maps i sprawdzamy najkrótszą trasę do wymarzonego celu. Nigdy jednak nie jest to nasza trasa przejazdu, bo ta wzbogacana jest o miejsca, które chcielibyśmy zobaczyć – a te często nawet nie leżą obok niej.

I tu trzeba zrobić jakieś teoretyczne założenia. Zakładamy więc, że jedziemy przez Bośnię, Czarnogórę, Albanię i Grecję, a wracamy przez Grecję, Bułgarię, Macedonię i Serbię. Na obie trasy mamy po około 8 dni (ale w tym jest też spory kawałek Turcji). Z reguły mamy jakieś wstępne założenia. W 2013 r. w drodze do Turcji wymarzyły nam się Bałkany. W szczególności pogranicze chorwacko-bośniackie (fascynacja historią wojny domowej w Jugosławii) no i ta wymarzona Albania, bez konkretnych na razie punktów.

Mapy Google'a - najkrótsza trasa do Bodrum

Mapy Google’a – najkrótsza trasa do Bodrum

Mapy Google'a - nasza faktyczna trasa do Bodrum (1000 km dłuższa od tej najkrótszej)

Mapy Google’a – nasza faktyczna trasa do Bodrum (1000 km dłuższa od tej najkrótszej)

I tu zaczyna się zabawa. We wszystkich tych krajach znajdujemy najważniejsze atrakcje turystyczne. Najnormalniej w świecie wchodzimy w Google’a, wpisujemy np. „Albania co warto zobaczyć” i czekamy co też nam się pokaże na stronach pokazanych przez wyszukiwarkę. Miejsca nas interesujące nanosimy na mapę.

Powstaje pierwsza wersja – jeszcze nie trasy – bardziej „listy marzeń” w drodze do (i „z”) celu. Z reguły lista ta „nie trzyma się kupy” – wybrane punkty czasem sobie przeczą i nie da się ich objechać, bo kręcilibyśmy pętle, zamiast zmierzać jednak ku miejscu docelowemu. Czas więc na uporządkowanie i wybranie trasy faktycznej. W obie strony.

Etap III – trasa faktyczna

Mieliśmy już wymarzone kierunki, które sprowadziliśmy do jednego wybranego. Teraz mamy wymarzone punkty w drodze do wybranego kierunku – znów trzeba marzenia sprowadzić do dającego się zrealizować planu. To jest najmniej przyjemny etap, bo niestety polega na eliminacji części punktów, które nie pasują do trasy.

Tu jeszcze czasem wplata się dodatkowy element – termin podróży. Z reguły nie jest on istotny, chyba że chcemy być w określonym miejscu na trasie w konkretnym terminie. Tak było w 2012 r. gdy jechaliśmy na Costa Brava do Hiszpanii, ale wcześniej chcieliśmy być 6 lipca w Pampelunie – bo 7 lipca z rana odbywa się tam słynna gonitwa z bykami ulicami miasta. Wtedy planowanie drogi dojazdowej zaczynaliśmy właśnie od Pampeluny – najpierw w tył (kolejne punkty trasy z Polski), a potem w przód (na Costa Brava).

Na czym polega „klejenie” trasy z posiadanej już mapy wymarzonych punktów w poszczególnych państwach, przez które ma przebiegać trasa ? Generalnie to dość proste – wybieramy trasę tak, by pomiędzy poszczególnymi punktami trasa nie zajmowała więcej niż 5-6 godzin jazdy samochodem. To daje niemal pewność, że rano zwiedzimy dane miejsce, a lekko po południu wyjedziemy do kolejnego, po drodze zwiedzając inne atrakcje (których będziemy szukać w następnym punkcie) i dojedziemy przy zapadającym zmierzchu, ale jeszcze nie po ciemku (w czasie wakacji zmierzch zapada późno, dzień jest długi).

Jeśli wiemy, że mamy mniej więcej 8 dni czasu w każdą stronę, to „konstruujemy” naszą trasę tak, żeby zmieścić się w 8 noclegach. Zaczynamy od wyjazdu z Polski – tu niemal zawsze zakładamy pierwszy dzień jako „skok” – z Polski jedziemy od razu na pogranicze chorwacko-bośniackie (ok.1000 km) i jeszcze tego samego dnia zwiedzamy byłe obozy zagłady na tym terenie (ciągle trzymamy się konkretnego przykładu wyjazdu do Turcji w 2013 r.). Jeśli – tak jak w tym przypadku – atrakcja nie znajduje się w żadnym mieście, nocleg planujemy w najbliższym większym – w tym przypadku była to Banja Luka, już w Bośni.

Mostar, most - symbol miasta, odbudowany w 2004 r. po zburzeniu go przez Chorwatów w 1993 r.

Mostar, most – symbol miasta, odbudowany w 2004 r. po zburzeniu go przez Chorwatów w 1993 r.

Kotor, widok na Bokę Kotorską z twierdzy

Kotor, widok na Bokę Kotorską z twierdzy

Apollonia, widok na Bouleuterion ze wzgórza (Quote 104), stoliki restauracji

Apollonia, widok na Bouleuterion ze wzgórza (Quote 104), stoliki restauracji

Çanakkale, koń trojański z filmu "Troja" na nadmorskiej promenadzie

Çanakkale, koń trojański z filmu „Troja” na nadmorskiej promenadzie

I dalej poruszamy się wg schematu – kilka godzin jazdy i następny postój w jednym z miejsc z listy marzeń. Tak wychodzi nam trasa: Banja Luka (Bośnia) – Mostar (słynny most, Bośnia) – Kotor (zabytkowe miasto nad Zatoką Kotorską, Czarnogóra) – Durres (plaże, Albania) – Saranda (blisko starożytnego Butrintu, Albania). Grecję sobie odpuszczamy – planujemy tu kiedyś przyjechać jako do celu wakacyjnego, planujemy tylko jeden nocleg w Salonikach (dużo zabytków). Na część turecką zostawiamy sobie trzy noclegi: Canakkale (przed zwiedzaniem Troi), Ayvalik (przed zwiedzaniem Pergamonu) i Izmir (ostatni nocleg, następnego dnia przed dojazdem do Bodrum zwiedzanie Efezu).

Odpadły nam nie pasujące do tej trasy m.in. Sarajewo (Bośnia, zwiedzone w 2014 i 2015 r.), Srebrenica i Wiszegrad (Bośnia, zwiedzone w 2015 r.), monaster Ostrog (Czarnogóra, zwiedzone w 2015 r.) czy Berat (Albania, zwiedzone w 2015 r.). Dokładnie ten sam schemat stosujemy w przypadku planowania podróży powrotnej. Całą podróż do Turcji i z powrotem możecie prześledzić tutaj. Ten etap ma konkretny efekt – mamy wyznaczone punkty noclegowe – rozpoczynamy więc rezerwacje miejsc noclegowych w hotelach czy pensjonatach.

Etap V – rezerwacja noclegów

Bardzo lubimy ten moment, bo spina on kończącą klamrą wszystkie nasze oczekiwania, dotyczące wakacyjnego wyjazdu. Mamy już swoją optymalną trasę, z grubsza znamy najważniejsze miejsca, które zobaczymy. Rezerwacja spania daje ten psychiczny komfort – mamy zaplanowane wakacje. Resztę możemy zrobić w dowolnym czasie – nikt już nam wyjazdu nie zabierze.

Na ogół jesteśmy wiernymi użytkownikami booking.com. Jakoś tak przyzwyczailiśmy się do tego, że serwis ten sprawdza się w praktyce, złożone rezerwacje są raczej pewne. Szczególnie polegamy na systemie ocen, stosowanym przez ten serwis, opartym na opiniach użytkowników – realnych gości hoteli i pensjonatów, które znajdują się tam w ofercie. Serwis ten bowiem przyjmuje opinie wyłącznie od użytkowników, którzy za jego pośrednictwem dokonali rezerwacji. Dodatkowo są to opinie świeże – na ich zapisanie klienci mają 28 dni od daty opuszczenia danego miejsca. Zdarzało nam się rezerwować hotele w innych serwisach – szczególnie w tych droższych lokalizacjach (np. Norwegia, Szwecja, w innych serwisach można poszukać kodów rabatowych, booking.com ich nie stosuje. Za to booking.com stałych klientów nagradza przypisaniem do programu „Genius”, dającego dodatkowe rabaty). Wszędzie trafiały nam się od czasu do czasu przygody, ale nie zawinione przez serwis. O tym za chwilę.

Na co zwracamy uwagę przy wyborze miejsca noclegowego ? Oczywiście przede wszystkim na cenę. Kiedyś ważnym kryterium było też położenie maksymalnie blisko centrum. Wyjazd do Turcji był ostatnim, podczas planowania którego trzymaliśmy się tego kryterium. Ideą było zaoszczędzenie czasu – hotel czy pensjonat w centrum daje to, że wychodzisz z niego i jesteś wśród najważniejszych atrakcji miasta. Nie trzeba się przemieszczać, tracić czasu, szukać transportu miejskiego czy podjeżdżać samochodem i szukać parkingu, najczęściej w centrum płatnego. Słowem – wygoda.

Albania, Durres. Piętrowe łóżko w hotelu Bellavista (hotel ***)

Albania, Durres. Piętrowe łóżko w hotelu Bellavista (hotel ***)

Śniadanie z turecką herbatą w hotelu w Ayvalik

Śniadanie z turecką herbatą w hotelu w Ayvalik

Rożen, winiarska piwnica w hotelu Dinchova Kushta

Rożen, winiarska piwnica w hotelu Dinchova Kushta

Nie trzymaliśmy się tego warunku sztywno, ale była to nasza wyraźna preferencja. Do noclegu w greckich Salonikach w drodze do Turcji, kiedy to obsługa hotelu dość wyraźnie uszkodziła nam samochód podczas parkowania go na parkingu podziemnym. Więcej znajdziecie tutaj. Przy następnych wyjazdach już luźno podchodziliśmy do kryterium położenia w centrum. Z reguły bowiem hotele w centrum parkingi mają małe, ciasne, a czasem są to po prostu miejsca przy ulicy przebiegającej przed hotelem. Czasem w ogóle nie da się znaleźć hotelu w centrum z parkingiem, bo centrum jest w danym miejscu strefą zamkniętą.

Parking jednak pozostał podstawowym naszym wymaganiem. Naprawdę rzadko zdarza się nam rezerwować miejsce noclegowe w miejscu, które wyraźnie nie pisze, że ma własny, prywatny parking, i to bezpłatny (znaczy wliczony w cenę noclegu). Jeżeli czytaliście nasz wpis o roli samochodu w naszych podróżach, to wiecie już, że dbamy o nasz pojazd jak o członka rodziny i nie zostawiamy go w obcym miejscu na noc bez opieki. To zdecydowanie daje komfort psychiczny w trakcie długiej podróży, szczególnie w miejscach, co do których mamy wątpliwości dotyczące bezpieczeństwa auta.

Drugie nasze wymaganie to bezpłatne WiFi. Ważne na kilku płaszczyznach. Dla nas, dorosłych, to przede wszystkim możliwość kontaktu z rodziną (zawsze zostawiamy w Polsce psa, czasem zostają niektóre dzieci – kontakt jest zawsze potrzebny), szczególnie w krajach, nie objętych „promocyjnym” roamingiem w ramach Unii Europejskiej. W obrębie UE mamy mniejszy problem z racji posiadania odpowiedniej opcji abonamentowej u jednego z polskich operatorów telefonii komórkowej (więcej o tym już w następnym wpisie z tej serii – będzie właśnie o internecie i aplikacjach przydatnych w podróży). Od kiedy blogujemy – daje to też możliwość relacjonowania na bieżąco naszej podróży, przynajmniej na kanałach społecznościowych. Z zasady bowiem nie blogujemy podczas podróży – jest ona na tyle intensywna, i cała dla nas, że nie chcemy zbywać Was, naszych czytelników, pobieżnymi kilkoma zdaniami z trasy.

No i wreszcie – WiFi jest dla naszych dzieci. W dzisiejszych czasach dzieci internetem żyją i może i da się, ale nie chcemy ich odrywać od „cywilizacji” w czasie wyjazdów. Zawsze jadą z nami w samochodzie komórki i komputer – dzieciaki mogą po ciężkim dniu pełnym zwiedzania odetchnąć przy „fejsie” lub pogadać z kolegami / koleżankami choćby na Skypie. Albo pograć w jakieś swoje gry, które też czasem wymagają dostępu do sieci. W końcu – czasem w trakcie naszych podróży trafiają się okazje szczególne, w tym sportowe, kiedy po prostu sportowa dusza wymaga oglądnięcia ważnego meczu. Bywało, że finał Mistrzostw Europy 2012 oglądaliśmy w Berlinie, finał Ligi Mistrzów 2015 w Helsinkach, a decydujący o naszym awansie na Euro 2016 mecz z Irlandią – na Cyprze.

Co jeszcze ? Istotne są godziny pracy recepcji. Preferujemy przybytki pracujące całodobowo. Bo nie jesteśmy w stanie do końca przewidzieć godziny dojazdu do poszczególnych punktów. Nie żebyśmy przyjeżdżali w środku nocy, ale minimum do 22-giej recepcja musi pracować. Druga rzecz z tym związana to godzina wymeldowania – niegłupio byłoby, żeby była ona w okolicach południa – wtedy rano wychodzimy z hotelu na zwiedzanie, zostawiając przy nim samochód, nie mając potrzeby wymeldowywania się, wyjeżdżania samochodem i szukania parkingu w mieście. Jemy śniadanie, idziemy zwiedzać, wracamy, „wymeldowywujemy się” i jedziemy dalej w trasę.

Ayvalik, hotel Kaptan, widok z balkonu, panorama Morza Egejskiego

Ayvalik, hotel Kaptan, widok z balkonu, panorama Morza Egejskiego

Rezerwowaliśmy przez lata podróży po Europie setki miejsc noclegowych w każdym zakątku Europy oraz w Brazylii, Turcji czy Gruzji. Przypadków negatywnych mieliśmy raptem trzy (nie licząc wspomnianego uszkodzenia samochodu w Salonikach). Booking.com kompletnie nie sprawdził się w Rio de Janeiro – tu więcej szczegółów. Podczas planowania podawanej tu jako przykład podróży do Turcji trafił się drugi przykład. Na tydzień przed naszym wyjazdem, już w szczycie sezonu turystycznego, anulował nam nocleg pensjonat nieopodal Kotoru w Czarnogórze. Jako powód podał remont drogi dojazdowej – kładą nowy asfalt. W szczycie sezonu ? W noc z soboty na niedzielę (akurat tak wypadał nam tam nocleg) ? Potem okazało się, że tej nocy w Kotorze odbywał się karnawał i goście walili wszędzie drzwiami i oknami – pewnie dało się na nich zarobić więcej, niż na rezerwacji na jedną noc, zrobionej pół roku wcześniej… Na szczęście znaleźliśmy inny sensowny nocleg przed wyjazdem z Polski.

Osobnym ale najbardziej jaskrawym przykładem jest kilkudniowy wylot w 2015 r. do włoskiego Neapolu. Jeśli trzymać się zasad – nasza wina – rezerwacja zrobiona w innym serwisie internetowym i nie sprawdzone przez nas warunki rezerwacji. Pensjonat wymagał mailowego potwierdzenia minimum na dzień przed przyjazdem, co jest na booking.com nie do pomyślenia. Efekt – po przylocie do Neapolu zostaliśmy bez noclegu – pensjonat anulował nasze miejsce i dał je innemu chętnemu. Tyle że: po pierwsze po co wymagane potwierdzenie, skoro pobyt został z góry opłacony ? Po drugie: pensjonat „zapomniał” nas o anulacji powiadomić.

Poza tymi nielicznymi przypadkami, rezerwacje noclegów robione przez nas z wyprzedzeniem zawsze się sprawdzały. Tu znów wracamy do pierwszego zdania w tym punkcie – znalezienie noclegów na wyznaczonej trasie kończy podstawowy etap planowania. Wiemy gdzie, wiemy którędy jedziemy. Wiemy gdzie śpimy. Luz.

Etap VI – szczegółowe plany poszczególnych punktów

Tu kończą się przyjemne strony planowania naszych podróży, a zaczyna się nużąca momentami praca. Tak, praca. Jeżeli chcecie wykorzystać w podróży czas do maksimum i nie spędzać go na studiowaniu map i przewodników turystycznych, musicie tę lekcję odrobić wcześniej. Każdy z wybranych przez nas w trakcie planowania trasy punktów noclegowych nie został wybrany przez przypadek. To z reguły miasto, w którym warto spędzić kilka godzin i poświęcić je na zwiedzanie. Nawet, jeśli jest to miasto wybrane dlatego, że jest najbliższe atrakcyjnemu miejscu, znajdującemu się poza nim (Banja Luka – bo blisko Prijedoru, Saranda – bo blisko Butrintu).

Tak wyglądają nasze plany. Plan atrakcji tureckiej Bursy

Tak wyglądają nasze plany. Plan atrakcji tureckiej Bursy

Tak wyglądają nasze plany. Plan zwiedzania pozostałości Muru Berlińskiego

Tak wyglądają nasze plany. Plan zwiedzania pozostałości Muru Berlińskiego

Tak wyglądają nasze plany. Plan zwiedzania pozostałości Muru Berlińskiego

Tak wyglądają nasze plany. Plan zwiedzania pozostałości Muru Berlińskiego

Tu już czytamy wszystko, co damy radę znaleźć. I drukowane przewodniki, i Wikipedię, i oficjalne serwisy danych miast, i inne blogi podróżnicze – najczęściej angielskojęzyczne. Zasada jest prosta – mamy kilka (4-5) godzin do wykorzystania i chcemy zobaczyć absolutnie wszystko, co da się zobaczyć w danym mieście. Jeśli miasto jest większe, ograniczamy obszar do starego miasta, a jeśli to metropolia z wieloma atrakcjami… rezerwujemy sobie na nią dwa dni. Tak, bywają w naszych podróżach miejsca, w których spędzaliśmy taki „niby-weekend”, czyli rezerwowaliśmy dwa noclegi na trasie. Tak było m.in. w Paryżu, Barcelonie czy Stambule. Ale akurat w tych miejscach i tydzień byłoby zbyt krótko…

Wszystkie znalezione w takich miejscach punkty warte uwagi nanosimy na screeny z planów danego miasta, wykonane z map Google’a (o tym też będzie we wpisie o aplikacjach używanych w podróży). Mapę każdego takiego miejsca noclegowego zapisujemy w Evernote. Nie wiecie co to Evernote ? Będzie też we wpisie o aplikacjach.

Na koniec tego punktu mamy już: cel wakacji, trasy w tę i z powrotem oraz plan zwiedzania dla każdego miejsca, w którym mamy nocleg. Jesteśmy więc na poziomie naszego doświadczenia z 2012 r. Ale przecież posługujemy się wciąż przykładem z 2013 r. No to rozwińmy nasze planowanie o kolejny etap:

Etap VII – atrakcje pomiędzy punktami noclegowymi

Z czasem po powrotach z naszych podróży okazywało się, że znajdowaliśmy na naszej trasie miejsca, obok których przejeżdżaliśmy. Może nie dosłownie, ale leżały kilkaset metrów – kilka kilometrów w bok od drogi którą przejeżdżaliśmy.Miejsca ważne historycznie, które z pewnością by nas zainteresowały. Miejsca, do których to właśnie my mogliśmy dojechać, ze względu na podróż własnym samochodem. Bywaliśmy w wielkich miastach, do których docierał każdy, a nieświadomie omijaliśmy miejsca, do których to my mogliśmy dotrzeć. Omijaliśmy przewagę swojego sposobu na podróż. Czas to zmienić.

Nie da się uniknąć inspiracji. W konkretnym przypadku podróży do Turcji, dwa jej odcinki to wynik zainspirowania podróżami innych. Informacje o Turcji i jej atrakcjach czerpaliśmy wtedy przede wszystkim z niewyobrażalnego źródła inspiracji, jakim jest serwis TurcjawSandałach. To nie blog, a niemal encyklopedyczny spis ważnych historycznie miejsc w Turcji. Odcinek turecki w 2013 r. to efekt niemal wyłącznie lektury tego serwisu.

Tak wyglądają nasze plany. Plan objazdu tureckiej Troady

Tak wyglądają nasze plany. Plan objazdu tureckiej Troady

Tak wyglądają nasze plany. Plan objazdu monasterów niedaleko Nowego Sadu (Serbia)

Tak wyglądają nasze plany. Plan objazdu monasterów niedaleko Nowego Sadu (Serbia)

Z kolei na serwisie Cro.pl – poświęconym jak nazwa wskazuje, Chorwacji – trafiliśmy wtedy na fascynującą relację z przejazdu wzdłuż… serbskiej części Dunaju. Tak fascynującą, że postanowiliśmy ją powtórzyć podczas powrotu z Turcji. Efekt możecie zobaczyć tutaj. Cała reszta naszej podróży to efekt wyłącznie naszej mrówczej pracy. Jak ona wygląda ?

Mamy już trasę. Mamy główne punkty zwiedzania, w których śpimy. Mamy zarezerwowane noclegi, mamy plany zwiedzania głównych punktów. Szczęście i ulga. A na deser – jeszcze bardziej mrówcza praca. Wertujemy przewodniki, szukając ważnych miejsc na trasie, pomiędzy punktami noclegowymi. Często musimy posiłkować się mapami Google’a, by zlokalizować je konkretnie na mapie, przewodnikom zdarza się zbyt ogólnie podawać dokładne miejsca położenia. A na koniec porzucamy teraz wszelkie przewodniki, Wikipedie i inne informatory. Na chwilę. Bierzemy w obroty wyłącznie mapy Google’a, a dokładniej opcję zdjęć w tychże mapach.

