Planowanie podróży u tamBylskich | tamBylscy.pl - historia naszych podróży.

Planowanie podróży u tamBylskich

Coroczny rytuał. Nadchodzi pewien zimowy lub wiosenny dzień, kiedy włącza się u nas myślenie – „co z wakacjami ?”. I choć co roku ścieżka planowania bywa podobna, to jednak w miarę zwiększania się bagażu doświadczeń z lat poprzednich, planowanie robi się coraz bardziej zawiłe. Ale też coraz bardziej ekscytujące.

„Nie wiem jak” – to jeden z najczęściej podawanych powodów przez tych, co by chcieli, a jeszcze nie zaczęli podróżować. My traktujemy takie powody jako rodzaj alibi, bo nigdy nie dowiesz się „jak”, jeśli po prostu gdzieś nie pojedziesz. Planowanie kolejnych podróży jest bowiem wynikiem doświadczenia z tych już odbytych, poprzednich podróży – to taki jednozdaniowy skrót tego, co chcielibyśmy Wam w tym wpisie przekazać. Musicie sobie dać szansę nauki.

Z czasem okaże się, że kolejne wyjazdy będziecie planowali bardziej świadomie. I że znajdziecie w podróży te rzeczy, które bawią Was w niej najbardziej – i planowanie zmieni się właśnie pod kątem tego, jak podróż chcecie spędzić, a nie tylko gdzie i kiedy. Podróż dla większości jest oderwaniem się od codziennego życia, spełnieniem marzeń. Tylko najpierw trzeba te swoje marzenia zdefiniować. Marzeniem może być konkretne miejsce, a może też być konkretny temat, motyw, zainteresowania, także te, które „objawią” się Wam podczas pierwszych wyjazdów. Z czasem nauczycie się siebie samych w podróży i zaczniecie planować je zgodnie z Waszymi wyobrażeniami.

Split, nadmorska promenada Riva

Jeden z symboli Splitu, najmodniejsze miejsce w mieście, wypełnione restauracjami i kafejkami

Dubrownik, panorama miasta widziana z murów miejskich

Dubrownik, panorama miasta widziana z murów miejskich

Budapeszt nocą

Nocny spacer ulicami stolicy Budapeszt i brzegiem Dunaju

Kiedy my 8 lat temu po raz pierwszy wyjeżdżaliśmy samochodem zagranicę, nie mieliśmy pojęcia, że podróżowanie w ten sposób stanie się naszym życiowym hobby. Nie nastawialiśmy się na specjalne przeżycia w trakcie wyjazdu. Pierwotnie była to po prostu jazda do punktu docelowego – z punktu A do punktu B. Jak najszybciej i jak najprostszą drogą. Celem wyjazdu był punkt docelowy i tam ewentualnie rozglądaliśmy się za czymś, co było warte naszego zainteresowania.

Pierwszy wyjazd do Irlandii to dziś kupa śmiechu. Nie zaplanowaliśmy nawet jednego noclegu po drodze. W trakcie jazdy przez całą Europę w poprzek w obie strony, widzieliśmy tylko dwa miasta: Dublin (bo czekaliśmy kilka godzin na prom) i Brukselę (do której odbiliśmy spontanicznie z autostrady na dwie godziny, bez absolutnie żadnego pomysłu na jej zwiedzanie). Rok później do Chorwacji pojechaliśmy już z planowanymi noclegami po drodze – ale wtedy były to tylko noclegi (m.in. Budapeszt, który ostatecznie zwiedziliśmy dopiero w 2015 r.) – przespać się i jechać dalej. Nie były związane z żadnymi planami zwiedzania tych miejsc. Chodziło o uniknięcie potwornego zmęczenia, które zapamiętaliśmy z wyjazdu do Irlandii.

Ale to były też pierwsze momenty, kiedy w ogóle zaczęliśmy zwracać uwagę na to, co tym naszym zainteresowaniem  w podróży jest. W Irlandii widzieliśmy kilka starych okazałych zamków, w drodze do Chorwacji całkiem przypadkiem przejechaliśmy się widokową alpejską trasą na Grossglockner, jedną z piękniejszych tras europejskich. W Chorwacji zobaczyliśmy Split, Dubrownik i ruiny starożytnej Salony. Tak zaczęły kiełkować dwie nasze podróżnicze pasje: historia i górskie panoramy.