To jest etap, w którym przejeżdżamy wirtualnie całą przyszłą trasę naszej podróży na komputerze. Z większymi miastami na trasie postępujemy jak z tymi, w których śpimy – robimy własną mapkę atrakcji wewnątrz nich (bośniackie Jajce czy Trebinje, albańska Szkodra czy grecka Joanina). A dodatkowo każdy z odcinków przewijamy na mapach Google’a na dużym poziomie zbliżenia, przy włączonej opcji podglądu zdjęć z trasy. Ekran po ekranie przewijamy trasę wzdłuż drogi przejazdu, szukając na zdjęciach interesujących nas miejsc. Co może interesować ? Dosłownie wszystko – zapomniane ruiny czy nekropolie, piękne lokalne świątynie, niezapomniane panoramy. Rzeczy pomijane w przewodnikach, obejmujących najważniejsze i najpopularniejsze atrakcje. Miejsca, które jeszcze bardziej wzmacniają Wasze pasje w podróży.

Tym sposobem odkryliśmy m.in. nekropolię Radimlja w Bośni, ruiny miasta Svac i oryginalne stanowiska rybackie za Ulcinjem w Czarnogórze czy ruiny Bargylii tuż przy miejscowości w której spaliśmy w Turcji. Potrafimy już znaleźć np. mały starożytny rzymski kamienny mosteczek, leżący 4 km jazdy wąską drogą od głównej trasy, gdzieś w środku Czarnogóry. I też tam pojedziemy, a co 🙂

Etap VIII – informacje praktyczne

Planując trasę nie sposób pominąć tematu informacji praktycznych, dotyczących miejsc czy krajów na naszej trasie. Podstawa to oczywiście informacje o wizach – potrzebowaliśmy ich raz, właśnie w Turcji. Da się je załatwić i opłacić przez internet, więc problemu w zasadzie nie ma. Drukujemy wizę w domu na kartce i jedziemy.

Jeżdżąc po Europie samochodem w zasadzie nie przejmujemy się przepisami celnymi, tym co i ile można wwieźć czy wywieźć. Wieziemy maks kilka butelek wina czy jakiejś rakiji, często arbuzy czy melony, nikt o takie rzeczy na granicach się nie czepia. Obowiązkowo zabieramy paszporty, dbając o ich aktualność – minimum 6 miesięcy ważności do przodu od daty ostatniego dnia planowanej podróży.

Sprawdzamy obowiązujące na trasie waluty. Akurat te z Bałkanów czy Turcji są u nas tak egzotyczne, że nie opłaca się ich kupować w Polsce. Zabieramy więc zapas gotówki w euro, wymieniając jakąś sensowną kwotę (powiedzmy równowartość 200 PLN) najszybciej jak się da po wjechaniu do poszczególnych krajów (Bośnia, Albania, Serbia, Macedonia). Zawsze dobrze mieć przy sobie coś na czarną godzinę.

Tak wyglądają nasze plany. Plan wycieczek po Turcji podczas pobytu wakacyjnego (zrealizowany tylko częściowo)

Tak wyglądają nasze plany. Plan wycieczek po Turcji podczas pobytu wakacyjnego (zrealizowany tylko częściowo)

Jeżeli na trasie mamy dużą metropolię, w której z reguły spędzamy dwa dni, warto też poszukać informacji o często stosowanych kartach turystycznych, uprawniających często do darmowej komunikacji miejskiej i wejść do najważniejszych muzeów czy innych atrakcji turystycznych. Akurat w Turcji w 2013 r. takie karty dostępne były wyłącznie dla obywateli tureckich, ale dobrym przykładem może tu być np. Paryż, który odwiedziliśmy w 2012 r. podczas podróży do Hiszpanii.

W Paryżu istnieje tzw. „Paris Museum Pass”, karta turystyczna, wykupywana na 2, 4 lub 6 dni. Uprawnia ona do darmowego wstępu w czasie jej ważności do topowych atrakcji (m.in. Luwru, muzeum d’Orsay, katedry Notre Dame czy Wersalu), w zasadzie zwraca się po odwiedzeniu trzech miejsc. A przede wszystkim daje prawo wejścia bez kolejki do kasy – nie trzeba mówić, jakie ogonki są np. przed Luwrem w szczycie sezonu turystycznego.

To samo dotyczy transportu miejskiego. W Paryżu można wykupić bilet „Paris Visit” na 1,2,3 lub 5 dni i jeździć całym transportem miejskim przez wykupiony czas. Co najlepsze – karty Paris Museum Pass można kupić z Polski przez internet i podać adres hotelu w którym będziemy mieszkać – zostanie ona tam dostarczona w dniu naszego przyjazdu. Dokładnie tak zrobiliśmy i… zapomnieliśmy 🙂 Zaskoczył nas recepcjonista w paryskim hotelu, który przy zameldowaniu wręczył nam czekającą na nas kopertę z kartami.

Etap IX – niespodzianki w podróży

Możemy sobie planować wszystko do ostatniego szczegółu, a i tak trafiają się niespodzianki podczas wyjazdów. Czasem są wynikiem dziur w tym planowaniu, a czasem po prostu nie da się ich przewidzieć.

Sztandarowym naszym przykładem słabego planowania, które skończyło się przyjemną niespodzianką, jest nasz wylot do Rio de Janeiro w lutym 2012 r. Na promocję lotów do Rio trafiliśmy podczas wakacyjnej podróży do Hiszpanii w 2011 r. Rezerwowaliśmy bilety siedząc w hotelu we włoskiej Weronie. Termin wybraliśmy tak, żeby wypadł w ferie zimowe naszych dzieci – miały pojechać do rodziny na czas wylotu dwójki rodziców. No to wybraliśmy ten termin (środa – środa, tak aby w środku pobytu wypadł nam weekend) i odłożyliśmy temat do powrotu do Polski.

Chyba nie jesteście w stanie wyobrazić sobie naszego zaskoczenia, kiedy już w Polsce zaczęliśmy szukać informacji co w tym Rio warto zobaczyć i dowiedzieliśmy się, że akurat w ten jeden jedyny weekend, który spędzimy w Rio, odbywał się tam będzie… słynny karnawał ! 🙂 Tak – na karnawał w Rio polecieliśmy całkowicie przypadkiem i niechcący 🙂 Karnawałowe parady widzieliśmy zresztą w kilku innych miejscach – w czarnogórskim Kotorze, na Malcie czy w… Helsinkach – za każdym razem nie mieliśmy o tym pojęcia, gdy wyjeżdżaliśmy.

Monachium, Allianz Arena - Cristiano Ronaldo

Monachium, Allianz Arena – Cristiano Ronaldo

Helsinki, parada karnawałowa

Helsinki, parada karnawałowa

Inna anegdotka. Francuskie Chamonix-Mont Blanc, przyjeżdżamy bardzo późno do hotelu, przed wejściem do pokoju bierzemy ot tak mapkę miasteczka. Dzieci spać, a my przy piwku otwieramy mapkę i… okazuje się że w Chamonix jest jedna z najwyższych na świecie kolejek linowych, wioząca niemal na wysokość 4000 m, skąd można oglądnąć sobie panoramę Alp ze szczytem Mont Blanc na czele. A my tylko chcieliśmy zobaczyć ten szczyt z hotelowego okna… Rano więc dzieci jeszcze śpią, a my dorośli biegiem do kolejki – obróciliśmy na górę i z powrotem zanim trzeba było się wymeldować z hotelu – i mamy jedne z najbardziej niezapomnianych wspomnień i zdjęć z podróży.

I jeszcze inna. Nocleg w małej wsi pod Monachium podczas wyjazdu do Chorwacji (2010 r.). Na kilka dni przed wyjazdem przypadkiem dowiadujemy się (chyba z telewizji), że dokładnie tego wieczoru w Monachium będzie towarzyski mecz Bayernu z Realem Madryt. Podjeżdżamy pod Allianz Arena „na wariata” i… udaje się kupić bilet od konika. Tak zaliczyliśmy pierwszy nasz mecz w Monachium (później byliśmy tam też na meczu z Barceloną). Dzień później w ostatniej chwili zauważyliśmy, że tuż obok naszej trasy przejazdu leży przepiękna, widokowa trasa na Grossglockner w Austrii. Szybka zmiana trasy przejazdu i znów jedne z piękniejszych widoków w naszych podróżach.

Pewnie dziś kilka z tych rzeczy odkrylibyśmy wcześniej, trochę nasze planowanie się jednak zmieniło przez ten czas, ale to pokazuje, że oprócz głowy, trzeba mieć też choć odrobinę szczęścia w podróży.

Etap X – i tak się nie uda…

Żeby nie było, że wszystko sobie tak planujemy, a dodatkowo spadają na nas przyjemne niespodzianki i dodatkowe atrakcje – często bywa też w drugą stronę. Nie da się przewidzieć wszystkiego. Najczęściej plany burzą nam korki na granicach, szczególnie tych bałkańskich. Teraz już staramy się je założyć w planach, ale bywało i tak, że stojąc po 2-3 godziny na przejściach granicznych, musieliśmy rezygnować z części atrakcji po drodze, bo zastawał nas zapadający zmrok.

Zdarza się też często, że plany mamy przeładowane i w praktyce okazuje się, że nie da się ich fizycznie zrealizować. Tak bywało podczas podróży do Turcji – odpuściliśmy m.in. bośniacki Travnik (zwiedzony w 2015 r.), czarnogórski Ulcinj (także odłożony do 2015 r.) czy albańską Szkodrę (w 2014 r.) po korku na granicy Czarnogóry z Albanią.

Granica kosowsko-albańska

Granica kosowsko-albańska

Stambuł, korek na autostradzie

Stambuł, korek na autostradzie

A czasem psikusa płata nam los. Największego spłatał nam właśnie w 2013 r., kiedy to po drodze padło nam w samochodzie chłodzenie i sporo miejsc odpuściliśmy, bo nie byliśmy w stanie do nich dojechać.

A co, jeśli jedziemy bez planu ?

Była wśród naszych wyjazdów jedna podróż pod względem planowania wyjątkowa – kwietniowa podróż wzdłuż Dunaju w 2015 r. Zorganizowana niemal w ostatniej chwili, niemal w ostatniej chwili była też decyzja, że będzie to wzdłuż Dunaju. Pojechałem na nią samotnie, mając zaplanowany wyłącznie niemiecki odcinek wzdłuż rzeki. Dalej była totalna dziura – a nie zabierałem ze sobą komputera.

Trzeba było sobie więc radzić „po harcersku” – wieczorami śpiąc w samochodzie planowałem dalsze dni przejazdu na… Kindlu. Tak, na czytniku ebooków. W jaki sposób spytacie ? Otóż Kindla da się kupić w wersji 3G, czyli z wbudowaną kartą SIM i ma on wtedy dostęp do internetu. I działa on niemal wszędzie w Europie – bez absolutnie żadnych kosztów przesyłu danych. Bardzo ograniczony – można we wbudowanej przeglądarce internetowej czytać wyłącznie jeden serwis – ale za to jaki przydatny – to Wikipedia. Ślęczałem więc z mapą Dunaju otwartą na komórce w jednej ręce i na Wikipedii czytanej na Kindlu w drugiej. Każde znalezione na mapie miasteczko na trasie „lustrowałem” w Wikipedii (angielskiej, niemieckiej, nieważne – w komórce jest też translator). Da się ? Da – przejechałem niemal cały Dunaj i naprawdę niewiele miejsc znalazłem potem, które mogłem zobaczyć, a pominąłem.

Tak wyglądają nasze plany. Donaueschingen, niemieckie miasto gdzie z połączenia dwóch rzek powstaje Dunaj

Tak wyglądają nasze plany. Donaueschingen, niemieckie miasto gdzie z połączenia dwóch rzek powstaje Dunaj

Podsumowanie

Można taki sposób planowania polubić lub nie, tak samo jak nasz sposób podróżowania. Nam sprawia to olbrzymią satysfakcję i uwalnia od chodzenia w ciemno lub planowania już na miejscu. Oszczędza nam czas w podróży i daje komfort poruszania się niemal „w ciemno” w miejscach, do których przyjeżdżamy. Wieziemy ze sobą mapki z zaznaczonymi hotelami, parkingami i wartymi zobaczenia atrakcjami.

Czasem plan przeładujemy, czasem czegoś nie zauważymy, czasem odwrotnie – na miejscu znajdziemy coś, czego nie planowaliśmy. Zdarza się nam zmieniać plany w trakcie podróży. Ale raz zrobiony porządny „risercz” procentuje w kolejnych podróżach. Po miejscach, które zaznaczyliśmy sobie w 2013 r. jako warte zobaczenia, podróżujemy do dziś – na Bałkanach byliśmy już trzykrotnie. Te miejsca, które nie zmieściły się nam na trasie w 2013 r., składamy w trasy kolejnych wakacyjnych wyjazdów. Wszystkie zapiski poczynione w 2013 r. przydały się nam w kolejnych wyjazdach – dzięki temu ich planowanie było dużo szybsze.

 

Inne wpisy z: Podróżnicze zaplecze

Macedonia, rakija, którą poczęstowali nas gospodarze na przywitanie

"Kofi, dżus, rakija?". Takim pytaniem witał nas pewien czarnogórski gospodarz w pewnym pięknym miasteczku nad Boką Kotorską. Pytał nas o to konsekwentnie za każdym razem, gdy wychodziliśmy z pokoju, nawet tuż po przebudzeniu o 7-mej rano. A przecież my za chwilę wyjeżdżaliśmy w dalszą drogę...

Evernote na komputerze, tu plan podróży po północnej Chorwacji (2015)

Kontynuujemy nasz mini-cykl o kwestiach, związanych u nas z podróżowaniem, a nie będących bezpośrednio "esencją" podróży. Tym razem będzie o tym, jak i do czego wykorzystujemy internet i tzw. nowoczesne technologie.

Boğaziçi, resort Lakeside Garden

Coroczny rytuał. Nadchodzi pewien zimowy lub wiosenny dzień, kiedy włącza się u nas myślenie - "co z wakacjami ?". I choć co roku ścieżka planowania bywa podobna, to jednak w miarę zwiększania się bagażu doświadczeń z lat poprzednich, planowanie robi się coraz bardziej zawiłe. Ale też coraz bardziej ekscytujące.

 

Samochód w podróży

Zawsze chcieliśmy o tym napisać. Opisujemy nasze podróże, zabytki, ciekawe miejsca, pstrykamy tysiące zdjęć. A nigdy nie było okazji wspomnieć dłużej o elemencie, bez którego naszych eskapad prawie by nie było. Będzie o samochodzie – cichym bohaterze tamBylskich.

Zaczynamy tym samym dłuższy ciąg artykułów „okołopodróżniczych” Postaramy się w nich przybliżyć kulisy naszych podróży – tego, co dzieje się pomiędzy nimi, albo w ich trakcie – ale nie widać tego na zdjęciach. A skoro nasze podróżowanie rozpoczęliśmy od wyjazdów samochodowych, z czasem coraz dalszych, to rozpoczniemy pisanie od wszystkiego, co z samochodem w naszych wyjazdach jest związane.

Jeśli zastanawiacie się nad dłuższym wyjazdem swoim samochodem przez Europę, to postaramy się Was do tego namówić. Pokażemy Wam, że żaden zakątek nie jest na tyle straszny, żeby bać się tam pojechać własnym autem. Pokażemy też, że da się jeździć lewą stroną, przesiąść na całkiem inny samochód, inną skrzynię biegów itp. I pokażemy też, co bierzemy pod uwagę, organizując nasze wyjazdy samochodowe. Aspektów jest sporo, stereotypów związanych z wyjazdem w „dzikie” (czyli te spoza UE) kraje pewnie jeszcze więcej. Ale tak naprawdę żaden kraj w Europie nie jest wystarczająco dziki pod względem zwyczajów na drodze, żeby bać się tam wjechać.

Tak się szczęśliwie złożyło, że ładnych kilka lat temu „nabyliśmy drogą kupna” naszego czterokołowego pupila. To były jeszcze czasy, gdy nasze wakacyjne wyjazdy ograniczały się do wyjazdu nad polski Bałtyk. I rola auta także była ograniczona – zawieźć, wysadzić i przywieść z powrotem do domu. Z czasem, gdy nasze podróże robiły się coraz dalsze i coraz bardziej przemyślane, samochód przestał być po prostu narzędziem do codziennego przemieszczania się po mieście – zaczęliśmy o nim myśleć w perspektywie kolejnych wyjazdów, co nieco zmieniło nasze podejście do niego.

Większość naszych podróży, za wyjątkiem lotniczych weekendówek w różnych miastach Europy, związana jest blisko z samochodem. Nie zawsze naszym własnym, bo gdy koszty przejazdu lub transportu samochodu w dane miejsce (Gruzja, Sardynia, Cypr, Malta) są zbyt duże lub odległość jest zbyt daleka, decydujemy się na wariant lotniczy z wynajęciem samochodu na miejscu. Czasem tylko nim jeździmy, czasem także w nim śpimy, zawsze jest naszym podróżniczym centrum dowodzenia w trakcie wyjazdów.

Butrint, prom na kanale Vivari

Butrint, prom na kanale Vivari

Albania, Pogradec, wjazd na wzgórze zamkowe

Albania, Pogradec, wjazd na wzgórze zamkowe

[Austria] Widokowa trasa alpejska na Grossglockner

Najwyższa góra Austrii – Grossglockner (3798 m n.p.m.) i najwyżej położona droga tego kraju (Hochalpenstrasse).

Wysokie Alpy francuskie

Wysokie Alpy francuskie

Wreszcie – dlaczego samochodem. Dlaczego nie rowerem, dlaczego nie autostopem ? Ot, każdy różne rzeczy lubi. I nie każda konfiguracja podróży nadaje się do takich opcji. Z reguły podróżujemy rodzinnie – 4 lub 5-osobowo, z dwójką lub trójką dzieci. Najmłodsze ledwie weszły w wiek „nastolatków” – to nie jest ten moment, żeby jechać z nimi przez Europę rowerem. Autostop w większej grupie to też słaba raczej opcja – złapanie stopa dla 5 osób z bagażami to też sztuka. No i te bagaże – spakowanie 5-osobowej rodziny do plecaków i noszenie potem tego wszystkiego na plecach przez trzy, cztery tygodnie też delikatnie jest w kontrze naszego wyobrażenia podróży. Nie wyjeżdżamy, żeby się umordować. Z plecakiem możemy wyjechać we dwójkę z żoną. A samochód to swoboda i wygoda – w naszym wieku te rzeczy są coraz bardziej cenne (tak, wiemy, że zabrzmiało to tak bardzo „starczo” :))

Wyjazd samochodem daje nam wolność. Nie musimy ograniczać się do miejsc, w które da się dojechać transportem publicznym. Daje nam możliwość zbaczania z głównych tras do miejsc, do których dojechanie autobusem nie jest możliwe, a łapanie stopa ogranicza czas, przeznaczony na zwiedzanie. Dzięki podróży autem możemy praktycznie dowolnie kształtować trasę podróży, przejeżdżane odległości. Możemy z góry zaplanować miejsca noclegowe, rezerwując z dużym wyprzedzeniem noclegi na trasie. Znów oszczędność na czasie w podróży – nie tracimy go na szukanie noclegów, gdy dopada nas zmrok.

Oczywiście podróż samochodem ma minusy – przede wszystkim finansowe. Koszty paliwa stanowią pokaźny procent kosztów naszych podróży i tego po prostu nie da się uniknąć. Dochodzą też inne koszty przejazdu – choćby koszty autostrad, mostów, tuneli, parkingów itp. Dochodzi ryzyko mandatów, awarii, kontroli granicznych itp. Ale jak dobrze policzyć, to nasze ostatnie wakacyjne wyjazdy do Grecji, trwające po 4 tygodnie, zamknęły się kosztami równymi wykupieniu dwutygodniowego pobytu tamże w biurze podróży (liczymy dla 4 osób). A my przy okazji widzieliśmy niemal całe Bałkany (Bośnia, Czarnogóra, Albania, Macedonia, Serbia).

Nieco traci się ten bezpośredni kontakt z autochtonami. Nie śpisz w czyimś domu, nie jesz na czyjś koszt. Nikt Cię nie podwozi własnym samochodem. No i trzeba z rozwagą podchodzić do przysłowiowego piwka do obiadu. Coś za coś. Teraz po kolei możecie sprawdzić, czym jest dla nas samochód w podróży i z czym wiąże się organizacja dalekich (często w sumie ponad 10 tys. km) podróży własnym transportem. Żeby nie było samych suchych porad, wszystko dostajecie podane na przykładzie naszych osobistych doświadczeń, zebranych w ciągu 8-miu już lat jeżdżenia samochodem po całej Europie i okolicach, od Irlandii, po Gibraltar, Turcję, Gruzję, całe Bałkany i wysokie Alpy we Francji czy Austrii. Zaczniemy od rzeczy najbardziej oczywistych.

Ubezpieczenia

Nie jesteśmy oryginalni. Na co dzień mamy wykupiony pełny pakiet ubezpieczeń (OC, AC, NNW), to się przydaje zawsze i także poza okresami podróży. Co ciekawe, nigdy w trakcie podróży własnym samochodem nie mieliśmy żadnego przykrego wydarzenia w stylu wypadku czy stłuczki (miewaliśmy je „na miejscu”, w Polsce). Ale nie po to jedziemy w podróż, żeby martwić się, gdy coś się stanie. Minimalizujemy kłopoty jak tylko się da. Bo przecież wypadek to nie jedyna zła rzecz, która może stać się przy samochodowym wyjeździe. Mogą Was „stuknąć” na przysłowiowym parkingu przy markecie, mogą porysować z czystej złośliwości. Pełny zakres ubezpieczenia daje względny duchowy spokój. Może podróż się skróci, albo opóźni, może chwilowo zepsuje się humor, ale nie spowoduje dziury w kieszeni lub dodatkowych kłopotów w miejscach, w których nie chcielibyśmy utknąć.

Druk obowiązkowego ubezpieczenia w Kosowie

Druk obowiązkowego ubezpieczenia w Kosowie

Z zasady zawsze przy kolejnym przedłużaniu ubezpieczenia żądamy wydania tzw.”zielonej karty”. W przypadku naszego ubezpieczyciela (nie będziemy robić mu reklamy) wydawana jest bezpłatnie, „na żądanie”. Zielona karta to „przedłużenie” ubezpieczenia na kraje, w których nie obowiązuje standardowe OC, wydawane w Polsce. W większości są to kraje spoza UE, do których ostatnio jeździmy najczęściej (np. Bałkany). Zwracajcie uwagę na blankiet zielonej karty – są na nim wymienione kraje, w których obowiązuje – słyszeliśmy że u różnych ubezpieczycieli ta liczba krajów bywa różna. Zieloną kartę bierzemy zawsze – nie wiemy, gdzie w ciągu kolejnego roku ubezpieczenia licho nas zaniesie razem z naszym samochodem.

Zielona karta jest sprawdzana przez celników na granicach, np. w Albanii. I to nie tylko sprawdzana jest sama jej obecność, ale także właśnie to, czy na blankiecie jest wypisany ten kraj jako włączony w jej obsługę.

Czasem nawet pełny zakres ubezpieczenia, wykupywany w Polsce, nie daje ochrony samochodu za granicą. Najlepszym przykładem jest tu Kosowo, w którym nie obowiązuje ani polskie OC, ani zielona karta. Obowiązkowo trzeba wykupić na granicy osobne ubezpieczenie. Jego koszt to 30 EUR za okres do 15 dni – takie koszty trzeba także brać pod uwagę podczas planowania podróży. Jeśli bowiem chcecie po prostu przejechać się przez Kosowo, żeby „zaliczyć” ten kraj, to się to po prostu nie kalkuluje finansowo. Tam warto wjeżdżać, jeżeli chcecie coś zobaczyć, zwiedzić. Danina 30 EUR na granicy powoduje, że tranzyt i przejechanie w dwie godziny przez Kosowo mija się z celem. Chyba minimum to nasza wersja – trzy doby (dwa noclegi w Kosowie w 2014 r.), to jest optymalny czas na zobaczenie największych atrakcji tego małego i świeżego kraju.

Oprócz tego mamy oczywiście okresowo kupowane ubezpieczenia turystyczne (zdrowotne), ale to już temat nie związany z samochodem.

Rada: ubezpieczaj się możliwie obszernie, w podróży zabezpieczeń nigdy za wiele.

Przeglądy

Każdy dba o samochód jak chce, jednak jeżeli chcecie by samochód służył Wam w dalekich eskapadach, to na przeglądach nie radzimy oszczędzać. Nie oszczędzać, znaczy robić je planowo i w określonym przez producenta zakresie. Choćby po to, by wykupione ubezpieczenie zadziałało – bywa że ubezpieczenie nie działa w razie awarii czy stłuczki, gdy ubezpieczyciel stwierdzi niedociągnięcia w stanie technicznym samochodu.

Dłuższe podróże czasem wymagają jeszcze bardziej ekstremalnego podejścia do przeglądów. Zdarzało nam się wymieniać np. klocki hamulcowe, choć mechanik stwierdzał, że przejadą jeszcze spokojnie 8 tys. kilometrów. Tyle że my zaraz wyjeżdżaliśmy w podróż liczącą 10-12 tys. km i wracaliśmy np. przez wysokie Alpy. My nie wjeżdżamy w góry na kończących się hamulcach… Zjeżdżanie z Alp na ręcznym to nie sport dla nas 🙂 Takie sytuacje też warto przewidywać z wyprzedzeniem. Koszty serwisowania samochodu za granicą potrafią być sporo wyższe niż u nas, a i spędzenie dnia w kolejce do serwisu to nie jest rzecz, którą chcielibyśmy trafić w trakcie podróży.

Rumunia, Trasa Transfogaraska

Rumunia, Trasa Transfogaraska

Hiszpania, góry Sierra Nevada

Hiszpania, góry Sierra Nevada

Wysokie Alpy francuskie

Wysokie Alpy francuskie

Serwisujemy nasz samochód zawsze w autoryzowanym serwisie producenta – na zdjęciach widać że to Ford, więc nie będziemy specjalnie ukrywać marki. Tym bardziej, że ta metodologia się nam sprawdza – nasz „tamBylskowóz” ma już na liczniku ponad 300 tys. przejechanych kilometrów i tylko raz mieliśmy w podróży problem z samochodem, o czym zaraz będzie. Ale nie jesteśmy ortodoksami i być może nie bylibyśmy tak wierni autoryzowanemu serwisowi (w końcu autoryzowany serwis raczej nigdy nie jest najtańszą opcją), gdyby nie jeden dość istotny pod kątem podróżowania szczegół.

Otóż autoryzowane serwisy Forda od ładnych paru lat dają w prezencie po każdym przeglądzie tzw. „assistance”, czyli formę dodatkowego ubezpieczenia na wypadek awarii samochodu w trasie. Zapewnia ono pokrycie przez ubezpieczyciela kosztów transportu samochodu (do serwisu lub do miejsca zamieszkania w razie „grubszej sprawy”) w razie awarii lub wypadku, a dla nas pokrywa koszty nieplanowanego noclegu, zastępczego auta i/lub transportu z powrotem. Ważne – „assistance” nie pokrywa jednak kosztów naprawy (po to jest wszak „standardowe” ubezpieczenie). Ale co najważniejsze – to jest „assistance” działający w całej Europie, dokładnie w geograficznych granicach naszego kontynentu. Czy to będzie Albania, czy europejska część Turcji. Taki „prezencik” sprawia, że jesteśmy wiernymi klientami serwisu. Porozglądajcie się, czy Wasza marka też nie ma w serwisach podobnych benefitów.

Rada: jeżeli samochód ma być Twoim środkiem lokomocji w podróżach, dbaj o niego jak o kolejnego członka wyprawy. Regularnie serwisowany w zaufanym punkcie samochód odwdzięczy Ci się ograniczeniem kłopotów podczas eskapad.

Awarie

Najlepszy nawet serwis nie da gwarancji bezawaryjności samochodu. Bo psują się też części, nie podlegające okresowemu serwisowaniu. Owszem, serwisant pewnie poinformuje, że widać lekki wyciek skądś, albo że kończą się amortyzatory, albo kończy się wydech, który się przepala i niedługo odpadnie. Nasz serwis też daje o takich rzeczach znać.

Ale serwis nie przewidzi, że tydzień po wyjeździe z serwisu i w trzecim dniu podróży do azjatyckiej części Turcji (gdzie wspomniany wyżej „assistance” już nie obowiązuje) padnie wiatrak chłodnicy. A to przypadek z naszego życia wzięty. I życiowy przykład klasycznego prawa Murphy’ego – jeśli coś może pójść źle, to pójdzie. Jechaliśmy wtedy pierwszy raz przez Albanię, w której był jeden serwis Forda (w Tiranie). I mieliśmy nadzieję, że samochód nie zepsuje się w Albanii, o której dodatkowo słyszeliśmy wiele złego odnośnie stanu tamtejszych dróg i wątpliwej jakości paliwa. I co ? Samochód „zagotował” nam się pierwszego dnia po wjeździe do… Albanii 🙂 Trzeciego dnia podróży, rozpisanej na 32 dni.

Malta, jedyna nasza "guma" w historii

Malta, jedyna nasza „guma” w historii

Serbia, drobne usterki zdarzają się zawsze. Tu wymiana żarówki

Serbia, drobne usterki zdarzają się zawsze. Tu wymiana żarówki

Zbiegły się dwie rzeczy jednocześnie – tragiczne momentami drogi, na których nie da się jechać wyżej niż na jedynce czy dwójce (częściowo to nasz „pomysł”, bo zjeżdżaliśmy z głównych dróg), i samochód z brakiem jednego z obiegów chłodzenia, który musiał jechać szybko, by chłodziło go powietrze (bo chłodzenie płynem nie działało). Koniec końców w samochodzie w takim stanie przejechaliśmy całą podróż – musieliśmy jednak zrezygnować z kilku punktów wartych zobaczenia, położonych w górach i z jazdy po słabych lub bardzo krętych drogach, a także unikać jak ognia korków w dużych miastach.

Rada: awarii nie unikniesz. Trzeba z ich ryzykiem żyć, a dodatki typu „assistance” od dealera zdejmą z Ciebie ciężar organizacji naprawy. Telefon do Polski i reszta dzieje się „sama”.

Samochód bywa ciężarem

Tu jeden konkretny przykład – wyjazd samochodowy do Turcji. To jeden z tych krajów, przy wjeździe do którego kierowcy jest auto „wbijane” do paszportu. Specjalna pieczątka, która mówi, że wjechałeś samochodem. To istotne, bo taki kierowca nie może potem opuścić Turcji bez tegoż samochodu. Jakież to ma znaczenie, zapytacie. Przecież nie jedziecie do Turcji, żeby sprzedać czy zostawić tam samochód ? Otóż ma.

Turecka pieczątka w paszporcie, dokumentująca wjazd samochodem

Turecka pieczątka w paszporcie, dokumentująca wjazd samochodem

Bo wybrzeże Turcji jest od zachodniej strony wręcz otoczone wysepkami, w większości greckimi (Rodos, Kos, Lesbos, Samos itp.). Co niektórzy chcieliby choćby na jeden dzień pojechać na taką wyspę w trakcie wakacji w Turcji, a w dużej części jest kłopot z promem samochodowym – zresztą po co na jeden dzień „targać” ze sobą samochód, skoro można pojechać na chwilę z plecakiem ? No i nie płacić dużych opłat za przewóz samochodu na chwilę na wyspę. No i tu jest kłopot – kierowca nie może opuścić Turcji bez samochodu którym do niej wjechał – dotyczy to także choćby chwilowego przejazdu promem na oddaloną o „rzut beretem” grecką wyspę. Wjechałeś samochodem – na prom na Rodos nie wejdziesz pieszo. Nawet jak nie kursują promy samochodowe. Taka ciekawostka.

Inny wariant podróży to wyprawa nie swoim samochodem. Bo np. przysłowiowy szwagier ma duże wygodne auto i jest tak szalenie (powiedzielibyśmy wręcz: szaleńczo :)) miły, że pożyczy nam go na wyjazd. Tu też gdzieniegdzie mogą być kłopoty na granicach, np.w  Turcji, o ile dobrze pamiętamy, wymagane jest notarialna zgoda właściciela na użytkowanie samochodu, chyba nawet tłumaczona na ichni język. O tym też warto pamiętać.

Rada: sprawdzaj przepisy celne kraju, do którego jedziesz. Szczególnie, jeśli nie jedziesz swoim samochodem lub chcesz na chwilę opuścić dany kraj bez samochodu, którym do niego wjechałeś.

Mandaty, łapówki, kontrole drogowe

Prozaiczne rzeczy, związane z jazdą samochodem. Mało kto jeździ tak, że może powiedzieć, że nie łamie przepisów. Bo musiałby jeździć hulajnogą. Generalnie więc wcześniej czy później jakiś mandacik się zdarzy i żadnej tragedii z tego powodu robić nie należy. Choć bywa to kosztowne, bo nie wszędzie mandaty są w „polskiej” wysokości. Szczególnie te w euro będą boleć. Na południu Europy podejście do różnych aspektów jazdy po drogach bywa luźne, ale jeden element ważny jest wszędzie – czyli prędkość. I znów – jazda zgodnie z ograniczeniami jest nierealna, a dodatkowo przepisy w różnych krajach są różne. Różnie też wyglądają radary – od automatów stacjonarnych o różnym wyglądzie poprzez wideoradary (popularne np. na autostradach na Węgrzech) zamontowane na policyjnych samochodach, poprzez różne sposoby mierzenia ręcznego.

Mandat drogowy z Turcji

Mandat drogowy z Turcji

Czasem jest to standardowy „pan” z suszarką, czasem jest „pan” stojący w bocznej drodze, a kilometr dalej drugi, komunikujący się z pierwszym przez krótkofalówkę. Czasem ten pierwszy nie stoi w bocznej drodze, a na wiadukcie nad drogą – nie przewidzisz. Ale może się zrobić ciekawie, bo w różnych krajach załatwianie takiego mandatu wygląda różnie. Nam zdarzyło się dostać mandat w Turcji, od policjanta nie znającego w ząb angielskiego. Na migi pokazywał, żeby zapłacić w banku, ale za nic nie mogliśmy na blankiecie znaleźć numeru konta 🙂

Akurat w Turcji jest specyficznie, bo mandat płaci się w ichniejszej odmianie urzędu skarbowego – trzeba do niego pojechać. Jak się pojedzie szybko (bodajże w ciągu tygodnia), to dostaje się niespodziewanie duży rabat. A jak się nie zapłaci w ogóle, to można mieć kłopot z wyjazdem lub ponownym przyjazdem do Turcji, w ekstremalnym przypadku włącznie z aresztem przy długiej zwłoce.

Łapówki – przed pierwszym wyjazdem na Bałkany naczytaliśmy się o serbskich policjantach, łapiących zagraniczne samochody „na oko”, by wmawiać że kierowca przekroczył prędkość. Tak żeśmy się naczytali, że wzięliśmy trochę banknotów o nominale 5 EUR, którymi podobno trzeba było takich policjantów „częstować”. I… to koniec tej historii. Nigdy nie widzieliśmy takiej kontroli.

Kontrole drogowe najczęściej mamy w… Albanii i Kosowie 🙂 Związane jest to z tamtejszą walką z mafiami przemycającymi samochody. Bardzo rzadko jednak machający z daleka policjant w Albanii kazał nam się rzeczywiście zatrzymać. Widząc polską rejestrację „odmachiwał” w drugą stronę, każąc nam jechać dalej. Może lepiej traktują turystów, a może… nie znają języka i się z nami nie dogadają 🙂 W Kosowie sprawdzano nam paszporty i dokumenty samochodu na jakiejś głównej drodze, ale chyba bardziej z ciekawości niż z potrzeby. Skończyło się na słowie „tourist” z naszej strony.

Z kontrolami drogowymi związana jest też kwestia pamiętania o obowiązkowym wyposażeniu auta. Oprócz standardowych: gaśnicy i trójkąta, warto mieć (bo są wymagane w niektórych krajach) komplet zapasowych żarówek i bezpieczników oraz komplet kamizelek odblaskowych (dla każdego pasażera auta). W wyższych partiach gór, szczególnie poza sezonem letnim, obowiązkowe bywa posiadanie łańcuchów na koła.

Czasem potrafią się zdarzyć sytuacje bardzo niestandardowe. Podczas podróży do Chorwacji zgubiliśmy… przednią tablicę rejestracyjną. Jak sobie z tym „fantem” poradziliśmy, możecie przeczytać tutaj. W skrócie – z jedną tablicą przejeździliśmy dwa tygodnie po całej Chorwacji, a potem wróciliśmy do Polski – bez choćby jednego zatrzymania ze strony policji czy celników na granicach. Da się, wystarczy odrobina sprytu i „pomyślunku” 🙂

Rada: w ogóle nie przejmuj się tym punktem. Jeśli nie jeździsz jak wariat, to nic innego, niż to co spotyka Cię w Polsce, nie spotka Cię zagranicą. Ale jak już dostaniesz mandat, to zapłać. Bo tak jest uczciwie, to po pierwsze. Bo w krajach UE i tak z Ciebie go ściągną, a z niezapłaconym mandatem gdzie indziej możesz mieć kłopot przy następnym wjeździe.

Paliwo, ceny i benzyniarze – kanciarze

Jak już wspominaliśmy, paliwo jest głównym kosztowym składnikiem naszych samochodowych podróży. Ale też jest aspektem dbania o samochód – staramy się tankować na dużych, możliwie markowych stacjach. Szczególnie w tych bardziej „egzotycznych” krajach, w których istnieje ryzyko, że wleją nam jakąś miksturę zamiast paliwa. Przy okazji opisywanej wyżej awarii w Albanii pierwszą naszą myślą przy okazji przegrzewającego się silnika było właśnie albańskie paliwo. Potem okazało się, że to nie to, ale i tak zawsze staramy się uważać, gdzie tankujemy.

Nie zawsze da się tego przestrzegać. W Gruzji tankowaliśmy samochód (co prawda nie nasz, a wypożyczony) na „stacji benzynowej” z plastikowych kanistrów. Bo w dystrybutorze paliwo już się skończyło.

Z cenami paliwa bywa naprawdę różnie. Z reguły w krajach UE jest trochę droższe niż u nas i to należy wkalkulować w koszty planowanej podróży. Z reguły też w podróż jedziemy ciężkim samochodem (4-5 osób, bagażnik pełen bagaży, czasem wręcz pod sufit – a samochód mamy niemały) i jedziemy szybkimi drogami, często autostradami. To powoduje zwiększone zużycie paliwa – i znów większe koszty.

Gruzja, tak czasami wyglądają tam drogi...

Gruzja, tak czasami wyglądają tam drogi…

... ale gruzińskie drogi mogą wyglądać też tak

… ale gruzińskie drogi mogą wyglądać też tak

Ceny poza UE najczęściej oscylują wokół cen znanych u nas. Bywa, że da się kupić taniej, często właśnie na Bałkanach (Albania, Bośnia, Serbia). Drogo bywa zawsze w okolicach turystycznych i na autostradach. Choć widywaliśmy też kraje, gdzie ceny w miastach i na autostradach były identyczne. Czasem wręcz ciężko jest stwierdzić, ile tak naprawdę kosztuje nas paliwo. Bo jak przeliczyć ponad 20.000 węgierskich forintów czy podobną kwotę w serbskich dinarach, zapłaconą na stacji, na złotówki ? 🙂 Patrzcie się po prostu na ceny na mijanych stacjach – i tankujcie na tych, na których ceny są najniższe (o ile zapewniają komfort tankowania w pewnym miejscu). Od ciągłego przeliczania co najwyżej się pochorujecie, a tankować i tak trzeba. W którymś z kolejnych wpisów opowiemy o używanych przez nas aplikacjach w podróży – będzie też o takich, które ułatwiają przeliczanie „egzotycznych” walut. Paliwo bywa ekstremalnie drogie – czy to w Skandynawii (ale tam generalnie wszystko jest ekstremalnie drogie) czy np. w Turcji, gdzie paliwo kosztowało nas w przedziale 7-8 PLN za litr.

I jeszcze o jednym rodzaju kantu, który mieliśmy „przyjemność” przeżyć. Akcja miała miejsce w Trebinje, na południu Bośni i Hercegowiny, kraju, gdzie generalnie paliwo jest widocznie tańsze niż u nas. Po podjechaniu pod dystrybutor, zajął się nami „tankowiec”, czyli Pan obsługujący dystrybutor. Rozpoczął nalewanie paliwa, a mi kazał od razu iść do kasy i tam czekać, aż zatankuje, by zapłacić. Rezultat jest taki, że nie widzisz, ile paliwa leje ci ten człowiek do baku. Człowiek w kasie ręcznie wybija ilość paliwa na kasie (nie wiem skąd wie, ile „tankowiec” wlał) – wg wskaźnika paliwa w samochodzie nie powinno dać się wlać więcej niż może 40 litrów, a w kasie wyszło, że wlano mi 60 litrów (to już niemal poziom rezerwy paliwa u nas). Oczywiście po powrocie do auta, licznik na dystrybutorze był już wyzerowany – zero szansy sprawdzenia. Efekt – paliwo wyszło za litr połowę drożej niż w Polsce 🙂

Rada: bierz koszty paliwa pod uwagę przy planowaniu podróży i wyborze kierunku. Tankuj poza centrami turystycznych miast i autostradami. Przewidując koszty załóż koszt paliwa lekko wyższy niż w Polsce – często tak jest. A poza tym zawsze spalisz więcej niż wynika to z odległości podanej Ci przez nawigację czy mapę Google’a (są objazdy, ruchliwe i zapchane centra miast, dodatkowe miejsca zwiedzane poza planem, ciężki samochód itp.)

Autostrady i opłaty drogowe

Podróżując po Europie nie da się ominąć autostrad. Znaczy pewnie da się, ale po co, skoro są najwygodniejsze i najszybsze. Oczywiście i na autostradzie można trafić na korek – staliśmy np. godzinę na autostradzie na południu Francji. Ale najczęściej bywają płatne – i tu też trzeba zwracać uwagę na sposób ich opłacania. No i wliczyć koszty w podróż – jako ciekawostkę podamy konkret – w 2011 r. podczas podróży do hiszpańskiej Andaluzji (Marbella), w obie strony wydaliśmy niemal równo tysiąc PLN na opłaty autostradowe i winiety. Tak, nie kłamiemy. Ale to była długa podróż, wcale nie najkrótszą trasą.

Najwygodniejszymi są oczywiście winiety przylepiane na szybę, kupowane na określony okres czasu (najczęściej w podróży przydają się 7,10 i 30 dniowe), stosowane np. na Słowacji, w Austrii, Rumunii czy Szwajcarii. Ale w Szwajcarii są tylko winiety roczne (40 CHF), więc na jednodniowy tranzyt w czasie podróży to średni pomysł – wiemy, bo sami przejechaliśmy przez Szwajcarię w jeden dzień :). Warto też liczyć, jeśli jedziecie w miesięczną podróż, wracając przez te same kraje. Zamiast kupować tygodniową winietę na Słowację czy Węgry na podróż tam i drugą na podróż z powrotem, zazwyczaj bardziej opłaca się kupić jedną, miesięczną.

Winiety bywają przyklejane na szybę (najczęściej) lub wydawane w formie elektronicznej – tak jest np. na Węgrzech, gdzie zakup jest rejestrowany w systemie ogólnokrajowym. Często na parkingach autostradowych stoją lotne kontrole winietek – trzeba stanąć, pan wklepie w urządzonko w ręce nasz nr rejestracyjny i sprawdzi, czy mamy wykupioną winietę. Te przyklejane też są sprawdzane – mieliśmy takie kontrole policji przy wyjazdach np. ze Słowenii czy Bułgarii.

Naklejka systemu HGS w samochodzie

Naklejka systemu HGS w samochodzie

Osobnym tematem jest winieta turecka, czyli system HGS. Winieta w formie elektronicznej karty przyklejanej na przedniej szybie pod lusterkiem. Można je kupić (trzeba wypełnić formularze rejestracyjne) na autostradach lub tamtejszych pocztach. Winieta ma formę karty pre-paid – kupując ładuje się na nią minimum 20-30 TL i przejeżdża przez autostradowe bramki bez zatrzymywania – kwota za poszczególne przejazdy „schodzi” nam z konta. Później kartę taką można także doładować. Innym przypadkiem jest Bułgaria, gdzie winieta jest obowiązkowa na praktycznie wszystkich drogach poza polnymi 🙂 Tak, tam nawet na dziurawej podrzędnej drodze też trzeba mieć winietę.