Nigdy wcześniej te pasje nie dały u nas o sobie znać – zostały rozbudzone podczas pierwszych podróży i skierowały nasze myślenie o wyjazdach całkiem na inne tory. To, że dziś u nas na blogu możecie zobaczyć mnóstwo miejsc w całej Europie, opisywanych właśnie pod kątem związanych z nimi historii, to właśnie wynik stopniowej ewolucji naszych podróży i pasji z nimi związanych. Te pasje to niewątpliwie jedna z fajniejszych rzeczy, jakie dostaliśmy od życia w trakcie naszych wyjazdów.

Kolejny etap ewolucji naszego planowania podróży to kolejne dwa wakacyjne wyjazdy – oba do Hiszpanii. Najpierw do Andaluzji (Marbella), a potem na wschodnie wybrzeże (Javea). To były pierwsze wyjazdy, w trakcie których zaczęliśmy myśleć o drodze do miejsca docelowego jako kolejnej okazji do zobaczenia nowych miejsc. Już nie planowaliśmy najkrótszej możliwej trasy, a szukaliśmy takiej, podczas której przejedziemy przez interesujące nas miejsca. Nasz podróżniczy „risercz” nie był wtedy jeszcze zbyt rozwinięty, ograniczaliśmy się do zainteresowania miastami, w których wyznaczaliśmy sobie noclegi.

Trasa pomiędzy tymi punktami nas jeszcze wtedy nie interesowała. Tryb podróży był prosty: dojechać do interesującego miasta, przespać się w hotelu, z rana pozwiedzać najważniejsze punkty, a potem w samochód i do kolejnego punktu. Tym sposobem obie hiszpańskie podróże rozwinęły się do 4-tygodniowej eskapady. Tydzień jazdy, dwa tygodnie na miejscu i tydzień z powrotem.

Chamonix-Mont Blanc, widok na Mont Blanc z górnej stacji kolejki Aquille du Midi

Chamonix-Mont Blanc, widok na Mont Blanc z górnej stacji kolejki Aquille du Midi

Austria, widokowa alpejska trasa na Grossglockner

Austria, widokowa alpejska trasa na Grossglockner

Wtedy też rozpoczęło się także zwiedzanie „na poważnie” także w miejscu docelowym. Wykształciliśmy sobie z dziećmi model 1-1. Jeden dzień zwiedzania, jeden dzień na plaży (lub w basenie czy innym jacuzzi). Ten model stosujemy do dziś. Tym sposobem np. podczas pobytu w Turcji w 2013 r. (tym przykładem będziemy się posługiwać ciągle w naszej opowieści o planowaniu) zjeździliśmy okolice bliższe i dalsze (Bodrum, Pamukkale, Afrodyzja, wąwóz Saklikent, plaża Patara itp.). Trasy przejazdu też były już przemyśliwane pod kątem atrakcji zarówno dla nas dorosłych, jak i dla dzieci.

No i na poważnie zaczęliśmy podchodzić do planowania tego, co chcemy w każdym z odwiedzanych miejsc zobaczyć. Już nie tylko planowaliśmy trasę, ale także zaznaczaliśmy na mapach miejsca, które chcemy odwiedzić. Jechały z nami więc także screeny z map Google’a, z planów poszczególnych miast, z zaznaczoną listą miejsc do zobaczenia.

Od 2013 r., czyli od wakacyjnego wyjazdu do azjatyckiej części Turcji, planowanie weszło na jeszcze „wyższy” poziom – zaczęliśmy planować także atrakcje do zobaczenia pomiędzy punktami noclegowymi. Czyli nie tylko miasta, w których śpimy, bo tak wypada nam trasa, ale także trasy pomiędzy nimi i wszystko, co da się zobaczyć po drodze. Zaczęliśmy docierać samochodem w miejsca, do których bez niego dostać się ciężko lub trzeba poświęcić na to dużo czasu ze względu na ograniczenia w transporcie publicznym.

To już inny poziom planowania, bo wraz z naszymi doświadczeniami i potrzebami rośnie też ilość czynników, które trzeba uwzględnić. To już nie tylko jazda do punktu B, to już nie tylko potrzeba określenia odpowiednich odległości pomiędzy punktami noclegowymi. Jeśli w grę wchodzi zwiedzanie pomiędzy nimi, to trzeba to uwzględnić w planach i nie zakładać zbyt dużych odległości do pokonania w jeden dzień.