Jeśli w danym kraju nie ma winiet, to zazwyczaj płaci się na bramkach za określone odcinki – czyli model jak w Polsce. Często są to bramki bezobsługowe, z podziałem na możliwość płatności gotówką lub kartą. Można się zdziwić – zdarzyło nam się w Hiszpanii podjechać pod bramkę „kartową”, która odrzuciła nam wszystkie posiadane karty. Robi się kłopot, bo za nami tabun wściekłych innych kierowców, a gotówki taka bramka nie przyjmie. Koniec końców podbiegła do nas kobieta z obsługi i wzięła do ręki płatność w gotówce. Inna „śmiechawa” to np. bramki w Irlandii, z koszami do wrzucania bilonu jako opłaty za przejazd. Tylko jak się ma „polski” samochód z kierownicą po lewej stronie, to bilon wrzuca się przez okno pasażera, bo kosz jest po ichniejszej stronie aut 🙂

Rada: na winietach nie oszczędzaj. Nie licz, że uda Ci się przejechać bez nich. Kontrole bywają częste, a kary bolesne. Winietę zawsze kupisz na granicy i na stacji benzynowej.

Marnej jakości drogi

Jeśli traktujecie samochód tak jak my, czyli jako możliwość zjazdu z głównej turystycznej trasy i zobaczenia miejsc, na które innym szkoda czasu, albo nie mogą ich zobaczyć, bo żaden cywilizowany transport tam nie dojeżdża, to nie unikniecie sytuacji spotkania oko w oko z drogą rodem z dzikiego zachodu. Po prostu nie unikniecie. I może to być zarówno Albania, czy Bułgaria, czy Rumunia, czy jakikolwiek inny kraj.

Albania, droga SH100

Albania, droga SH100

Albania, droga SH100

Albania, droga SH100

Albania jest najbardziej nośnym, wręcz stereotypowym przykładem. Choć tam bardzo szybko się to zmienia na plus – teraz już istnieją drogi, których nie ma nasza aktualizowana na bieżąco nawigacja (o niej za chwilę). Ale dość często okazuje się w naszych podróżach, że jakiś obiekt, który mamy zobaczyć stoi na końcu tragicznego wręcz odcinka drogi. Żeby podać przykłady z ostatnich wypadów – wspinaczka drogą o szerokości samochodu na strome wzgórze w albańskim Pogradecu, gdzie miał podobno stać zamek (a go tam nie ma), czy próba wyjazdu pod opuszczone obiekty olimpijskie w Sarajewie, gdzie prawie zostawiliśmy podwozie na kamieniach. W obu przypadkach drogą o jakości czołgowiska musieliśmy cofać bez możliwości zawrócenia. Stromo w dół, w Albanii dodatkowo cofając drogą, którą od przepaści w dół dzieliło może pół metra trawy.

Z głową na karku da się wjechać „normalnym” samochodem prawie wszędzie – nie szarżować i nie próbować na siłę wjechać tam, gdzie nasz samochód po prostu się nie nadaje, lub gdzie nie czujemy się na siłach, by wjechać. Np. w Gruzji z rozmysłem wypożyczaliśmy samochód terenowy – tam duża część turystycznych atrakcji jest dostępna wyłącznie takim samochodem, albo na piechotę. Pierwszy raz jeździliśmy po taaaakich wertepach, frajda nie do opisania. O tym jeszcze będzie przy okazji akapitu o „odmiennościach” w podróży samochodem.

Rada: kup nawigację z mapami Europy. Prawie nigdy nie pokaże Ci ona drogi niezdatnej do użytku. Choć zdarzają się innego rodzaju pomyłki, ale o tym więcej w akapicie o nawigacji.

„Bo tam jeżdżą jak szaleńcy”

E tam. A u Was po osiedlu jeżdżą sami normalni ? 🙂 Owszem, gdzieniegdzie nieco inaczej traktuje się przepisy drogowe. Powiedziałbym, bardziej jak wskazówki niż jak nakazy. Zawsze, także w Polsce, trzymamy się zasady ograniczonego zaufania i obracamy oczy dookoła głowy, starając się przewidzieć wcześniej niespodziewane manewry przed nami.

Bywa, że jeździ się ciaśniej, bywa że wyprzedza się z prawej (czasem poboczem), bywa że wyprzedza się na zakręcie, trąbiąc klaksonem w celu ostrzeżenia dla ewentualnych wyjeżdżających z naprzeciwka zza zakrętu. Ale to nie jest norma i włóżcie między bajki opowieści o niesamowitych ilościach wypadków gdzieś tam w Europie. Przejechaliśmy grube dziesiątki tysięcy kilometrów po całej Europie, w tym po Albanii, Kosowie, Bośni, Serbii czy Gruzji i Turcji, także tej dalekiej, wschodniej. I tak jak napisaliśmy powyżej, nie mieliśmy żadnej drobnej nawet stłuczki. A najnudniej jeździło nam się w… Kosowie. Może dlatego, że spodziewaliśmy się większego rodea niż w Albanii, a było… podobnie, czyli nic nowego.

Skopje, rodzinny środek transportu

Skopje, rodzinny środek transportu

Motocykle i skutery są w Turcji co najmniej trzyosobowe :)

Motocykle i skutery są w Turcji co najmniej trzyosobowe 🙂

Droga ekspresowa SH1 za Durres

Droga ekspresowa SH1 za Durres

Często też za przejaw „szaleństwa” odbieramy zachowania inne, niż przyjęte w naszej kulturze. Na południu kierowcy lubią się zatrzymać na środku drogi i pogadać ze znajomym na ulicy. Trąbią na powitanie. Trąbią, gdy na światłach zaświeci się żółte, a ty jeszcze nie jedziesz. Ogólnie staraj się nie odbierać takich zachowań jako złośliwości – tak wygląda w niektórych miejscach codzienny styl jazdy i poruszania się po drogach. Traktuj to jak folklor – jak ludzi na osiołkach w Grecji czy Albanii, jak motocykle z pięcioosobową rodziną tamże, w Turcji czy Macedonii. I ciesz się, że możesz jeszcze to widzieć – Europa, także ta poza UE, idzie w kierunku „normalizacji”, kiedyś wszyscy będziemy tacy sami, będziemy jeździć tak samo pewnie i przewidywalnie. Pewnie będzie lepiej, ale czy na pewno nie umknie nam część wspomnień ? Nas jakoś wizja „jednakowej” Europy bardziej przygnębia niż podbudowuje. Wciąż kochamy Bałkany za ten odmienny styl, kulturę, temperament – także na drogach. I jakoś wcale nie strasznie bardziej niebezpieczny. O ile w podróży zachowujesz zdrowy rozsądek.

Najlepszą radą, jaką możemy tu zostawić jest: nie chcesz kłopotów, nie jeździj po zmroku. Tym sposobem unikniesz głębokich dziur na środku drogi, traktorów jeżdżących po autostradzie bez oświetlenia, niewidocznych pieszych przebiegających w poprzek przez autostradę czy zwierząt domowych leżących na drodze czy poboczu. A jak już musisz – trzymaj się po ciemku głównych dróg.

Nawigacja

Wg nas niezbędny element wyprawy samochodowej. Z kilku powodów. Po pierwsze – oczywiście świetnie sprawdza się w wyznaczaniu trasy do dowolnego punktu. Oczywiście mówimy tu o nawigacji z mapami całej Europy – nawigacja z mapami Polski poza granicami kraju jest zbędnym balastem w samochodzie. Poza tą jakże oczywistą funkcją, u nas nawigacja spełnia jeszcze kilka innych.

Przede wszystkim nasza nawigacja (ok, podamy nazwę: Automapa) pokazuje w trakcie jazdy prędkość naszą oraz tą dozwoloną w danym miejscu. Tu wracamy do punktu o mandatach – nawigacja potrafi ułatwić panowanie nad jazdą z dozwoloną prędkością i uniknąć przykrych doświadczeń mandatowych.

Nawigacja pozwala też wcześniej przewidzieć manewry, które nas czekają, np. skręty za kilkaset metrów, zjazdy za następnym skrzyżowaniem itp. – to pozwala z wyprzedzeniem ustawić się na określonym pasie jazdy, tak aby np. w ostatniej chwili nie przebijać się w korku w poprzek drogi, bo jechaliśmy prawym pasem, a teraz „kapnęliśmy” się, że musimy skręcić w lewo.

I wreszcie z racji wyznaczania trasy w nawigacji, pokaże nam ona przewidywany czas dojazdu do celu – to daje świetny obraz sytuacji „czasowej” – czy możemy sobie pozwolić na przystanek w jakimś ważnym dla nas miejscu, czy też musimy „pruć” do celu, bo np. hotel przyjmuje gości tylko do godz.21:00 (często tak bywa, że hotele nie mają całodobowej recepcji, albo za późny przyjazd trzeba dopłacać). Zdarzyło nam się do takiego hotelu spóźnić (w austriackim Grazu), na szczęście recepcjonistka pomyślała i zostawiła nam na drzwiach angielskojęzyczną instrukcję, jak znaleźć klucze do hotelu i naszego pokoju.

I jeszcze jedna rzecz z naszego doświadczenia. Czasem (i trwa to do dziś) nabieramy pychy i usiłujemy być lepsi od nawigacji. Zawsze kończy się to wylądowaniem na polnej drodze w bezludnych górach lub innym dziwnym miejscu. I zawsze wygląda to tak, jak w 2015 r. w bośniackiej Srebrenicy, z której mieliśmy jechać do Wiszegradu. Automapa pokazała nam ogromny objazd dookoła lasów i ponad 4 godziny jazdy, podczas gdy na mapie w prostej linii oba miasteczka dzieli raptem nieco ponad 30 km. Włączyliśmy więc Google Maps i… eureka! – mapy Google’a pokazują drogę o połowę krótszą.

Pojechaliśmy więc drogą z map Google’a i… zafundowaliśmy sobie kilkadziesiąt kilometrów jazdy drogą bez nawierzchni po bośniackich górach. Totalny wyjazd poza cywilizację. Bo mapy w Google’u pokazują domyślnie każdy rodzaj drogi, bez względu na jej jakość. Jak nawigacja samochodowa, ustawiona na drogi utwardzone, pokazuje 4 godziny jazdy, to nie marudzić, chyba że lubicie przygody. U nas skończyło się śmiechem i którymś z kolei powtórzeniem reguły – „podróż bez wjechania w wertepy to nie podróż”… Niby to pamiętamy, a przy każdym wyjeździe sytuacja się powtarza 🙂

Bośnia - taką drogą się jedzie, jak się nie słucha nawigacji :)

Bośnia – taką drogą się jedzie, jak się nie słucha nawigacji 🙂

Żeby nie było, że nawigacja jest bezbłędna – to nieprawda. Pomijając nieaktualne mapy, nawigacja potrafi twierdzić, że np. nie ma dostępnej trasy pomiędzy danymi punktami, albo poprowadzić Cię pod prąd na ulicy jednokierunkowej 🙂 Tak mieliśmy w Kosowie, gdzie w mieście Peć, którego starówka jest istnym labiryntem ciasnych uliczek, za cholerę nie mogliśmy dojechać do upatrzonego zabytkowego klasztoru. Bo nawigacja kilkukrotnie kierowała nas pod prąd w jednokierunkowe, a my usilnie odmawialiśmy wjazdu. W końcu posłuchaliśmy (w końcu to Kosowo) i… udało się trafić 🙂

A, i jeszcze jedno. W dzisiejszych czasach nawigacja jest dostępna także w formie aplikacji na telefony komórkowe. Co daje dwa plusy: po pierwsze przednia szyba nie przypomina choinki (bo wisi telefon, podpięty do zestawu głośnomówiącego, nawigacja i jeszcze może kamera samochodowa, rejestrator jazdy). A po drugie w naszym przypadku mamy zawsze jeszcze zapas w przypadku mapy przejazdu zgranej do pliku graficznego, przechowywanego w innym programie – Evernote, także na telefonie. Mamy więc wszystkie potrzebne mapy w jednym urządzeniu. Więcej o Evernote napiszemy w kolejnych wpisach, traktujących o programach używanych przez nas w podróży i o planowaniu trasy).

Rada: nawigacja raczej obowiązkowa. Ale nigdy nie powinna ona wyłączać Twojego myślenia. To tylko program komputerowy, uaktualniany (o ile w ogóle masz licencję na uaktualnienia map) co jakiś czas. A drogi się zmieniają – jedne się remontują, inne powstają na nowo. Nawigacja nie zastępuje rozsądku i czujności na drodze.

Noclegi w samochodzie

Jeśli macie to szczęście posiadania dużego samochodu, możecie się pokusić o zaplanowanie noclegu w nim. To fantastycznie skraca listę wydatków i obowiązków przy planowaniu trasy. Oczywistym jest, że oszczędzacie na noclegach w hotelach czy pensjonatach. Ale to dodatkowo zwiększa wolność w podróży – bo już nie musicie dojechać do zaplanowanego punktu – nie ma wszak na końcu czekającego na Was hotelu. Możecie wybrać dowolne miejsce i spędzić w nim noc (ok, z tą dowolnością to trochę przesadziłem – może bardziej „dowolne bezpieczne” miejsce).

W naszych podróżach coraz częściej traktujemy samochód jako miejsce do spania w podróży. Oczywiście tylko w wypadkach, gdy jedziemy maksymalnie w dwie osoby. Mamy ten „luksus”, że nasze auto po złożeniu siedzeń wszystkich pasażerów otrzymuje idealnie płaską podłogę o wymiarach 120 x 200 cm – czyli jakbyśmy mieli pełnowymiarowe dwuosobowe łóżko. Dodać do tego dmuchany materac, śpiwory i poduszki turystyczne i mamy świetne miejsce do spania, możliwe do „zaparkowania” praktycznie wszędzie.

Samochodowy nocleg w północnych Niemczech

Samochodowy nocleg w północnych Niemczech

Austriacka część Dunaju, zamarznięta szyba po noclegu w samochodzie

Austriacka część Dunaju, zamarznięta szyba po noclegu w samochodzie

Co daje taka opcja. Na przykładzie podróży wzdłuż Dunaju z kwietnia 2015 r. – przejechana prawie cała długość rzeki (a Dunaj ma ponad 2800 km) z czterema zaledwie noclegami w pensjonatach po drodze – w ciągu 16 dni podróży. Nocleg w samochodzie to taka lepsza wersja namiotu – pod sztywnym dachem i z zamknięciem drzwiami i zamkiem elektronicznym. Dzięki takiej organizacji można planowanie trasy ograniczyć do jej wyznaczenia w całości – nie trzeba dzielić na odcinki, nie trzeba codziennie dojechać do konkretnego punktu. Parkujemy samochód tam, gdzie zastaje nas zmrok, rozkładamy siedzenia i „w kimono”.

W trakcie podróży wzdłuż Dunaju tak spałem w Niemczech, Austrii, na Węgrzech, w Rumunii i Bułgarii. Rok wcześniej z 9 dni spędzonych w Gruzji, tylko 3 noce były w pensjonatach w Kutaisi i Tbilisi. Reszta przespana w wypożyczonym terenowym Nissanie, również z płaską podłogą (specjalnie zwracaliśmy uwagę na ten fakt przy wyborze modelu). Z codzienną toaletą jest jak pod namiotem – butla z wodą, stacja benzynowa lub dowolne inne miejsce, w którym jest łazienka lub po prostu bieżąca woda.

Bezpieczeństwo ? Staramy się wybierać na samochodowe noclegi raczej bardziej „cywilizowane” miejsca. Choć z czasem bariera bezpieczeństwa się naturalnie obniża. Zaczynaliśmy od parkingów na autostradach, raczej bezpiecznych i oświetlonych. Ale zdarzyło się spać np. w Rumunii na odludnym odcinku brzegu Dunaju, czy na południu Gruzji, także nad rzeką, w lesie. Jesteśmy na takim etapie, że pewnie jednak długo zastanawialibyśmy się nad taką formą noclegu np. w Albanii, ale wcześniej czy później i to się zdarzy 🙂

Warto też pamiętać, że nie wszędzie spanie w samochodzie jest mile widziane. O ile dobrze kojarzymy, chyba w Chorwacji taka forma noclegu była (może jest nadal) zakazana. Co nie zmienia faktu, że tam też spaliśmy w samochodzie i robi to naprawdę mnóstwo turystów, także z Polski.

Są też minusy. Bywa zimno – podczas kwietniowej podróży wzdłuż Dunaju jeden z noclegów wypadł w austriackich górach. Gdy się budziłem, temperatura rano wynosiła 0 stopni. W nocy jeszcze zimniej. Spałem w spodniach pod trzema śpiworami i nie narzekałem na upał. W drugą stronę – podczas lipcowej podróży po Chorwacji z kolei w aucie było zbyt gorąco (temperatury powyżej 25C w nocy). Uchylić okno można, ale już niewielka szpara sprawia, że jedzą cię komary…

Z rozrzewnieniem wspominam samochód wypożyczony w Gruzji. Terenowy Nissan miał genialną opcję uchylnej tylnej szyby w klapie. Można było ją delikatnie uchylić tak, że był przewiew, a z zewnątrz nie było specjalnie widać, że okno jest otwarte. I chłodniej, i wciąż bezpiecznie. Nasz pojazd niestety tego bajeru nie ma.

Z równym rozrzewnieniem wspominamy też nasz pierwszy wyjazd w ogóle. Wyjazd od Irlandii. Tak w kontekście noclegów w samochodzie – bo wybraliśmy się z Wielkopolski do Irlandii bez choćby jednej rezerwacji noclegu. W piątkę, z pełnym po sufit bagażnikiem. Z dziećmi, z których najmłodsze miały 2 i 4 lata. I nikt… nie wie do dziś, dlaczego tak sobie to zorganizowaliśmy. Ale ten wyjazd dał nam pierwsze doświadczenia, kolejne wakacyjne wyjazdy już zawierały noclegi po drodze. A uwierzycie, że pojechaliśmy samochodem do Irlandii, przez Anglię, zapominając absolutnie o tym, że w Anglii trzeba mieć funty ? Nasze początki były po prostu genialne… A najbardziej genialna była mina kasjerki gdzieś na północ od Londynu, która zobaczyła o 6-tej rano monety euro w mojej ręce, dołączone do kawy, którą już zdążyłem nalać do kubka z automatu… To był ten moment, kiedy skojarzyłem, że tu obowiązują funty… Wyjaśniając – kawę dostałem gratis 🙂

Rada: jeśli masz duży samochód, w którym wygodnie można się rozłożyć (wyprostować), rozważ wykorzystanie go jako noclegu. To świetna przygoda 🙂

„Odmienności” w przepisach drogowych

Tu raczej obędziemy się bez rad, to już sprawa bardzo indywidualna. Rzecz dotyczy wyjazdów do krajów, w których przepisy różnią się znacznie od polskich. Lub zmieniania własnych przyzwyczajeń drogowych.

Najłatwiejszą do wytłumaczenia „odmiennością” w przepisach ruchu drogowego jest lewostronny system poruszania się po drogach. Obowiązujący nie tak całkiem daleko, bo w Wlk.Brytanii, Irlandii, na Malcie czy Cyprze. My jakoś tak mamy, że to bardziej nas przyciąga, jak zniechęca (pierwszy raz do Albanii też pojechaliśmy właśnie dlatego, że przyciągała nieznanym). Może z załapaniem zasad mieliśmy trochę łatwiej, bo pierwszy raz pojechaliśmy do Irlandii własnym samochodem, z polskim układem kierownicy. Odpada połowa kłopotu – trzeba się nauczyć jazdy lewą stroną, ale nie trzeba jednocześnie uczyć się zmieniać biegów lewą ręką 🙂 I tak bez wpadek się nie obyło, ale po dwóch tygodniach tak wsiąkłem, że wracając promem do Francji, wyjechałem w Calais, już po stronie francuskiej, także jadąc… lewą stroną 🙂

Na głęboką wodę wrzuciliśmy się w 2015 r. dwukrotnie, lecąc najpierw w lutym na Maltę, a potem w październiku na Cypr i wypożyczając tam miejscowe samochody. Na obu wyspach ruch jest lewostronny, w wypożyczalniach też samochody z kierownicą wyłącznie po prawej stronie. I chyba dzięki doświadczeniu z Irlandii poszło jeszcze łatwiej. Owszem, było trochę śmiechu, gdy szukałem dźwigni zmiany biegów w schowku na drzwiach, a pasów bezpieczeństwa na środku samochodu, ale z jazdą lewostronną jest chyba jak z jazdą na rowerze – raz nauczony człowiek nie zapomina, kwestia krótkiej wprawy i wraca się do dawnych nawyków z poprzednich wyjazdów.

Uwaga praktyczna – zawsze gdy odbieramy samochód w ruchu lewostronnym z wypożyczalni, pierwszy dzień planujemy sobie raczej poza wielkimi miastami. Tak by dać sobie czas na przyzwyczajenie do nowych warunków. Zwiedzamy jakieś kościoły na prowincji, ważniejsze atrakcje dookoła miasta – ale do miasta wjeżdżamy na koniec dnia, na nocleg. Następne dni już idą jak z płatka.

Gruzja, Stepantsminda, wjazd wypożyczonym Nissanem

Gruzja, Stepantsminda, wjazd wypożyczonym Nissanem

Gruzja, Stepantsminda, wjazd wypożyczonym Nissanem

Gruzja, Stepantsminda, wjazd wypożyczonym Nissanem

Drugi aspekt „inności” to przesiadka na inny samochód. Np. na samochód z automatyczną skrzynią biegów, wypożyczony w Gruzji. Pewnie byłoby bardzo słabo, gdyby znajomy nie dał mi się przejechać w Poznaniu swoim samochodem z automatem przed wyjazdem do Gruzji. A i tak po odebraniu samochodu z wypożyczalni, nie chciał mi ruszyć (obyci z automatem zrozumieją – używałem lewej nogi do puszczania hamulca przy ruszaniu). Na głównej arterii w Tbilisi zrobiłem jeszcze większą głupotę – zajęty patrzeniem w nawigację w telefonie, z nawyku „zmieniłem” bieg w trakcie jazdy na skrzyni automatycznej. „Zmieniłem” z trybu jazdy na tryb… parkingowy. Efekt – na głównej ulicy miasta samochód stanął z piskiem jak wryty. Po prostu wyhamował na kilkunastu metrach… Gdyby ktoś jechał za mną, dosłownie „dupa zbita” 🙂 Na szczęście nie jechał. A ja stanąłem, umocowałem porządnie telefon z nawigacją na szybie żeby nie trzymać go więcej w ręce, skupiłem się na nowych nawykach i więcej nic złego się nie stało. A jazda automatem to jedno z lepszych podróżniczych doświadczeń w moim życiu. Czysta przyjemność.

Inna przyjemność, związana z gruzińskim wyjazdem, to samochód 4×4. No normalnie odjazd. Jeździłem po drogach, po których w życiu nie pojechałbym własnym samochodem. Wyjeżdżałem na góry, na których chyba pieszo połamałbym sobie nogi. Nigdy wcześniej nie prowadziłem terenówki, nigdy później też. Ale żadna to sztuka, a frajda jest naprawdę wyjątkowa.

Nie swój, a wypożyczony

Własny samochód w podróży to duży plus, ale nie za wszelką cenę. Czasem warto zamienić własny na wynajęty. Dowiezienie własnego w niektóre miejsca jest po prostu bez sensu, bo generuje ogromne koszty. Tak jest wyprawami na wyspy (wypożyczaliśmy samochody na Sardynii, Cyprze czy Malcie) czy w dalekie rejony (wschodnia Turcja czy Gruzja). Z reguły wypożyczenie kręci się w okolicy 100 zł za dobę lub mniej – wyjątkiem była Gruzja, ale tam wypożyczałem wypasione 4×4 ze względu na specyfikę dróg w tym kraju.

Wypożyczony w Van Ford Fiesta (zdjęcie robione nad jeziorem Van)

Wypożyczony w Van Ford Fiesta (zdjęcie robione nad jeziorem Van)

Co warto wiedzieć przy wynajmie samochodu ? Generalnie trzeba mieć kartę kredytową, na której robiony jest przy odbiorze samochodu zastaw na poczet kosztów pokrycia ewentualnych szkód – standardowe ubezpieczenie nigdy bowiem nie pokrywa całości ewentualnej szkody. Dobrowolnie można dokupić (za średnio kilka – kilkanaście euro za dobę) dodatkowe ubezpieczenie, znoszące naszą odpowiedzialność całkowicie – w takim wypadku karta nie jest potrzebna, zastaw nie jest robiony. Chyba warto je mieć – pamiętamy nasz wyjazd na Sardynię i głęboką rysę na drzwiach, znalezioną po pierwszej nocy na wyspie. Humor zepsuty, cały dzień też, do końca niepewność co będzie przy odbiorze – koniec końców żadnych kosztów nie było. Ale szkoda nerwów podczas podróży.

Czasem przy odbiorze auta, szczególnie w kraju poza UE, żąda się niecodziennych rzeczy. Na wschodzie Turcji konieczne było np. podanie tureckiego numeru telefonu – mojego, jako kierowcy. Akurat nie był to problem, bo wcześniej i tak wykupiliśmy kartę SIM z internetem (nawigacja w telefonie, mapy Google, rezerwacje hoteli itp.), ale niektórych może to niemiło zaskoczyć.

Najczęściej samochód oddajemy w tym samym miejscu, w którym go wypożyczyliśmy. Opcja oddania w innym punkcie tej samej sieci wypożyczalni generuje dodatkowe koszty. Ale we wspomnianej Turcji nie było problemem wypożyczenie samochodu np. na lotnisku, a oddanie w centrum miasta (tego samego oczywiście). Ale takie rzeczy „dogadywaliśmy” już na miejscu, w wypożyczalni.

Standardowo wypożyczonym samochodem nie wolno wyjeżdżać poza terytorium kraju, w którym się go wynajęło. Warto o tym pamiętać. Nie ma też w standardzie nawigacji (mamy ją w telefonie, zawsze bierzemy ze sobą samochodowy uchwyt na telefon) i fotelików dziecięcych – wszystko to są opcje dodatkowo płatne. Warto czytać warunki ubezpieczenia standardowego, bo czasem nie obejmują one np. uszkodzeń szyb czy opon. Tu znów nasza historia, tym razem z Malty. Nigdy nie mieliśmy we własnym aucie wypadku, stłuczki, czy choćby „gumy” podczas podróży. A w wypożyczonym aucie na Malcie gumę złapaliśmy. Była wymiana koła na zapas z bagażnika i znów myślenie – doliczą coś czy nie. Znów nie doliczyli. W samochodzie z wypożyczalni nie pali się też papierosów.

Osobny temat to kwestia odbioru samochodu i paliwa w nim. Najczęściej stosowany jest model full – full. Odbierasz pełny bak, oddajesz pełny bak. Czyli tankujesz na ostatniej stacji przed oddaniem samochodu – nic nie dokładasz do paliwa. Ale np. na Cyprze na lotnisku dostaliśmy samochód w modelu empty – empty. Czyli – możesz wziąć prawie pusty i oddać pusty. W praktyce nikt nie chce samochodu z pustym bakiem, bo nie wypożycza się samochodu, żeby zaczynać jego użytkowanie od poszukiwania stacji benzynowej w obcym kraju. Więc wypożyczalnia „uczynnie” oferuje zatankowanie samochodu – oczywiście cena jest nieco wyższa niż na stacjach benzynowych. Druga rzecz – to jak oddać samochód z pustym bakiem – raczej ciężko trafić, więc zawsze oddacie w baku jakieś paliwo, za które nikt Wam kasy nie zwróci. Cóż, taka specyfika Cypru.

Środek transportu i hotel w jednym, czyli wypożyczony Nissan Pathfinder

Środek transportu i hotel w jednym, czyli wypożyczony Nissan Pathfinder

Wypożyczony w Diyarbakir Ford Fiesta (zdjęcie robione w Hasankeyf)

Wypożyczony w Diyarbakir Ford Fiesta (zdjęcie robione w Hasankeyf)

Cypr, nasze wypożyczone cacuszko :)

Cypr, nasze wypożyczone cacuszko 🙂

W dzisiejszych czasach nie ma w wypożyczalniach limitu dziennego przebiegu, przynajmniej w tych „markowych”. Ale to też jest element umowy, który warto sprawdzać, możecie trafić na ograniczenie limitu przejechanych kilometrów, które podczas objazdówki łatwo można przekroczyć, co wiąże się z dopłatą za każdy „nadmiarowy” kilometr.

Rada: jeżeli planujesz zwiedzanie odległego kraju lub konkretnego regionu, rozważ zamiast jazdy własnym autem, np. lot samolotem i wypożyczenie samochodu na miejscu. Często bywa to istotnie tańszy wariant.

Podsumowanie

Chcemy Wam tym tekstem pokazać praktyczne aspekty podróżowania (tego bliższego i dalszego) własnym i nie tylko samochodem po całej Europie. Chcemy zwrócić uwagę, że to nie jest proste „wsiadam i jadę” tym samym pojazdem, którym codziennie jadę do pracy. Owszem, pojazd często ten sam, ale dłuższa podróż to dłuższa lista rzeczy, o których trzeba pamiętać. Czasem dłuższa lista warunków, do których trzeba się dostosować. Ale też dłuższa lista możliwości do wykorzystania.

Samochód jest dla nas bramą do podróży. Jedziemy gdzie chcemy, oglądamy wszystko co chcemy w założonym czasie. Wciąż jest i będzie naszym podstawowym środkiem podróżniczej lokomocji – bo wciąż wolimy spędzać czas na zwiedzaniu, poznawaniu nowych miejsc i ich historii, a nie na rzeczach związanych z organizacją „obcego” transportu w podróży.

Nie odbierajcie tego wpisu jako „biblii samochodowego podróżowania”. Nie każdy chce jechać 12 tysięcy kilometrów samochodem w 30 dni, od rana do wieczora szukając ciekawych miejsc w najbardziej zapyziałych kątach naszego kontynentu. W ogóle nie każdy lubi jazdę samochodem – ja, piszący ten tekst, uwielbiam ją – i pewnie stąd taka forma podróży w naszym wydaniu. Przekaz jest taki – forma podróżowania jest nieistotna. Ważne, żeby z podróży wynieść to, co dla Was jest istotne. Podróż jest dla Was – dla Waszej rodziny, dla Waszych pasji, dla Waszego zadowolenia.

A jeśli wybierzecie podróż samochodem – być może rady „wujostwa” tamBylskich na coś się Wam przydadzą. Być może nie powtórzycie naszych błędów, być może zrobicie inne. Może i dobrze, bo te błędy to jeden z tych elementów, które najłatwiej zapamiętuje się z podróży. I potem opowiada się je latami jako anegdotki w węższym lub szerszym gronie rodziny czy znajomych. A przecież głównie o wspomnienia nam chodzi w podróżach, czyż nie ? 🙂

Tour de Europe 2014, czyli bałkański suplement

Jedziemy do Grecji – taka decyzja zapadła w domu mniej więcej pod koniec 2013 r. Grecji wcześniej zdążyliśmy jedynie „liznąć” przez jeden dzień i czas było na dobre odwiedzić ten przepełniony historią kraj.

Tour de Europe 2014. Jak każdego roku, tak i pod koniec 2013 r. nadszedł czas, by zaplanować kolejną wakacyjną wyprawę przez Europę. Wstępnych lokalizacji było kilka, ale ostatecznie wygrała Grecja, a powodów dla których zachciało nam się jechać właśnie do Hellady było równie wiele, co lokalizacji do wyboru.

Generalnie oczywiście chodziło o lokację z ciepłym morzem i brakiem ryzyka załamań pogody – ale ten warunek przewija się u nas w zasadzie za każdym razem (i za każdym razem w związku z tym jedziemy daleko na południe). Ale tym razem dochodziły dwa inne czynniki, których wcześniej nie było.

Po pierwsze, mieliśmy wyjątkowo mało czasu – byliśmy jak zawsze ograniczeni ilością dostępnego urlopu, a tego – ze względu na wyjątkowo bogaty w wyjazdy rok 2014 (turecki Kurdystan w lutym, Gruzja w czerwcu i planowany potem wyjazd na Sardynię w październiku) nie było jakoś wyjątkowo dużo. Dlatego też lokalizacja nie mogła być przesadnie daleka.

Po drugie, w pamięć zapadła nam wakacyjna podróż z 2013 r. do Turcji, kiedy to przejechaliśmy po raz pierwszy przez Bałkany (Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Czarnogóra, Albania i Grecja). Ta podróż sprawiła, że na Bałkany chcieliśmy koniecznie wrócić – ta część Europy po prostu nas urzekła.

Kotor, widok na Bokę Kotorską z twierdzy

Kotor, widok na Bokę Kotorską z twierdzy

Zaplanowanej trasy i miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć po drodze, nie udało się nam do końca zrealizować w 2013 r. – ilość atrakcji okazała się po prostu zbyt duża i część miejsc musieliśmy przejechać już po ciemku, nie zatrzymując się, lub po prostu pominąć ze względu na brak czasu.

W trakcie jazdy okazywało się też często, że po drodze są miejsca, których w ogóle nie mieliśmy w planach, a które okazywały się dla nas niezwykle warte zobaczenia – je też musieliśmy pominąć. Doba, nawet w sierpniu, nadal ma niestety tylko 24 godziny, a spać też trzeba. Nawet w wakacje.

Stąd też wypadło na Grecję. Gwoździem utwierdzającym nas w tym przekonaniu było znalezienie bardzo dobrego hotelu niemal przy samej plaży w okolicach masywu Olimpu, w miejscowości Katerini, a w zasadzie w jej „plażowym” przedmieściu – Paralia Katerinis. Ta lokalizacja wydawała się idealna, jeśli przyjrzeć się możliwościom zaplanowania trasy dojazdowej i powrotnej przez całe Bałkany.

Ostatecznie stanęło na 3 dniach dojazdu, 8 dniach na miejscu i 6 dniach powrotu do Polski – całość trwała więc 17 dni, w tym trzy weekendy i jedno święto państwowe, co ograniczało ilość potrzebnego urlopu do zaledwie 12 dni. Jak na nas, to zadziwiająco skąpo 🙂

Albania, twierdza w Szkodrze

Albania, twierdza w Szkodrze

Zaplanowana trasa (z Polski i powrotna) wyszła nam tak, że w sporej części pokrywała się z trasą z 2013 r., dając możliwość zobaczenia miejsc i rzeczy, które wypadły nam wtedy z listy (dołączone do tego wpisu zdjęcia pochodzą właśnie z podróży w 2013 r.). I, co równie ważne, udało się nam zaplanować trasę tak, by odwiedzić dwa bałkańskie kraje, w których do tej pory nie byliśmy: Macedonię i Kosowo. W obu wypadły nam po dwa noclegi, w miejscach uważanych za najbardziej atrakcyjne turystycznie. Po kolei, zaplanowane trasy wyglądały tak:

Trasa dojazdowa (zaczynamy wyjazd w Rzeszowie):

  • dzień 1: przez rumuńską Oradeę do serbskiego Smedereva, w którym naddunajskiej twierdzy nie udało się nam zobaczyć w 2013 r. podczas przejazdu wzdłuż Dunaju na granicy serbsko-rumuńskiej;
  • dzień 2: Nisz w Serbii (nie zmieścił się nam na trasie w 2013 r.) i dojazd do Macedonii, nocleg w Skopje;
  • dzień 3: zwiedzanie Skopje, przejazd zachodnią częścią Macedonii do Ochrydy (tam nocleg)
  • dzień 4: zwiedzanie Ochrydy i dojazd do Katerini w Grecji;
Wakacje 2014 - trasa dojazdowa

Wakacje 2014 – trasa dojazdowa

Wakacje 2014 - trasa powrotna

Wakacje 2014 – trasa powrotna

Trasa powrotna:

  • dzień 1: wyjazd z Katerini, zwiedzanie kilku starożytnych ruin w Grecji i Macedonii, wjazd do Kosowa, nocleg w Prisztinie;
  • dzień 2: zwiedzanie Prisztiny, przejazd przez północne (Serbska Mitrovica) i zachodnie (Pecz) Kosowo, dojazd do Prizrenu i tam nocleg;
  • dzień 3: zwiedzanie Prizrenu, wjazd do Albanii, zwiedzanie Kruje i Lezhe (nie zmieściły się w 2013 r.), dojazd do Szkodry, tam nocleg;
  • dzień 4: zwiedzanie Szkodry (przejechaliśmy przez nią po ciemku w 2013 r.), przejazd przez czarnogórskie Cetinje, Podgoricę i park narodowy Lovcen i zjazd nad Bokę Kotorską słynnymi serpentynami, nocleg w Herceg Novi;
  • dzień 5: zwiedzanie Herceg Novi, wjazd do Bośni i Hercegowiny, zwiedzanie Sarajewa i dojazd do Travnika (pominęliśmy go w 2013 r. ze względu na brak czasu), tam nocleg;
  • dzień 6: zwiedzanie Travnika, wjazd do Chorwacji, zwiedzanie Osijeku, wjazd na Węgry, dojazd do Pecs, tam nocleg;
  • dzień 7: zwiedzanie Pecs i już bez przystanków jazda do Polski, do Rzeszowa;

Już możemy zdradzić (w końcu piszemy ten tekst ponad pół roku po powrocie), że trasę w zasadzie udało się zrealizować. Musieliśmy jedynie ograniczyć zwiedzanie okolic Jeziora Ochrydzkiego (znów za mało czasu) i cały czas mamy pecha do Boki Kotorskiej. Pomimo drugiego już tam noclegu (Kotor w 2013 r, Herceg Novi w 2014) nadal na zobaczenie przez nas czeka tam bardzo wiele świetnych miejsc. Duże wrażenie zrobiło na nas Skopje oraz Kosowo i zachodnia Macedonia (ale z całkiem innych powodów niż Skopje).

No i już na miejscu, w Grecji, udało się także wygospodarować nieco czasu, choćby na objechanie gór Olimpu, czy odwiedzenie wyroczni w Delfach oraz miejsca słynnej bitwy w Termopilach. No ale wszystko opowiemy Wam, po kolei, w serii tekstów z cyklu „Tour de Europe 2014”. W następnym zaczniemy od pokazania Wam rumuńskiego miasta Oradea.

 

Inne wpisy z: Tour de Europe 2014

Ostatnim etapem naszej wakacyjnej podróży w 2014 r. był węgierski Pecs (Pecz). I pozostał w naszej pamięci na długo - to jedno z naszych "odkryć" na podróżniczej mapie Europy. Zawsze i wszędzie będziemy polecać odwiedziny w Pecs.

Osijek, Tvrda, plac św.Trójcy

Na koniec wakacyjnej podróży w 2014 r. wróciliśmy, choć tylko na kilka godzin, do Chorwacji. Powrót nieco sentymentalny, bo od Chorwacji (w 2010 r.) tak naprawdę zaczęła się nasze wielkie podróżowanie przez Europę.

Travnik, dom rodzinny Ivo Andrića, dziś jego muzeum

Ostatni dzień pobytu w Bośni podczas naszej wakacyjnej podróży w 2014 r. stał pod znakiem północy kraju i trzech malowniczych miasteczek w drodze do domu: Travnik, Maglaj i Doboj były naszymi celami.

 

Karnawał w Rio - jak to zorganizować ?

Karnawał w Rio de Janeiro to wydarzenie, które chyba każdy marzący o podróżach chciałby zobaczyć na własne oczy. Przeczytajcie, jak taki wyjazd zorganizować bezpiecznie, nawet gdy jedziecie w tak daleką podróż pierwszy raz w życiu.

Karnawał w Rio 2012. O egzotycznej podróży myśleliśmy w zasadzie od zawsze – kto o takiej nie myśli. Praktycznie od początku chodziła nam po głowie Ameryka Południowa, a wybór zacieśniał się pomiędzy Argentyną i Brazylią. Nie myśleliśmy wtedy o karnawale, chodziło jedynie o zobaczenie któregoś z tych krajów w tamtejszym sezonie letnim, czyli w czasie naszej zimy.

Najprostszym do zrealizowania etapem jest w tym wypadku zakup biletów lotniczych. W naszym przypadku impulsem był mailing Lufthansy, obwieszczający promocję lotów do Brazylii. Dostaliśmy go w czasie naszej wakacyjnej podróży w lipcu 2011 r. – informacja zastała nas we włoskiej Weronie. Decyzja była szybka, wieczorem po zakończeniu zwiedzania Werony, usiedliśmy w hotelu i… kupiliśmy bilety na drugą połowę lutego 2012 r. To nie była jakaś szalona promocja, bilety kosztowały ok.2500 zł, a że to miała być nasza pierwsza taka podróż, na wszelki wypadek dokupiliśmy jeszcze opcjonalne ubezpieczenie od kosztów rezygnacji. Koszty więc małe nie były.

Najważniejsza anegdota, dotycząca naszego wyjazdu na karnawał do Rio jest taka, że wcale nie lecieliśmy na karnawał. Nie mieliśmy pojęcia, że w czasie naszego pobytu w Rio trafimy na tę słynną na cały świat imprezę. Kluczem naszego wyboru terminu było to, by w Polsce w czasie naszej podróży trwały ferie zimowe w szkołach – wszak w Polsce zostawialiśmy trójkę naszych dzieci, z których dwójka była już wtedy w wieku szkolnym. A że ferie w Wielkopolsce wypadały wtedy w drugiej połowie lutego, bilety kupiliśmy na 14-22 lutego. Czyli Walentynki w samolocie, a co 🙂

Rio de Janeiro, plaża Ipanema

Rio de Janeiro, plaża Ipanema

Rio de Janeiro, plaża Ipanema wieczorem

Rio de Janeiro, plaża Ipanema wieczorem

Jeszcze tego samego dnia, po zakupie biletów, rozpoczęło się przeglądanie sieci pod kątem atrakcji Rio de Janeiro – i jakież było nasze zdumienie, gdy okazało się, że w jedyny weekend, jaki spędzimy w Rio (lecieliśmy wtorek – następna środa), przypada właśnie słynny karnawał 🙂 W życiu trzeba mieć jednak trochę szczęścia 🙂 Choć to „szczęście” oznaczało też oczywiście wyższe niż normalnie wydatki w Brazylii.

Rio de Janeiro, słynna Copacabana

Rio de Janeiro, słynna Copacabana

Trwał jednak nasz „Tour de Europe 2011” do hiszpańskiej Marbelli i z powrotem, zimowy wyjazd do Rio zszedł więc na plan dalszy, aż do powrotu do Polski. Już w sierpniu rozpoczęliśmy dalszą organizację wypadu do Brazylii – na początek przyszedł czas na rezerwację hotelu. Wiedzieliśmy już wtedy, że na czas karnawału ceny noclegów w Rio szybują w górę – i to jest niestety prawda. Karnawał trwa 5 dni i przez te 5 dni ceny za dobę w hotelu rosną (przynajmniej w 2012 r.) o dokładnie 100%. Rezerwacja na 8 dni składała się z 3 dni w „normalnej” cenie i 5 (tych w czasie karnawału) droższych dwukrotnie od tych normalnych.

Rezerwacja hotelu w Rio de Janeiro to osobny rozdział naszej batalii z organizacją wyjazdu. Nauczeni już wtedy korzystania z serwisu booking.com (wiernie do dziś rezerwujemy tam ogromną większość naszych wyjazdowych noclegów), oczywiście zaczęliśmy od tego serwisu. Najpierw o standardach – w 2012 r. prawie żaden hotel w Rio, dostępny na booking.com, nie miał w standardzie darmowego wifi – w każdym trzeba było dodatkowo za nie płacić, i to czasem horrendalne pieniądze, nawet do ponad 100 PLN za dobę. Ceny też niestety były z kosmosu, bywały hotele i za ponad 2 tys. PLN za dobę (pokój 2-osobowy) – i bez internetu w cenie 🙂

Rio de Janeiro, plaża Ipanema z lotu ptaka

Rio de Janeiro, plaża Ipanema z lotu ptaka

Kiedy w końcu wytypowaliśmy hotel, w którym chcieliśmy zamieszkać, zaczęły się schody. Nie wiem jak dziś, ale wtedy w sieci mnóstwo było informacji, że w Brazylii jest kłopot z akceptacją niektórych kart kredytowych (rzeczywiście był, o czym dalej). Próby obciążenia naszej Visy przy rezerwowaniu hotelu przez booking.com kończyły się dwukrotnie informacją z hotelu, że na karcie nie ma wystarczających środków (co było bzdurą). Zmieniliśmy hotel na inny, potem na jeszcze inny – za każdym razem serwis booking.com informował, że hotel nie może ściągnąć środków z karty – nawet gdy zmienialiśmy kartę na inną Visę, czy potem na MasterCarda. Zonk – mamy lot, a hotelu nie mamy.