Pamukkale, wielbiciele "upiększającego" błotka

Pamukkale, wielbiciele „upiększającego” błotka

Afrodyzja, tetrapylon, brama miejska

Afrodyzja, tetrapylon, brama miejska

Do tego wszystkiego dochodzi kilka innych czynników. Podróż z dziećmi to częstsze postoje, posiłki, toalety itp. To potrzeba zapewnienia także im atrakcji, bo dla nich też podróż ma być przyjemnością. To pamiętanie, że najczęściej w poniedziałki atrakcje turystyczne czy muzea lubią być zamknięte i nie warto na ten dzień ich planować. No a jak chce się zwiedzać pod kątem historii, to dodatkowo warto byłoby przed wyjazdem jeszcze trochę poczytać, żeby mieć świadomość historii i wagi miejsc, które planujemy zobaczyć.

Oczywiście życie często nasze plany weryfikuje. I to są nasze kolejne doświadczenia. Przeładowanie trasy pomiędzy dwoma noclegami powoduje to, że część punktów trzeba pomijać. Czasem utkniemy na granicy, co też nie jest wliczone w plan. Czasem wyjedziemy z któregoś miast później niż zakładaliśmy, bo okaże się ono wyjątkowo interesujące. Nie da się zaplanować wszystkiego, ale zawsze pominięte miejsca dają pretekst, by pojechać tam jeszcze raz. Do innego celu, inną trasą, ale tak, by nadrobić coś, co nie dało się zobaczyć podczas wcześniejszego wyjazdu. Często ostatnio tak bywa u nas, że kolejne wyjazdy to „dodatki” do poprzednich – jedziemy do miejsc, które pominęliśmy.

Jeśli jeszcze nie zanudziliśmy Was naszą życiową historią podróżowania, to zapraszamy do tej ciekawszej części, czyli opowieści o tym, jak to właściwie jest z tym planowaniem u nas. Od czego zaczynamy, co bierzemy pod uwagę, czego nauczyliśmy się przez lata długich podróży samochodowych przez Europę. Jak nasze planowanie rozwinęło się wraz z naszymi podróżniczymi pasjami. Z mnóstwem przykładów i anegdotek z naszego wędrowniczego odcinka życia.

Etap I – miejsce docelowe

Prawie każda nasza długa wakacyjna podróż przez Europę (nazwana przez nas „Tour de Europe”) to podróż z dziećmi. Stąd też utrwalony schemat: miejsce docelowe to południowe wybrzeże, z ciepłym morzem i plażami. I pobyt tam przez minimum tydzień. To czas dla rodziny – wakacje mają być dla każdego. Droga dojazdowa i powrotna to już szaleństwo zwiedzania, ale także punkt docelowy ma być w miejscu, gdzie można coś zobaczyć. Na tym etapie kupujemy zazwyczaj po prostu przewodnik po wybranym kraju czy regionie i patrzymy, gdzie można się ulokować, by było się gdzie kąpać i coś zwiedzić.

Wybór celu wyjazdu to sprawa bardzo indywidualna. Generalnie zawsze na początek będziemy polecali Chorwację – bo to najbardziej „cywilizowany” z krajów bałkańskich, z ciepłym morzem i stosunkowo niedalekim i wygodnym dojazdem z Polski. Do Chorwacji co roku samochodami podróżuje masa Polaków i nie jest to zbyt wymagające przedsięwzięcie. Ta stosunkowo niewielka odległość to też mniejsze koszty dojazdu i krótszy jego czas. A najważniejszymi czynnikami „praktycznymi” przy wyborze celu są u nas zawsze: dostępny czas na wyjazd i jakiś rozsądny budżet wyprawy.

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka pod Marbellą

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka pod Marbellą

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka w Javei

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka w Javei

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka w Javei

Hiszpania, nasza wakacyjna miejscówka w Javei

Można wybrać też np. Grecję. W 2014 r. spędziliśmy na greckim wybrzeżu 8 dni, w obie strony dodatkowo zwiedzając Bałkany – cała podróż zajęła nam raptem 17 dni (była to najkrótsza z naszych „paneuropejskich” podróży wakacyjnych). Jeżeli pracujecie na etacie i dysponujecie „ustawowym” urlopem, warto zastosować kilka prostych tricków, by wydłużyć czas wolny na podróż.