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

I wtedy przyszła myśl szatańska – a może hotele w Rio traktują booking.com jak słup ogłoszeniowy – reklamują się tam, ale nie przyjmują rezerwacji, nie chcąc płacić serwisowi wysokiej (z tego co wiem) prowizji ? Sprawdzić to łatwo, wystarczy spróbować zarezerwować pokój w wybranym hotelu nie przez pośrednika, a bezpośrednio ze strony hotelu. No to szukamy w sieci strony naszego hotelu i składamy rezerwację na nasz termin. Podajemy dane karty, którą tenże hotel dwukrotnie odrzucał w booking.com. I co ? I przechodzi za pierwszym razem, dostajemy mailowo potwierdzenie i voucher od hotelu, kwota taka sama jak na booking.com, a karta magicznie zaczęła działać. W sumie się nie dziwię, hotele w Rio w czasie karnawału mają pełne obciążenie i nie potrzebują pośredników, którzy zabiorą im część kasy. Koniec końców więc – hotel też zarezerwowaliśmy.

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Czas na poszukiwanie informacji na temat karnawału, gdzie, co, jak i oczywiście za ile. Jak już wspominaliśmy, karnawał w Rio trwa 5 dni – dziś już wiemy że te 5 dni jest świętem totalnym – jak święto państwowe – nie pracuje nic poza sklepami spożywczymi i aptekami (no i kantorami). Centra handlowe zamknięte, poczty zamknięte, generalnie prawie wszystko zamknięte. Dotyczy to dni sobota – wtorek, w których to dniach odbywa się w zasadzie większość imprez, z karnawałem związanych.

„Karnawał w Rio”, który znacie z telewizji, to tak naprawdę dwa dni – niedziela i poniedziałek, kiedy to odbywają się konkursy szkół samby na Sambodromie. To jest cała sól karnawału i jeśli widzieć karnawał w Rio, to polecam właśnie te dwa dni. Karnawałowe występy na Sambodromie rozpoczynają się jednak wcześniej – już w piątek i sobotę są eliminacje i występy mniej ważne (szkoły dziecięce itp.). Bilety na te „wstępne” imprezy też obowiązują, ale są duuuuużo tańsze niż na właściwe konkursowe przemarsze – bo karnawał na Sambodromie to jest konkurs szkół samby.

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Laikowi znalezienie sposobu na kupienie biletów na Sambodrom może przysporzyć siwych włosów. Generalnie najczęściej znajdowane info jest takie, że bilety rozchodzą się jak ciepłe bułeczki na miejscu, wysyłka do Polski nie wchodzi w rachubę, ewentualnie dostać je można w agencjach turystycznych już w Rio – ale zapewne za kosmiczne pieniądze. Słowem – na pierwszy rzut oka – klops. Ale tylko na pierwszy rzut oka.

Rio de Janeiro, hotel Mar Ipanema, w którym mieszkaliśmy

Rio de Janeiro, hotel Mar Ipanema, w którym mieszkaliśmy

Jak poszukać po forach dyskusyjnych w sieci, to można znaleźć info o serwisie www.rio-carnival.net. I to będzie nasz bohater akcji „bilety na Sambodrom” Rio-Carnival.net opisuje się jako serwis internetowy brazylijskiej agencji turystyki, stworzony wyłącznie w celu promocji karnawału w Rio wśród zagranicznych turystów. To bardzo bogata w treść strona, której podstawową funkcją jest sprzedaż usług, z karnawałem związanych. Jako, że ponoć to serwis firmowany przez agencję rządową, zdecydowaliśmy się skorzystać z jego usług. Wprawdzie nie wysyła biletów do Polski, ale oferuje ich dostarczenie do niektórych hoteli lub odbiór w swoim biurze w Rio. Założyliśmy, że w konia nas nie zrobią i rzeczywiście bilety będą w Rio na nas czekały – choć potem pojawiła się nam w głowie inna opcja – będzie o tym dalej.

Teraz trochę o biletach na Sambodrom. Jak napisaliśmy, główne danie karnawału to dwa dni konkursowe, kiedy to najlepsze szkoły samby rywalizują o zwycięstwo. Dla zwycięskiej szkoły to niesamowity splendor i możliwość pozyskania wielu sponsorów, dla najgorszych to nawet groźba plajty. Dlatego w konkursowe występy wkładają one wszystko co mają, wystawiając ekipy po kilka tysięcy uczestników i wydając na stroje i dekoracje oraz specjalne platformy dla tancerzy po kilka milionów dolarów (występ trwa ok. godziny, a potem to wszystko… ląduje w koszu). I dlatego te dwa dni są tak ważne. Występy na Sambodromie kończy parada najlepszych szkół z konkursów, która ma miejsce z reguły w kolejną sobotę.

Rio de Janeiro, ten widok zna każdy

Rio de Janeiro, ten widok zna każdy

Rio de Janeiro, Sambodrom z lotu ptaka

Rio de Janeiro, Sambodrom z lotu ptaka

Sambodrom to prosta jak drut szeroka aleja o długości 700 m, po obu stronach obudowana trybunami, mogącymi pomieścić nawet ponad 70 tys. widzów. I w trakcie dwóch konkursowych dni jest wypełniony do ostatniego miejsca. Trybuny podzielone są na sektory, rozpoczynające się już na początku Sambodromu (te są najtańsze). Górne trybuny (tzw. grandstands) są tańsze w sektorach i są to miejsca stojące – na trybunach nie ma krzesełek. Wyjątkiem jest sektor 9, tzw. sektor turystyczny (czyli wiadomo, dla kogo przeznaczony), gdzie krzesełek wprawdzie też nie ma, ale miejsca na betonie są numerowane – bilety też są na określone miejsce. I to właśnie ten sektor jest najdroższy, jeśli chodzi o cenę biletów – ale za to jest podobno bezpieczniejszy (sami turyści) i mocniej pilnowany – wszak Rio do najbezpieczniejszych miejsc na ziemi nie należy.

Każdy sektor ma też miejsca niższe, na poziomie alei Sambodromu – to już są miejsca krzesełkowane i numerowane, dużo droższe od „grandstands”, ale i z dużo lepszym widokiem i tuż przy samych tancerzach, paradujących po Sambodromie. Pomiędzy górnymi i dolnymi miejscami w sektorach umieszczone są vipowe loże, które też można sobie wykupić.

Jakie bilety wybrać ? Sambodrom w Rio w trakcie karnawału jest najbezpieczniejszym miejscem w Brazylii – podobno. Ze względu na nagromadzenie wielkiej ilości ludzi oraz wizyty wielu celebrytów, polityków i innych osobistości, ochraniany jest przez tysiące policjantów, wojskowych i innych mundurowych. Z tego też powodu podobno wybór sektora nie ma znaczenia, patrząc pod kątem własnego bezpieczeństwa. Ale my, jadąc do Rio po raz pierwszy, jednak zdecydowaliśmy się na sektor turystyczny – bo i pewniej tam jakoś, i jego usytuowanie centralnie na Sambodromie daje gwarancję dobrego widoku na to, co się dzieje. Bilety na sektor 9 kosztują sporo – na stronie Rio-Carnival.net można je już kupić w wakacje poprzedniego roku – np. dziś (2 września), cena biletów na karnawał 2015 na sektor 9 to 237$ od osoby. I uprzedzam – w miarę zbliżania się terminu cena będzie rosła, a i biletów będzie szybko ubywać. Taniej na pewno nie będzie. Dla porównania – miejsca siedzące w niższych rzędach dla sektora 9 już dziś kosztują prawie 1000$ za osobę :).

Jedna ważna uwaga, w 2011 r. (nie wiem jak jest teraz), także i na Rio-Carnival.net były problemy z płatnością kartą. Po kilku nieudanych próbach zapłacenia za bilety kartą Visa, przeszła w końcu dopiero karta MasterCard. Ale serwis ten oferuje nie tylko same bilety na Sambodrom – przy ich zakupie lub po jego dokonaniu (do zakupu niezbędne jest założenie konta w serwisie, przez co potem mamy dostęp do prywatnej strony z historią zakupów i możliwością dokupienia kolejnych usług) można również np. dokupić sobie transfer (dojazd):

  • z lotniska do hotelu
  • z hotelu na Sambodrom i z powrotem w dniu parady

Jeżeli jedziecie, tak jak my, pierwszy raz do Rio, i tak jak my będziecie przerażeni informacjami o bezpieczeństwie w tym mieście, polecamy, tak jak my, skorzystać z tych usług. Transfer z lotniska kosztował nas 80 reali za 2 osoby – to tyle, ile „śpiewa” sobie w Rio taksówkarz za dojazd na lotnisko. W tej cenie o 5 rano na lotnisku w Rio czekał na nas kierowca z dedykowanym tylko dla nas minibusem, który zawiózł nas pod same drzwi hotelu w centrum Rio (trasa z lotniska do centrum to ok godziny jazdy w jedną stronę). Ale co równie ważne – jeżeli wykupicie transfer z lotniska, to razem z kierowcą na lotnisko przyjadą do Was Wasze… zakupione na Rio-Carnival.net bilety na Sambodrom. Odpada kłopot z szukaniem po Rio biura agencji, latanie z paszportem do niej itp. Tak więc od razu z samolotu, już z biletami na Sambodrom, można wygodnie, szybko i co najważniejsze bezpiecznie dostać się do swojego hotelu. Trzeba tylko po zakupie wysłać mailem dane dotyczące lotu – być może przy okazji będzie musieli, tak jak my, przebrnąć jeszcze przez słodki brazylijski bałagan – pytań o lot dostawaliśmy kilka od różnych osób, tak jakby nie komunikowali się tam na miejscu pomiędzy sobą. Ale słowa dotrzymali, transport był punktualnie na lotnisku.

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Druga rzecz, czyli transport w dniu parady na Sambodrom. Generalnie sam transport miejski w Rio jest do ogarnięcia potężnie trudny – to tak z doświadczenia. A już w dniach karnawału panuje tu potężny bałagan. Na Rio-Carnival.net rozpisane jest z reguły kilka tras autobusów, wożących turystów na Sambodrom – obejmują one najpopularniejsze hotele w centrum. W 2012 r. nie było na liście naszego hotelu (Mar Ipanema Hotel, w tym roku widzę już jest), wybraliśmy więc odjazd spod niedalekiego hotelu Caesar Park Hotel, umiejscowionego przy plaży Ipanema. I choć wykupuje się odjazd na konkretną godzinę (odjazdy są co pół godziny), to już na miejscu okazało się, że nikt tu tego nie sprawdza i wsiada się do pierwszego podjeżdżającego busa.

Sam transfer na Sambodrom wygląda jak spęd wszystkich busów z Rio – nie są to autobusy agencji. Teoretycznie powinny grupować pasażerów wg sektorów do których chcą się na Sambodromie dostać (stają wtedy w odpowiednich miejscach przed wejściami), ale w praktyce ładowano nas jak popadnie, po drodze jeszcze przesadzając do innych busów na Copacabanie. Końcowy rezultat był taki, że wylądowaliśmy po przeciwległej stronie Sambodromu i musieliśmy go obejść dookoła by trafić do swojego sektoru. A Sambodrom nie stoi w centrum i jego okolica przypomina fawelę, spacer tymi rejonami po zmroku (parada jest w nocy) jest lekko stresujący. Ale obyło się bez ofiar 🙂

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Rio de Janeiro, karnawał trwa także na ulicach

Usługa transferu na Sambodrom obejmuje też trasę powrotną, ale w ogólnym bałaganie na koniec parady i wielkim tłoku najnormalniej w świecie… nie znaleźliśmy naszych busów pod Sambodromem. Wracanie na piechotę o 5-tej rano do centrum trąci nieco samobójstwem, zabraliśmy się więc taksówką (taksówki w Rio nie są o dziwo przesadnie drogie). A jak jest z bezpieczeństwem w nocy w Rio niech świadczy fakt, że taksówkarz nawet w centrum nie zatrzymał się na żadnym czerwonym świetle, a na widok choćby grupki młodych ludzi stojących na skraju ulicy ewidentnie przyśpieszał…

I to w zasadzie wszystko, co związane było z organizacją logistyczną naszego wyjazdu na karnawał w Rio w lutym 2012 r. Jak widać, dmuchając na zimne, nie znając realiów, woleliśmy nie zdawać się na los i ograniczyć samodzielne poruszanie się po mieście rankiem i w nocy. Nie wiem na ile to konieczne, ale w naszym przypadku się sprawdziło o tyle, że nie uświadczyliśmy w Rio żadnej przykrej sytuacji. No i dało nam komfort nie martwienia się o odbiór biletów i dojazdy na Sambodrom.

Choć w czasie pobytu poruszaliśmy się normalnie komunikacją miejską (w obrębie centrum i do najważniejszych atrakcji) i też nam się nic nie stało. Tejże komunikacji miejskiej w Rio poświęcimy osobny wpis – jest tego warta 🙂

 

Inne wpisy z: Karnawał w Rio 2012

Po kulminacji pobytu w Rio - czyli paradzie karnawałowej na Sambodromie, przyszedł czas na trochę spokoju. Ostatnie dwa dni spędziliśmy na spacerowym zwiedzaniu centrum miasta, plażowaniu i... szukaniu czynnej poczty 🙂

Być w Rio de Janeiro w czasie karnawału i nie zobaczyć słynnej parady na Sambodromie to grzech. To tu odbywa się najbardziej widowiskowa część dorocznego święta, to tu szkoły samby walczą o zaszczyty i... przetrwanie. To tu "spala" się dziesiątki milionów dolarów w ciągu kilku nocy. Kolorowa zabawa jest w rzeczywistości ostrą walką o sławę i byt.

Rio de Janeiro z lotu ptaka, plaża Copacabana

Po raz pierwszy - i jedyny jak na razie - zdecydowaliśmy się zobaczyć atrakcje zwiedzanego miejsca z innej, niż z poziomu własnych nóg, perspektywy. Skorzystaliśmy z oferty jednego z miejscowych przewoźników i podziwialiśmy Rio de Janeiro z lotu ptaka, a dokładnie helikoptera.

 

Tour de Europe 2013 - podsumowanie

Wakacyjna wyprawa do Turcji w sierpniu 2013 r. była jak dotąd najdłuższym naszym wyjazdem turystycznym. Trwała aż 32 dni, z których 18 spędziliśmy w podróży, a pozostałe dwa tygodnie – na wakacyjnym pobycie w południowo-zachodniej Turcji.

Czas na krótkie podsumowanie wakacyjnego wyjazdu do Turcji AD’2013. Zacznijmy od początku:

Decyzja: gdzie i kiedy jedziemy

Tradycyjnie, organizację trasy wakacyjnej zaczynamy od najważniejszego wyboru: GDZIE. I nie tylko o kraj docelowy chodzi, ale o konkretne miejsce. Bez potwierdzonej rezerwacji w miejscu docelowym, nie zabieramy się za rezerwację hoteli na trasie dojazdowej i powrotnej, w ogóle nie zabieramy się za myślenie o tych trasach.

Na Turcję wybór padł dość szybko, natomiast dłużej trwał wybór konkretnego miejsca w tym kraju. Chcieliśmy zajechać możliwie daleko w głąb Azji, a jednocześnie być w zasięgu jak największej liczby atrakcji turystycznych. Jednocześnie dojazd tam miał także zapewniać atrakcje po drodze. No i koniecznie miał mieć dobre opinie w sieci, które jak zwykle były naszą jedyną możliwością weryfikacji jakości danego miejsca.

Ostatecznie rezerwacji dokonaliśmy, standardowo jak na nas, już w grudniu 2012 r. Wybór padł na małą miejscowość Boğaziçi, położoną jakieś 30 km na północ od Bodrum i willę w resorcie Lakeside Garden. Położenie spełniało wszystkie kryteria (po drodze m.in. Troja i Efez, w zasięgu Bodrum, Pammukale) a zakwaterowanie wydawało się spełniać kryteria jakościowe.

Wybór trasy

Tour de Europe 2013, Turcja, trasa dojazdowa

Tour de Europe 2013, Turcja, trasa dojazdowa

Tour de Europe 2013, Turcja, trasa powrotna

Tour de Europe 2013, Turcja, trasa powrotna

Mniej więcej dwa tygodnie trwało dogadywanie i dogrywanie szczegółów obu tras: dojazdowej i powrotnej – wiadomo, że unikamy jak ognia jechania dwa razy tą samą drogą, więc organizować musimy obie tak samo dokładnie.

Gdy już wybraliśmy siatkę miast, w których mieliśmy organizować noclegi (w których jest coś do zobaczenia i leżą w sensownej odległości pomiędzy sobą), to musieliśmy jeszcze sprawdzić atrakcje leżące pomiędzy nimi, tak aby i one stanowiły całość, a ta całość była możliwa do zrealizowania.

Koniec końców wybraliśmy dwie trasy:

  1. Dojazdowa: Banja Luka, Mostar (Bośnia i Hercegowina), Kotor (Czarnogóra), Durres, Saranda (Albania), Saloniki (Grecja) oraz Canakkale, Ayvalik i Izmir (Turcja)
  2. Powrotna: Bursa, Stambuł (Turcja, w Stambule 2 noclegi), Mełnik (Bułgaria), Zajecar, Nowy Sad (Serbia) i Koszyce (Słowacja)

Każde z tych miejsc, albo bezpośrednia jego okolica, miało nam coś do zaoferowania i pokazania, a trasy pomiędzy nimi gwarantowały dodatkowe atrakcje. W poszukiwaniu optymalnego przejazdu zdecydowanie wspomagaliśmy się praktycznymi opisami, które udało nam się znajdować w sieci.

I tak, część bałkańska naszej podróży to zdecydowanie zasługa forum w serwisie Cro.pl, które zawiera wiele naprawdę świetnych i szczegółowych relacji z podróży po całych Bałkanach, nie tylko po Chorwacji, choć nazwa na to wskazuje. Część turecka to także to samo forum Cro.pl oraz największa kopalnia wiedzy o Turcji w polskiej sieci – serwis TurcjawSandalach.pl

Koniec końców, rezerwacja noclegów na obu trasach zajęła nam pierwszy tydzień stycznia 2013 r. W święto Trzech Króli byliśmy praktycznie gotowi z planem wakacyjnym.

Przygotowania i pakowanie

Jako że do tej pory nasze wakacyjne wypady opierały się (nie licząc Szwajcarii, ale tam również nie ma problemów granicznych) w zasadzie wyłącznie na krajach Unii Europejskiej, to wyprawa AD’2013 była dla nas kompletną nowością. Każdy z krajów (może poza Słowacją i Węgrami) był dla nas nowy i musieliśmy nabywać o nich wiedzę, zarówno z sieci, jak i z przewodników drukowanych, których w czasie przygotowań uzbieraliśmy całkiem niezłą ilość.

Tour de Europe 2013 - pakowanie

Tour de Europe 2013 – pakowanie

Skoro nie jedziemy po terytorium UE, to co chwila zmieniają się przepisy, waluty, granice i stopień „cywilizacji”. Trasy wybraliśmy maksymalnie atrakcyjne pod każdym względem, dlatego mocne miejsca w nich znalazły kraje, co do których nie byliśmy pewni niczego, które nie zostały zbyt dobrze przez polskich i w ogóle jakichkolwiek turystów zbyt dobrze opisane w sieci, a tylko Internet daje jakąkolwiek gwarancję aktualności informacji. Drukowane przewodniki tego nie są w stanie zapewnić, ze swoim 2-3 letnim cyklem aktualizacji.

Tour de Europe 2013 - gotowi do drogi powrotnej

Tour de Europe 2013 – gotowi do drogi powrotnej

A już np. informacje dotyczące Albanii ograniczają się praktycznie wyłącznie do straszenia, co się, komu i w jaki sposób może stać, na co uważać i czego się bać. Czytanie takich tekstów sprawia, że potem człowiek jedzie i spędza czas na oglądaniu się dookoła, zamiast na wchłanianiu tego, co się mu podoba i co chciał zobaczyć. Mieliśmy już taki wyjazd – do Rio de Janeiro, i dokładnie tak poddaliśmy się opisom przestępczości. Więcej tego nie zrobimy, dlatego też cały czas Albanię traktowaliśmy jako największą przygodę (może na równi ze Stambułem) na obu trasach w jedną i drugą stronę.

Dużym wyzwaniem było spakowanie się na tak długi wyjazd. Standardowo bowiem zawsze pakowaliśmy się osobno na miejsce do celowe (2 tygodnie wakacji) i osobno na trasę dojazdową (lub powrotną). Tak, żeby po drodze do każdego z hoteli zabierać tylko te walizki, które zawierają rzeczy na drogę, a nie wypakowywać całego samochodu za każdym razem i każdego dnia. W przypadku trasy AD’2013 szczególnie długość trasy dojazdowej (w sumie 11 dni) sprawiała, że rzeczy potrzebne na dojazd i tak musieliśmy dodatkowo podzielić na dwie części. A potem to wszystko odpowiednio w samochodzie ułożyć, tak aby te potrzebne rzeczy były na wierzchu, a nie pod spodem.

Co się udało, a co nie

Cały wyjazd zdecydowanie oceniamy pozytywnie, choć chyba nieco przesadziliśmy z jego długością. 32 dni, w większości spędzone na intensywnym zwiedzaniu, to jednak troszkę za długo, po powrocie potrzebowaliśmy odpoczynku, by wrócić do normalnego funkcjonowania. Dlatego kolejny wyjazd – ten AD’2014 (nie ukrywajmy – mamy też już zaplanowany i zarezerwowany – w końcu jest już połowa lutego :)) będzie zdecydowanie krótszy. Zresztą w ogóle zmieniamy lekko styl podróżowania w tym roku, ale to materiał na osobny wpis.

Gwiazdka w środku lata po raz pierwszy - "Kevin sam w domu" po turecku w Izmirze

Gwiazdka w środku lata po raz pierwszy – „Kevin sam w domu” po turecku w Izmirze

Gwiazdka w środku lata po raz drugi - "Szklana pułapka" po serbsku w Zajecarze. I to tłumaczenie...

Gwiazdka w środku lata po raz drugi – „Szklana pułapka” po serbsku w Zajecarze. I to tłumaczenie…

Udała się nam ogromna część podróży. Sprawdziło się też troszkę zmienione jej planowanie, po raz pierwszy bowiem oprócz poszukiwania atrakcji w miastach „noclegowych” po drodze, szukaliśmy też ciekawych miejsc na trasach je łączących. To po pierwsze spowodowało w kilku wypadkach projektowanie tras kompletnie oderwanych od tych najkrótszych i najbardziej ekonomicznych, a w kilku innych – przeładowanie tras atrakcjami.

I to przeładowanie odbiło się nam czkawką, szczególnie w tak oczekiwanej przez nas Albanii, bo nie wzięliśmy pod uwagę dwóch rzeczy, z których jedna (to tak na usprawiedliwienie) była kompletnie nieprzewidywalna. Ta przewidywalna, ale związana z naszym kompletnym brakiem doświadczenia poza UE, to konieczność przejeżdżania przez kolejne granice, odprawy, pieczątki, kontrole i przede wszystkimi korki przed nimi się tworzące. Korek na granicy Czarnogóra – Albania spowodował, że całą północną część albańskiej trasy musieliśmy sobie odpuścić z powodu zapadającego zmierzchu.

Winogrona kupowane przy drodze Turcji. Ta kiść ważyła... 2 kg

Winogrona kupowane przy drodze Turcji. Ta kiść ważyła… 2 kg

Druga, o wiele bardziej znamienna w skutki rzecz, to awaria naszego samochodu, który od Albanii właśnie bardzo intensywnie się przegrzewał na jeździe pod górę na niskich biegach i wysokich obrotach (także podczas jazdy w korku, z tych samych powodów). To sprawiło, że kilka miejsc podczas tych wakacji w ogóle musieliśmy odpuścić (zrezygnowaliśmy m.in. z dojazdu do: Doliny Motyli i Myry w Turcji, bocznej drogi i monasterów w Serbii, kilku miejsc na bocznych drogach w Albanii). Usterka ta ciągnęła się za nami i zmieniała nam plany od czwartego dnia trasy dojazdowej (wjazd do Albanii) do piątego dnia trasy powrotnej (wjazd do Serbii), samochód przegrzewał się wielokrotnie i wielokrotnie musieliśmy stawać po drodze by wystygł, żeby w ogóle móc dalej jechać. O zwiedzaniu atrakcji, związanym z wjechaniem w góry nie było mowy.

Co ciekawe, po wjechaniu do Serbii, do dnia dzisiejszego samochód sprawuje się normalnie bez żadnego serwisowania, więc chyba wpływa miały naprawdę ekstremalne temperatury, które nam towarzyszyły w miejscach, gdzie dopadała go „słabość”. Tak czy tak, znów planujemy góry na wakacyjnej wyprawie AD’2014, więc autko musi przejść gruntowny przegląd.

Podsumowanie

W cyfrach można nasze wakacje 2013 r. podsumować tak:

  • wyprawa trwała 32 dni (1 sierpień – 1 wrzesień 2013 r.)
  • trasa przebiegała, nie licząc Polski, przez 10 krajów (Słowacja, Węgry, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Albania, Grecja, Turcja, Bułgaria, Serbia), z których aż w siedmiu (poza Słowacją, Węgrami i Chorwacją) byliśmy po raz pierwszy
  • przejechaliśmy 11.000 km, z czego 4.400 km to trasa dojazdowa, a 4.000 km – trasa powrotna. Przeszło 2.500 km przejechaliśmy podczas 14 dni wakacji w Boğaziçi
  • przywieźliśmy ze sobą przeszło 18.000 zdjęć, z których po weryfikacji i przebraniu zostało i tak sporo ponad 10.000 sztuk – część z nich widzicie dziś na naszym blogu jako ilustrację do opisu podróży
  • opis wyprawy zawarliśmy na blogu aż w 79 wpisach (co i tak jest z naszej strony „streszczeniem”, pierwotny plan zakładał aż 99 wpisów), które produkowaliśmy od początku października (miesiąc od powrotu zajęło nam porządkowanie zdjęć i produkowanie „fizycznych” fotoksiążek z wyprawy, które stały się już naszym domowym standardem) do dziś, czyli do połowy lutego 2014 r.

Po wyprawie AD’2013 znacznie zawęziła się lista krajów w Europie, których jeszcze nie odwiedziliśmy. Po raz pierwszy uderzyliśmy w Europę środkowo-wschodnią i Bałkany, a to co tam zobaczyliśmy sprawiło, że kolejny wyjazd, ten w 2014 r., potraktujemy niejako jak suplement do ubiegłorocznej wyprawy. Będziemy chcieli zobaczyć miejsca, których nie widzieliśmy wcześniej. Kierunek będzie mniej więcej ten sam, choć destynacja znacznie bliższa, a cała wyprawa wakacyjna będzie duuuuużo krótsza. Ale i tak przybędą nam na liście „zaliczonych” kolejne dwa europejskie (i bałkańskie) kraje. Bo Bałkany okazały się bardzo fascynujące.

Turcja ma też oczywiście fastfoody

Turcja ma też oczywiście fastfoody

A sama Turcja. Jak bardzo się nam spodobała, niech poświadczy jeden fakt. Od kiedy w grudniu 2012 r. zarezerwowaliśmy wakacje w Boğaziçi i zaczęliśmy studiować relacje z innych wypraw do tego kraju, tak się nimi zafascynowaliśmy, że zanim pojechaliśmy na pierwszy wyjazd do Turcji, w czerwcu 2013 r. zarezerwowaliśmy sobie bilety na loty na drugie wyjazd do tego kraju – tym razem w inną jego część.

Bo Turcja wg tego, co odczuliśmy po lekturze przeróżnych opisów, różnych ludzi i z różnych regionów kraju, to tak naprawdę co najmniej dwa różne światy – ta zachodnia, najeżdżana co roku przez miliony zachodnich turystów, skomercjalizowana i taka (wg nas oczywiście) „trochę na pokaz” i dostosowana do potrzeb turystyki. Ta druga to ta tradycyjna, gdzie turysta jest rozpoznawalny na ulicy, bo jest rzadkością, w żaden sposób nie podlegająca wpływom turystów, gdzie to oni, wpadając w ich rzeczywistość, dostosowują się do niej, a nie odwrotnie. Obszar, gdzie turysta może swobodnie oglądać bez tłoku atrakcje i zabytki, ponosząc jedną cenę – samemu będąc atrakcją (w dobrym tego słowa znaczeniu) dla miejscowych mieszkańców, przyjaznych, gościnnych i gotowych pomóc w każdej sytuacji, nawet tej daleko wykraczającej ponad pomoc rozumianą przez nas, turystów z zachodu.

I tę drugą podróż do Turcji, którą zakończyliśmy ledwie dwie doby temu, zaczniemy opisywać już wkrótce na naszym blogu. A jak mieszkańcy wschodniej Turcji potrafią pomagać nam, zachodnim turystom ?

Sytuacja z Dogubeyazit na wschodnim krańcu Turcji, u podnóża Araratu: idziemy we dwójkę z plecakami w kierunku dworca autobusowego. Dla pewności pytamy o kierunek dwóch mężczyzn oczekujących przy drodze na dolmusza. Ci dwaj pokazują, żeby poczekać chwilkę, że zaraz będzie dolmusz, który nas na dworzec podrzuci (nie potrafią zrozumieć idei chodzenia z ciężkim plecakiem na plecach). Z pobliskiego sklepu wychodzi sprzedawca, który okazuje się znać angielski i sam też tłumaczy nam drogę do dworca. A obok tego wszystkiego od razu staje przygodnie przejeżdżający van z samym kierowcą w środku, który też czuje się w obowiązku wytłumaczyć nam drogę. Wszystko to dzieje się na raz, w momencie gdy dwójka białych z plecakami wydaje się mieć problem.

Mało tego – tenże kierowca vana odjeżdża od nas, ale przejeżdża kawałek i zawraca, ponownie zjawiając się przy nas, już idących spokojnie w stronę dworca. Nie daje sobie odmówić podwiezienia (choć zostało nam raptem 500 m spaceru), a co więcej, w trakcie jazdy pyta gdzie jedziemy (do Van) i z miejsca oferuje darmową podwózkę do miasta, do którego mamy się udać – a było do niego z Dogubeyazit tylko… 185 km 🙂 I trzy godziny jazdy w jedną stronę 🙂 Odmówiliśmy, bo już mieliśmy bilety na autobus. Z tym autobusem była kolejna fajna historia, ale to już opowiemy przy okazji wpisu o Dogubeyazit.

I tak kończymy historię wakacyjnej podróży do Turcji, płynnie przechodząc w podróż zimową do Turcji 🙂 Znów mnóstwo atrakcji, ale charakter jakże inny – bez samochodu, bez zaplanowanych miejsc noclegowych, z organizacją na bieżąco i całym „dobytkiem” na plecach”. Zapraszamy do dalszego poznawania Turcji – pierwsza zajawka na blogu już wisi.

 

Inne wpisy z: Tour de Europe 2013

Tak wyglądał nasz samochód po odebraniu od obsługi hotelowej

Jeśli dużo podróżujecie, to istnieje statystyczne prawdopodobieństwo, że w masie dobrych i wspaniałych rzeczy zdarzy Wam się pod drodze doświadczenie przykre. Życie. Nie ma świata idealnego, każdy kiedyś błąd czy pomyłkę popełni, trzeba być wyrozumiałym. Pod warunkiem, że widzimy chęć naprawy czy załagodzenia sytuacji drażliwej. Gorzej, jeśli ten ktoś narobi Wam problemów i Was z nimi zostawi.

Wakacyjna wyprawa do Turcji w sierpniu 2013 r. była jak dotąd najdłuższym naszym wyjazdem turystycznym. Trwała aż 32 dni, z których 18 spędziliśmy w podróży, a pozostałe dwa tygodnie - na wakacyjnym pobycie w południowo-zachodniej Turcji.

Kežmarok (polska nazwa: Kieżmark), niespełna 20-tysięczne miasto na Słowacji, był ostatnim punktem na naszej mapie trasy Tour de Europe 2013 - wakacyjnej wyprawy do Turcji. Spędziliśmy w nim trochę czasu na zwiedzaniu historycznej starówki.

 

Turecki Kurdystan, podróż w stylu dowolnym

Kilka dosłownie dni pozostało nam do pierwszego „poważnego” (czyt. dłuższego niż na weekend) wyjazdu turystycznego w tym roku. Jedziemy do krainy, której istnienie w Turcji się neguje i którą uważa się (nieco niezgodnie z prawdą) za tę niebezpieczną część kraju – do Kurdystanu.

Licznik pokazuje niewiele ponad 3 doby do wylotu na pierwszą w tym roku dłuższą podróż. Pierwszy raz zatem w historii tego bloga opiszemy nasze podróżnicze plany PRZED ich wdrożeniem w życie 🙂

Turcja zafascynowała nas… zanim do niej pierwszy raz pojechaliśmy w sierpniu ubiegłego roku. Z racji długiego, 32-dniowego wyjazdu (nadal jesteśmy w trakcie spisywania tekstów ze wszystkich odwiedzonych miejsc, choć na szczęście ten wątek jest już na ukończeniu) dość dużo przeczytaliśmy i w sieci i poza nią o Turcji, nie tylko o południowo-zachodniej jej części, w której byliśmy.

No i wchłonęło nas. Efekt jest taki, że zanim pojechaliśmy do Turcji po raz pierwszy, mieliśmy już kupione bilety na drugi wyjazd, który zmaterializuje się za trzy dni. Już w czerwcu skorzystaliśmy z promocji linii Pegasus, latającej m.in. z Berlina, i kupiliśmy sobie bilety lotnicze do tej dalszej, południowo-wschodniej części Turcji, z przesiadką w obie strony w Stambule.

Wieziemy w sobie cząstkę ryzyka, bo planowana trasa w dużej części wiedzie w niedalekiej odległości od granicy z Syrią, a co się tam dzieje – wie każdy. Ale po tureckiej stronie, poza nielicznymi incydentami, nic wielkiego nie zachodzi, więc raczej nie nastawiamy się na negatywne przygody.

Tą zimową eskapadą do Turcji zmieniamy dość stanowczo nasz styl podróżowania w kilku aspektach jednocześnie. Najłatwiej zauważyć czas – jedziemy zimą, a nie w czasie największych letnich upałów, co trochę zmienia logistyczne przygotowania do podróży (od dłuższego czasu zaopatrywaliśmy się w niezbędne części garderoby), szczególnie że podróż zaplanowana jest tak, że zaczniemy ją w temperaturach 15 stopni i lekko wyżej, a skończymy poniżej zera (mowa o temperaturach w szczycie dnia). Jedną wyprawę w czasie polskiej zimy już zaliczyliśmy co prawda, ale naprawdę ciężko jest nazwać tydzień pobytu w Rio de Janeiro na karnawale (tak, nie ma jeszcze opisu tej wyprawy na blogu, ale na pewno się pojawi) wyjazdem zimowym – w Rio w lutym 2012 r. było cały czas powyżej 30 stopni.

Turcja

Turcja

Jeszcze ważniejszą zmianą jest oczywista oczywistość – lecimy samolotem, więc nie będziemy mieli pod ręką swojego samochodu. A to oznacza kolejne zmiany – logistyczną (zmiana walizek na turystyczne plecaki, przestawienie się na oszczędne pakowanie – wszak wszystko będziemy nosić na własnych garbach, no i sam zakup plecaków – oczywiście też już za nami), oraz „planistyczną” – zakładamy transport publiczny jako środek przenoszenia i trzeba do tego odpowiednio dopasować trasę. Plan zakłada wynajem samochodu (w zasadzie wynajmu już dokonaliśmy przez sieć :-)) na jednym odcinku (Diyarbakir – Mardin – Midyat – Hasankeyf – Diyarbakir), na który założyliśmy sobie dwie doby. Wynajetymi samochodami objedziemy też tereny dookoła Antakyi, Sanliurfy i Van – o ile oczywiście uda się nam nasz plan wdrożyć w życie i poruszać się zgodnie z dzisiejszymi założeniami.

No i trzecia zmiana, dla nas wręcz rewolucyjna 🙂 Plan ogranicza się do: wyznaczenia optymalnej z punktu widzenia atrakcji turystycznych trasy oraz zarezerwowania pierwszego (bo przylatujemy przed północą i nie będziemy szukali na własną rękę) i ostatniego (międzylądowanie w Stambule) noclegu w Turcji. Reszty noclegów oraz przejazdów na prawie żadnej trasie – nie mamy zaplanowanych, będziemy się organizować na bieżąco.

Koniec końców – skręcamy od turystyki do podróżnictwa i w tym duchu „planujemy planować” dalsze eskapady. Dalszego skręcania (w stronę backpackingu) raczej nie planujemy. Wychodzimy z założenia, że styl podróżowania ma być adekwatny do jego celów i tego się trzymać będziemy.

Podsumowując – będzie fajnie 🙂 Nowy styl, więcej przygody, więcej interakcji z „lokalsami”, głębiej w lokalność a mniej oglądania świata przez szybę samochodu. Ale nadal z zamiarem jak najgłębszej eksploracji atrakcji turystycznych regionu jako celem nadrzędnym. No i ten walentynkowy poranek w azjatyckiej części Stambułu…. 🙂

Będzie największy turecki meczet w Adanie, kościół św.Piotra w Antakyi (Hatay), święty staw z karpiami w Urfie, Diyarbakir – stolica tureckiego Kurdystanu, ginące zabytkowe miasto Hasankeyf, widok na Ararat w Doğubayazıt i koty o dwukolorowych oczach w Van – przynajmniej taki jest plan 🙂 No i ta podobno „prawdziwa” Turcja, nie zblazowana pieniędzmi milionów turystów, nie-europejska i silnie tradycyjna. Dużo mniej turystyczny region w silnie mniej turystycznym okresie.

PS. Optymalną trasę macie na grafice. Lądujemy w Adanie, pokonujemy jakieś 1500 km i 8,5 dnia później odlatujemy z Van. W Stambule spędzamy 12 godzin i wracamy do „cywilizacji” (trzymać kciuki :-)).

 

Inne wpisy z: Turcja

Lutowa wyprawa do tureckiego Kurdystanu była naszą pierwszą objazdową podróżą realizowaną bez samochodu. Czas na małe podsumowanie organizacji logistycznej - transportu, noclegów i wszystkiego, co musieliśmy ogarnąć w czasie pobytu w południowo-wschodniej Turcji.

Stambuł, meczet Şemsi Paşa Camii

Üsküdar, jedna z większych i najbardziej zaludnionych dzielnic Stambułu, gościł nas przez ułamek dnia podczas drogi powrotnej z podróży po południowo-wschodniej Turcji. Czasu wystarczyło na zwiedzenie kilku znaczących meczetów azjatyckiej części tej wielkiej aglomeracji.

Jezioro Van jest jedną z najbardziej znanych atrakcji w całej Turcji, choć w porównaniu z zachodnią częścią kraju, turystyka tu dopiero raczkuje. To "ojczyzna" słynnych kotów z Van, największe i najgłębsze jezioro Turcji, z wodą o bardzo silnym odczynie zasadowym.

 

Tour de Europe, edycja 2013 - czyli jedziemy do... Azji

Taka mniej więcej decyzja zapadła w naszym domu pod koniec 2012 r. Tym razem cel kompletnie kłócił się z nazwą, bo punktem docelowym kolejnego Tour de Europe miała być… Azja.

Niniejszym wpisem zaczynamy długi (zapewne nawet bardzo długi) cykl wspomnień z kolejnego już naszego wakacyjnego wyjazdu w formule „Tour de Europe”. Rozważania na temat destynacji zaczęliśmy tradycyjnie zaraz po zakończeniu zeszłorocznego wyjazdu. Jak zawsze,miała ona być odległym punktem południowej Europy (gwarantowana pogoda), podparta atrakcyjną turystycznie trasą „do” i „z”.

Po ostatnich dwóch wyjazdach wakacyjnych, spędzonych w różnych regionach Hiszpanii, zdecydowaliśmy się na zmianę destynacji. W grę wchodziły dwie możliwości – jeszcze dalej na Półwysep Iberyjski, czyli Portugalia lub południe Włoch (czyt. okolice Neapolu lub wręcz Sardynia). Portugalia odpadła dość szybko, głównie ze względu na kosmiczne ceny wynajmu interesujących nas pod względem wielkości i standardu lokali. No i kierunek jakoś nie za bardzo różnił się od Hiszpanii… Południowe Włochy, pomimo niezwykle nęcącej perspektywy zwiedzenia całych Włoch, od północy do południa, i to w obie strony, także odpadły – i to z tego samego powodu – w sierpniu (a wyjazd w tym roku wypada nam w sierpniu) wszyscy Włosi wyjeżdżają na wakacyjne urlopy i ceny rosną niebywale – nawet w stosunku do lipca o 30%. A korki na drogach biją podobno rekordy świata.

Tour de Europe 2013, Turcja, nasze miejsce docelowe

Tour de Europe 2013, Turcja, nasze miejsce docelowe

Z tych dwóch możliwości wygrywa więc ta… trzecia 🙂 Też maksymalnie na południu – czyli Turcja. Co wiedzieliśmy o Turcji w tym momencie ? Leży na styku Europy i Azji, na pewno warto zobaczyć Stambuł i… tyle. No, z pamięci da się wymienić kilka klubów piłkarskich 🙂 A i tak będą one głównie ze Stambułu. Wkroczyliśmy więc w etap czytania całego Internetu, który pisze o Turcji. I tu zdecydowanie Turcja ma się czym chwalić: w polskiej sieci ma bowiem dwa niezwykle pomocne serwisy, których nie dorobił się chyba żaden inny kraj (może poza Chorwacją, o czym zaraz będzie) – serwis Turcja w Sandałach, będący niemal kompletnym, a w wielu wypadkach lepszym kompedium wiedzy o tym kraju od każdego znanego nam przewodnika papierowego oraz forum turystyczne serwisu Cro.pl, poświęconego… Chorwacji. Aczkolwiek forum to przerodziło się samorodnie w zbiór wakacyjnych relacji z różnych części Europy i nie tylko (polecamy dział „Jak nie Chorwacja to… ???” na forum). Turcja gra tam pierwsze skrzypce. A relacje tam zamieszczane są niedoścignionym wzorem.

Podstawowe informacje o Turcji były już poza nami: 80 milionów mieszkańców (17 miejsce na świecie, ponad 2 razy więcej od nas) i 2,5 raza większa powierzchnia od Polski. No i tylko 3% powierzchni Turcji leży w Europie, czyli było duże prawdopodobieństwo, że tegoroczne Tour de Europe zakotwiczy w… Azji 🙂

Szukaliśmy przede wszystkim – dobrej pogody, fajnych plaż, ośrodka nadającego się na wakacje z dzieciakami, no i… czegoś do zwiedzania w okolicy. OK, pogoda najłatwiej da się przewidzieć – praktycznie wszędzie na wybrzeżu w sierpniu można się zakładać u bukmachera o pogodę – ale chyba żaden bukmacher nie przyjmuje takich zakładów – wszak żaden bukmacher nie chce przegrać kasy.

Co do plaż – wg standardu tzw. Blue Flag, uwzględniającego standardy i czystość: plaży, piasku i wody, Turcja zajmuje trzecie miejsce na świecie, ustępując pod względem plaż spełniających ten standard tylko Hiszpanii i Grecji. W sezonie 2013 aż 383 plaże w Turcji mieszczą się na liście standardu Blue Flag (dla porównania – Polska ma obecnie 28 plaż spełniających ten standard).