Podstawowa zasada – wyjeżdżamy w piątek (lub sobotę rano), wracamy w niedzielę. Tym sposobem biorąc np. trzy tygodnie urlopu (15 dni roboczych), mamy do dyspozycji 23 dni na wyjazd. Druga zasada – urlop można dodatkowo ograniczyć, biorąc go na okres, w którym wypadają święta państwowe i dni ustawowo wolne od pracy. Takim dniem w wakacje jest np. 15 sierpnia – jeśli wypadnie w dzień roboczy, potrzebujemy o jeden dzień urlopu mniej.

U nas najczęściej na tym etapie rozstawiamy sobie 2-3 możliwości, różne kierunki potencjalnej podróży. Takie, które spełniają założenia: ciepłe, plaże, atrakcyjna historycznie okolica i w zasięgu dostępnego czasu. Dla przykładu w 2013 r. wybieraliśmy pomiędzy Portugalią, południowymi Włochami i okolicami Bodrum w Turcji – Włochy odpadły na etapie przemyśliwania budżetu. Na tym etapie budżet to sprawdzenie kosztów pobytu na miejscu, czyli np. wynajęcia pokoju w hotelu czy apartamentu na wymarzone 2 tygodnie. Ten jeden czynnik może spowodować, że odechce się Wam jechać np. w okolice Neapolu, gdzie koszt apartamentu dla 5 osób raczej nie schodził poniżej 10 tys. PLN za 14 dni w sierpniu. Dwie pozostałe lokalizacje przeszły do kolejnego etapu :

Etap II – trasa marzeń

Ten etap ostatecznie weryfikuje u nas plany, dotyczące celu podróży. O ile etap pierwszy to bowiem etap marzeń, to drugi sprowadza planowanie na ziemię. Tu wchodzą dwa elementy:

  • wybór konkretnego regionu kraju, przede wszystkim wyszukanie konkretnego noclegu, sprawdzenie jakie atrakcje znajdują się w zasięgu jednodniowej wycieczki samochodem;
  • długość trasy do tego miejsca, warte uwagi miejsca po drodze;

Pierwsze nasze wyjazdy skierowane były na zachód. Wiecie, ten spokojny, przewidywalny, obłożony przepisami zachód, gdzie można czuć się bezpiecznie, gdy się zaczyna podróżnicze przygody. Mogło być daleko, ale miały być autostrady, duże miasta, cywilizacja itp.

Fragment naszej podróżniczej biblioteczki

Fragment naszej podróżniczej biblioteczki

Troja, koń trojański

Troja, koń trojański

Bergama, starożytny Akropol, niezwykle widowiskowy teatr

Bergama, starożytny Akropol, niezwykle widowiskowy teatr

Efez, Wielki Teatr

Efez, Wielki Teatr

Dla opisywanego wyżej przykładu z 2013 r., gdy wybieraliśmy pomiędzy Portugalią i Turcją, tu właśnie Portugalia poległa. Nie dlatego, że gorsza, ale dlatego, że dwa poprzednie lata jeździliśmy do Hiszpanii i ten kierunek nieco nas już znużył. Poczuliśmy się też na tyle pewnie, że zamarzyły się nam te mniej „cywilizowane” rejony Europy. Poczuliśmy tzw. „bałkański zew”.

Nie bez znaczenia były ceny i warunki noclegowe, z dużą korzyścią dla Turcji, gdzie niedaleko Bodrum znaleźliśmy willę z prywatnym basenem na prywatnym osiedlu w cenie, o której w Portugalii można sobie tylko pomarzyć. Szalę przeważyły atrakcje w okolicy, a przede wszystkim samo to, że dojeżdżając do Bodrum, w samej Turcji mamy takie „tuzy” turystyczne, jak Troja, Pergamon czy Efez. W tym momencie Turcji nikt nie był nam w stanie wybić z głowy. Klamka zapadła – pierwsze etap zamknięty – rezerwujemy wakacyjne miejsce.

Czas na rozpoczęcie planowania trasy. Jak to wygląda u nas ? Odpalamy Google Maps i sprawdzamy najkrótszą trasę do wymarzonego celu. Nigdy jednak nie jest to nasza trasa przejazdu, bo ta wzbogacana jest o miejsca, które chcielibyśmy zobaczyć – a te często nawet nie leżą obok niej.