Tour de Europe, Turcja 2013, przybliżona trasa dojazdowa

Tour de Europe, Turcja 2013, przybliżona trasa dojazdowa

Co do atrakcji turystycznych – Turcja wręcz wymiata. Połowa starożytnych atrakcji, znanych z lekcji historii, leży dziś w Turcji, że wystarczy wymienić: Troję, Pergamon, Efez. Te najbardziej z lekcji znane leżą na zachodnim wybrzeżu Turcji, nad Morzem Egejskim. Jest ich zresztą dużo, dużo więcej – niczym dziwnym więc zdaje się nasz wybór – udajemy się w południowe (a jakże) rejony tureckiego wybrzeża Morza Egejskiego. Kryterium południa spełnione, kryterium atrakcji turystycznych także.

Tegoroczną destynację znaleźliśmy znów na Casamundo.pl (przygodę z tym serwisem, niezmiennie udaną, rozpoczęliśmy od wakacji na Mazurach w 2010 r.) . Zakwaterowanie znaleźliśmy w miejscowości Boğaziçi, mniej więcej 30 minut jazdy na północ od znanego kurortu tureckiego – Bodrum. Więcej opiszemy pewnie w osobnym wpisie.

Jeśli teraz sprawdzacie na mapach dystans – z Wielkopolski, w której mieszkamy, do Boğaziçi w Turcji jest wg najkrótszej trasy mniej więcej 2.900 km. Ale naszym celem nie jest nigdy jak najszybsze przejechanie trasy docelowej, a wręcz przeciwnie – poszukujemy najbardziej atrakcyjnej turystycznie trasy – w wielu przypadkach jest to jedyna możliwość zobaczenia miejsc, które nie przebiegają na topowych trasach tranzytowych. To samo dotyczy trasy „z” destynacji do Polski – nie najkrócej, ale najbardziej atrakcyjnie (i możliwie „ekstremalnie”, biorąc pod uwagę podróż z dziećmi) turystycznie. Z urzędu pominęliśmy więc najkrótszą kilometrowo trasę przez Rumunię i Bułgarię.

Koniec końców trasa dojazdowa została przez nas „zaprojektowana” na długość 4.000 km i przebiegała przez Słowację, Węgry, skrawek Chorwacji, Bośnię i Hercegowinę (2 noclegi), Czarnogórę (nocleg), Albanię (2 noclegi), Grecję (nocleg) i Turcję (3 noclegi). Trasa powrotna to 3.800 km i również 3 noclegi w Turcji, Grecja, Bułgaria (nocleg), Serbia (2 noclegi), Węgry i Słowacja (nocleg). W obie strony mnóstwo atrakcji w miejscach noclegowych i pomiędzy nimi.

Tour de Europe 2013, Turcja, trasa powrotna

Tour de Europe 2013, Turcja, trasa powrotna

Podczas 14-dniowego pobytu w okolicach Bodrum zamierzaliśmy sporo pozwiedzać, wieźliśmy ze sobą kilka pomysłów na trasy turystyczne. Jedną wycieczkę mieliśmy już „klepniętą” – dwudniową wyprawę w kierunku jednej z najpiękniejszych plaż świata – plaży Patara, z noclegiem w pobliskiej miejscowości Gelemis. Po drodze mnóstwo atrakcji: Fethiye, Oludeniz (plaża Błękitna Laguna i zatoka motyli), opuszczone miasto Kayakoy czy wąwóz Saklikent i kilka innych, pomniejszych, starożytnych ruin.

Zapowiadało się jak na nas innowacyjnie, w końcu po raz pierwszy na taką skalę opuszczaliśmy kochaną Unię Europejską, czyli witamy kolejki na granicach, kontrole celników, wizy, opłaty wjazdowe, zielone karty, egzotyczne waluty i kraje, będące dla nas kompletną białą plamą, jeśli chodzi o doświadczenia. Wspomnijmy tylko, że dwie doby zamierzaliśmy spędzić w Albanii, o której krążą w polskiej sieci turystyczne legendy (te pozytywne i negatywne też).

Zagłębiliśmy się więc z lekturę wszelkiego rodzaju przewodników (drukowanych) i wspomnień (w internecie) z Turcji, coraz bardziej przekonując się, już przed wyjazdem, że był to dobry wybór. To, co o Turcji przeczytaliśmy przed pierwszym wyjazdem, sprawiło, że już wiedzieliśmy że na tych jednych odwiedzinach się nie skończy. Co zresztą wprowadzamy w czyn – już na 100% za kilka miesięcy do Turcji powrócimy. Ale na razie zapraszamy na opis naszej pierwszej wyprawy do Azji i Turcji.

 

Inne wpisy z: Tour de Europe 2013

Tak wyglądał nasz samochód po odebraniu od obsługi hotelowej

Jeśli dużo podróżujecie, to istnieje statystyczne prawdopodobieństwo, że w masie dobrych i wspaniałych rzeczy zdarzy Wam się pod drodze doświadczenie przykre. Życie. Nie ma świata idealnego, każdy kiedyś błąd czy pomyłkę popełni, trzeba być wyrozumiałym. Pod warunkiem, że widzimy chęć naprawy czy załagodzenia sytuacji drażliwej. Gorzej, jeśli ten ktoś narobi Wam problemów i Was z nimi zostawi.

Wakacyjna wyprawa do Turcji w sierpniu 2013 r. była jak dotąd najdłuższym naszym wyjazdem turystycznym. Trwała aż 32 dni, z których 18 spędziliśmy w podróży, a pozostałe dwa tygodnie - na wakacyjnym pobycie w południowo-zachodniej Turcji.

Kežmarok (polska nazwa: Kieżmark), niespełna 20-tysięczne miasto na Słowacji, był ostatnim punktem na naszej mapie trasy Tour de Europe 2013 - wakacyjnej wyprawy do Turcji. Spędziliśmy w nim trochę czasu na zwiedzaniu historycznej starówki.

 

Zwiedzamy Londyn za pół ceny. I dlaczego potrzebne nam do tego brytyjskie koleje ?

Każdy pobyt w Londynie dłuższy niż 2-3 dni wymaga gruntownej kalkulacji. Ceny w angielskiej stolicy są dla „polskich” Polaków, czyli tych nie mieszkających w Londynie na stałe, delikatnie mówiąc odrzucające. Warto więc przemyśleć swoje plany turystyczne i „transportowe” w czasie pobytu w „Lądku”.

Każdy wyjazd turystyczny wcześniej czy później kończy się na ekonomii – plany turystyczne versus realia ekonomiczne 🙂 Londynu dotyczy to jak rzadko której destynacji – brytyjskie ceny nijak przystają do polskiej rzeczywistości. Podamy teraz organiczny przykład – jedziemy na weekend majowy (1-6 maja 2013 r.) do Londynu, głównym celem jest zwiedzanie. Drugim celem jest: zwiedzanie. A trzecim: zwiedzanie 🙂

Warto pamiętać, że transport miejski i zwiedzanie to w przypadku Londynu w wielu miejscach część wspólna. Tzn. im więcej zamierzamy jeździć transportem miejskim w celu zwiedzania atrakcji miasta – tym bardziej opłaca się nam… myśleć i liczyć !

Londyński piętrus

Londyński piętrus

Zacznijmy od samej idei transportu miejskiego, od razu odnosząc ją do naszego konkretnego przypadku (od razu zaznaczamy, że Wasz indywidualny przypadek ZAWSZE wymaga osobnej kalkulacji ekonomicznej !). Londyński transport miejski to głównie: mega rozbudowane metro, śliczne i powolne miejskie piętruski (które niespodziewanie często okazują się niestety parteruskami) i miejskie koleje (te, których da się użyć w obrębie miasta, zwią się DLR). Oczywiście cała komunikacja miejska dla utrudnienia jest podzielona na strefy (im dalej od centrum tym drożej). Strefy te dotyczą metra i kolei (DLR), ale, co niezwykle istotne, NIE DOTYCZA miejskich czerwonych autobusów (miejskie czerwone autobusy nie mają podziału na strefy, co oznacza, że kupując kartę wieloprzejazdową w metrze na strefy 1-2, można się na jej podstawie poruszać autobusami w każdej strefie – nawet szóstej). Mapę stref komunikacji miejskiej w Londynie znajdziecie poniżej (aktualna na maj 2013 r.). My sobie wydrukowaliśmy ją i wzięliśmy ze sobą, ale mapka ta jest dostępna gratis na większości londyńskich stacji metra) :

Mapa londyńskiego metra

Mapa londyńskiego metra

Skoro już wiemy, że „transportowy” Londyn dzieli się na strefy. Warto zastanowić się, gdzie będzie miała siedzibę nasza „baza wypadowa” na miasto. Nasza znajdowała się w Gants Hill – to jest czwarta strefa komunikacji Londynu. I tu warto włączyć kalkulator.

Wg obowiązującego cennika, podróż metrem w Londynie ze strefy 4 do strefy 1 (w której znajduje się większość atrakcji angielskiej stolicy) kosztuje 5.50 funta – czyli mniej więcej wg dzisiejszego kursu… 25 zł od osoby ! Warto zapamiętać, że podróż liczona jest pomiędzy stacją „wejściową” a „wyjściową”. Jeśli więc jedziecie rano do centrum zwiedzać, potem wsiadacie ponownie by zobaczyć inne miejsce, a potem wracacie trasą powrotną – zaliczacie trzy podróże wg cennika londyńskiego transportu. Jeśli wieczorem zostawicie dzieci i pojedziecie sami we dwójkę oglądać Londyn nocą tam i z powrotem – kolejne dwie trasy. Liczone od osoby ! Na szczęście urzędowo, dzieci poniżej 11 lat jeżdżą każdym rodzajem londyńskiego transportu ZA DARMO !

Kolej naziemna (DLR)

Kolej naziemna (DLR)

Stacja kolei naziemnej (DLR)

Stacja kolei naziemnej (DLR)

Policzmy więc: raz dziennie jedziemy do centrum z 4 strefy, przesiadamy się, wracamy. Odwozimy dzieci i jedziemy na nocną wycieczkę we dwójkę. Standardowy cennik policzyłby nam 4 trasy po 5,50 funta za osobę (liczymy cały czas 2 osoby) i jedną (tą przesiadkową) za 4,50 funta czyli 53 funty na dobę za sam transport (5 dni = 265 funtów = prawie 1200 zł) – dla przeciętnej polskiej rodziny koszty nie do przyjęcia. To nie wygląda dobrze, prawda ?

No to teraz o możliwościach zbicia kosztów do poziomu akceptowalnego. Transport miejski w Londynie oferuje oczywiście tzw. bilety długoterminowe (Oyster Card, TravelCard) oraz karty przedpłacone, prepaid (Oyster Card). Nikt o zdrowych zmysłach nie kupuje w Londynie jednorazowych biletów na podróż, chyba że porusza się transportem miejskim raz na tydzień.

Stacja metra Baker Street

Stacja metra Baker Street

Najpopularniejszym, ale jak wykażemy dalej, nie do końca najlepszym dla turysty wyborem, jest Oyster Card – w wersji dla turystów dostępna jako karta prepaid, na którą „ładujemy” dowolną kwotę. Dodatkowo płacimy kilka funtów jednorazowo za jej wydanie (jest to teoretycznie depozyt – kartę można zwrócić i odzyskać te pieniądze). Oyster Card można kupić na stacjach metra lub przez Internet. Każdorazowo przy wchodzeniu (w metrze także przy wychodzeniu) przykłada się ją do specjalnych czujników, które ściągają określoną kwotę z karty, informując przy okazji na wyświetlaczu o pozostałej na karcie kwocie.

Ceny przejazdów opłacanych kartą Oyster Card w porównaniu do cen przejazdów, opłacanych gotówką (screen z www.londontoolkit.com)

Ceny przejazdów opłacanych kartą Oyster Card w porównaniu do cen przejazdów, opłacanych gotówką (screen z www.londontoolkit.com)

Jak łatwo zauważyć powyżej, dzięki używaniu Oyster Card, ceny przejazdów transportem miejskim w Londynie drastycznie nam spadają, w niektórych przypadkach nawet o połowę i więcej. Peak i Off Peak to godziny podróżowania: Peak to godziny szczytu (6.30-9.30 i 16.00-19.00), Off Peak to reszta doby.

Oyster Card mają jeszcze jedną – ogromną dla turysty – finansową zaletę. Jest to tzw. Daily Price Cap – maksymalna kwota, jaka jest pobierana za przejazdy komunikacją miejską w ciągu doby. Oznacza to, że nigdy nie zostanie Wam ściągnięta z karty kwota wyższa niż ten właśnie limit, nawet jeśli będziecie przez 24 godziny non-stop jeździć po Londynie, przesiadając się co 10 minut.

Daily Price Cap dla przejazdów opłacanych kartą Oyster Card (screen z www.londontoolkit.com)

Daily Price Cap dla przejazdów opłacanych kartą Oyster Card (screen z www.londontoolkit.com)

I teraz nasza kalkulacja podróży po Londynie wygląda tak: dwie karty Oyster, limit dzienny dla stref 1-4: 10,60 funta, czyli dziennie wydajemy max 21,20 funta. 5 dni to 106 funtów = jakieś 480 zł (zależnie od kursu funta). Dużo lepiej, prawda ? Ale i tę kwotę da się zbić niżej, dodatkowo zyskując ogromne pieniądze, zaoszczędzone na wizytach w londyńskich atrakcjach turystycznych. Jak ?

Jak już wspomnieliśmy wyżej, oprócz Oyster Card, istnieje jeszcze w Londynie instytucja tzw. Travelcard (przez Polaków zwana popularnie „travelką”). To już nie jest prepaid, to po prostu bilet okresowy (jedno- lub siedmiodniowy, są też dłuższe, ale nie są potrzebne turystom), wydrukowany na kartonowej karcie wielkości karty kredytowej. Kartę tę w metrze i pociągu wkłada się do czytnika przy wejściu i wyjściu ze stacji (informacyjnie, tylko po to by otworzyła się bramka, nie jest ściągana żadna kwota, jak w przypadku Oyster Card), natomiast w autobusach po prostu pokazuje się ją kierowcy. I znów przechodzimy do matematyki.

7-dniowa Travelcard na komunikację pomiędzy strefami 1-4 kosztuje 43,60 funta. Za tę cenę jedna osoba może poruszać się dowolną ilość razy, dowolnym miejskim środkiem transportu w Londynie i o dowolnej porze (nie ma podziału na Peak i Off Peak). Opłaca się ją kupić nawet w naszym przypadku, czyli przy 5-dniowym pobycie. Koszt dla 2 osób to ok.88 funtów, czyli ok. 400 zł. Niżej (w przypadku stref 1-4) raczej zejść się nie da.

Londyńska taksówka

Londyńska taksówka

OK. Ale miało być o zwiedzaniu Londynu za pół ceny. I miało być o brytyjskich kolejach. A na razie ani o jednym ani o drugim nie było ani słowa. Kalkulacja kosztów transportu była konieczna – po pierwsze transport jest bardzo istotnym kosztem zwiedzania Londynu, po drugie transport jest środkiem do obniżania kosztów biletów do atrakcji turystycznych Londynu. Jak to możliwe ?

Od początku. Większość atrakcji turystycznych w Londynie jest udostępniona do zwiedzania odpłatnie. Nie dotyczy to muzeów i galerii, będących własnością publiczną (m.in. British Museum, National Gallery, Natural History Museum, Science Museum, V&A Museum, Tate Modern), ale cała reszta jest płatna. Niestety ceny, po przeliczeniu na polskie realia, są momentami kosmiczne, dla przykładu:

  • wstęp do Tower of London to koszt 21,45 funta dla osoby dorosłej, 10,75 dla dziecka, bilet rodzinny 57,20 funta;
  • wstęp do muzeum figur woskowych Madame Tussauds to koszt 30 funtów (22,50 przez internet) dla osoby dorosłej, 25,80 funta (19,35 przez internet) dla dziecka, bilet rodzinny 108 funtów (81 funtów przez internet)
  • wstęp do London Eye to minimalny koszt 19,20 funta (17,28 przez internet) dla osoby dorosłej, 12,30 funta (11,07 przez internet) dla dziecka, bilet rodzinny 63 funty (50,40 przez internet)

A to tylko trzy absolutne „must be” w Londynie. Wyjazd rodzinny ? Każda atrakcja to minimum 200 zł za bilety wstępu. Można odpuścić wszystkie płatne atrakcje (tych dostępnych bezpłatnie i tak wystarczy na kilka dni pobytu), ale można też… zbić koszty, jak w przypadku transportu miejskiego. I równie pokrętnie 🙂 Ale jak najbardziej legalnie.

Londyńskie piętrusy

Londyńskie piętrusy

Otóż w Londynie istnieje coś takiego, jak akcja „2 za 1”, czyli dwie osoby mogą kupić bilet do danego miejsca w cenie jednego biletu osoby dorosłej. W akcji tej bierze udział ogromna większość odpłatnych atrakcji turystycznych Londynu, a sponsorem całości są firmy – operatorzy linii kolejowych w mieście. Informacja o sponsorach jest istotna, jest wręcz kluczem do oszczędności. Bowiem kluczem do skorzystania z promocji jest posiadanie ważnego biletu, kupionego od linii kolejowych w dniu zwiedzania danej atrakcji turystycznej. Innymi słowy, jeśli 4 maja chcecie wejść we dwie osoby w cenie jednego biletu do Tower of London, musicie mieć ważny w dniu 4 maja bilet, kupiony od linii kolejowej. Celowo nie piszę bilet KOLEJOWY, tylko bilet, kupiony od linii kolejowej. To ZASADNICZA ROZNICA.

I tu dochodzimy do sensu całego wpisu. Linie kolejowe w Londynie bowiem, oprócz sprzedawania biletów na przejazdy koleją, sprzedają także karty Travelcard, działające na cały transport miejski w angielskiej stolicy. I co ważne – karty Travelcard, kupione na stacjach kolejowych, biorą udział w promocji „2 za 1” – w odróżnieniu od kart Travelcard kupionych gdziekolwiek indziej. A cena jest dokładnie taka sama, nie ma żadnej różnicy. Karty Travelcard, kupione na stacjach kolejowych, są oznaczone logiem linii kolejowych i to wystarcza aby kupować bilety do atrakcji turystycznych Londynu w formacie 2 osoby = 1 bilet !

Nazwa stacji w formacie loga londyńskiego metra

Nazwa stacji w formacie loga londyńskiego metra

Nazwa stacji w formacie loga londyńskiego metra

Nazwa stacji w formacie loga londyńskiego metra

I znów nasz konkretny przypadek. Lądujemy na lotnisku London Luton. Transport easyBusa podwozi nas w okolice stacji metra Baker Street. Wystarczy się przejść 5 minut na sąsiednią Marylebone, będącą jednocześnie stacją kolejową i kupić w kasie (nie w automacie) „travelkę” na tydzień za 43,60 funta. Cały pobyt „opędzimy” na tej karcie, nie martwiąc się o doładowania, przykładanie do czytników, płacąc najniższą możliwą cenę za transport i zbijając ceny za bilety we wszystkich atrakcjach turystycznych Londynu. Bo kupując od linii kolejowych „travelkę” na 7 dni, możemy przez wszystkie te 7 dni kupować bilety w formacie „2 za 1”.

Są dwa istotne haczyki tego rewelacyjnego rozwiązania:

  • linie kolejowe przy zakupie „travelki” na 7 dni lub dłuższej wymagają wyrobienia (bezpłatnego) karty klienckiej ze zdjęciem – trzeba mieć ze sobą zdjęcie paszportowe (ale dostaniecie w zamian wygodne etui na obie karty – TravelCard i kartę kliencką);
  • format zwiedzania „2 za 1” jest dość sztywny, tzn. dwie osoby (bez względu na ich wiek) wchodzą w cenie jednego biletu dla osoby dorosłej. Czyli opłaca się, gdy wchodzą dwie osoby dorosłe lub 1 osoba dorosła i jedno dziecko. Nie daje nic, gdy wchodzi dwójka dzieci. Kalkulacja opłacalności zależy więc od liczebności rodziny, ale w większości przypadków (nasz to 2+2) opłaca się, a różnice są znaczne.

I tak zatoczyliśmy koło. Od cen transportu miejskiego w Londynie, poprzez ceny atrakcji turystycznych w Londynie dotarliśmy do sensu korzystania z kolei. Choć „korzystania” to za duże słowo – można nie korzystać z kolei, kupić u nich bilet na komunikację miejską i oszczędzać. Ale miejską koleją (DLR) warto się przejechać, choćby dla możliwości podróżowania OBOK maszynisty – tak tak – wagony są tak skonstruowane, że da się legalnie siedzieć w tzw. „pierwszym rzędzie” 🙂

W metrze

W metrze

Aha – akcja „2 za 1” ma swoją stronę internetową, na której znajdziecie listę udostępnionych w jej ramach atrakcji (obecnie jest ich ponad 150), a także bez problemu pobrać i wydrukować kupon zniżkowy (pamiętajcie jednak, że działa on tylko razem z ważnym biletem OD KOLEI).

Pełna galeria zdjęć z londyńskiego transportu miejskiego znajduje się na osobnej stronie naszego bloga.

 

Inne wpisy z: Londyn

Wreszcie udało się nam zwiedzić Londyn, który długo był na naszej mapie celów turystycznych, ale jakoś nigdy nie było nam "po drodze". Musimy powiedzieć, że zdecydowanie warto było i każdemu Londyn będziemy polecać.

Każdy pobyt w Londynie dłuższy niż 2-3 dni wymaga gruntownej kalkulacji. Ceny w angielskiej stolicy są dla "polskich" Polaków, czyli tych nie mieszkających w Londynie na stałe, delikatnie mówiąc odrzucające. Warto więc przemyśleć swoje plany turystyczne i "transportowe" w czasie pobytu w "Lądku".

London Eye

Druga część ostatniego dnia naszego pobytu w Londynie upłynęła pod znakiem okolic Parliament Square oraz mostu Westminster Bridge. Rajd zakończyliśmy na historycznej stacji Waterloo.