I tu trzeba zrobić jakieś teoretyczne założenia. Zakładamy więc, że jedziemy przez Bośnię, Czarnogórę, Albanię i Grecję, a wracamy przez Grecję, Bułgarię, Macedonię i Serbię. Na obie trasy mamy po około 8 dni (ale w tym jest też spory kawałek Turcji). Z reguły mamy jakieś wstępne założenia. W 2013 r. w drodze do Turcji wymarzyły nam się Bałkany. W szczególności pogranicze chorwacko-bośniackie (fascynacja historią wojny domowej w Jugosławii) no i ta wymarzona Albania, bez konkretnych na razie punktów.

Mapy Google'a - najkrótsza trasa do Bodrum

Mapy Google’a – najkrótsza trasa do Bodrum

Mapy Google'a - nasza faktyczna trasa do Bodrum (1000 km dłuższa od tej najkrótszej)

Mapy Google’a – nasza faktyczna trasa do Bodrum (1000 km dłuższa od tej najkrótszej)

I tu zaczyna się zabawa. We wszystkich tych krajach znajdujemy najważniejsze atrakcje turystyczne. Najnormalniej w świecie wchodzimy w Google’a, wpisujemy np. „Albania co warto zobaczyć” i czekamy co też nam się pokaże na stronach pokazanych przez wyszukiwarkę. Miejsca nas interesujące nanosimy na mapę.

Powstaje pierwsza wersja – jeszcze nie trasy – bardziej „listy marzeń” w drodze do (i „z”) celu. Z reguły lista ta „nie trzyma się kupy” – wybrane punkty czasem sobie przeczą i nie da się ich objechać, bo kręcilibyśmy pętle, zamiast zmierzać jednak ku miejscu docelowemu. Czas więc na uporządkowanie i wybranie trasy faktycznej. W obie strony.

Etap III – trasa faktyczna

Mieliśmy już wymarzone kierunki, które sprowadziliśmy do jednego wybranego. Teraz mamy wymarzone punkty w drodze do wybranego kierunku – znów trzeba marzenia sprowadzić do dającego się zrealizować planu. To jest najmniej przyjemny etap, bo niestety polega na eliminacji części punktów, które nie pasują do trasy.

Tu jeszcze czasem wplata się dodatkowy element – termin podróży. Z reguły nie jest on istotny, chyba że chcemy być w określonym miejscu na trasie w konkretnym terminie. Tak było w 2012 r. gdy jechaliśmy na Costa Brava do Hiszpanii, ale wcześniej chcieliśmy być 6 lipca w Pampelunie – bo 7 lipca z rana odbywa się tam słynna gonitwa z bykami ulicami miasta. Wtedy planowanie drogi dojazdowej zaczynaliśmy właśnie od Pampeluny – najpierw w tył (kolejne punkty trasy z Polski), a potem w przód (na Costa Brava).

Na czym polega „klejenie” trasy z posiadanej już mapy wymarzonych punktów w poszczególnych państwach, przez które ma przebiegać trasa ? Generalnie to dość proste – wybieramy trasę tak, by pomiędzy poszczególnymi punktami trasa nie zajmowała więcej niż 5-6 godzin jazdy samochodem. To daje niemal pewność, że rano zwiedzimy dane miejsce, a lekko po południu wyjedziemy do kolejnego, po drodze zwiedzając inne atrakcje (których będziemy szukać w następnym punkcie) i dojedziemy przy zapadającym zmierzchu, ale jeszcze nie po ciemku (w czasie wakacji zmierzch zapada późno, dzień jest długi).

Jeśli wiemy, że mamy mniej więcej 8 dni czasu w każdą stronę, to „konstruujemy” naszą trasę tak, żeby zmieścić się w 8 noclegach. Zaczynamy od wyjazdu z Polski – tu niemal zawsze zakładamy pierwszy dzień jako „skok” – z Polski jedziemy od razu na pogranicze chorwacko-bośniackie (ok.1000 km) i jeszcze tego samego dnia zwiedzamy byłe obozy zagłady na tym terenie (ciągle trzymamy się konkretnego przykładu wyjazdu do Turcji w 2013 r.). Jeśli – tak jak w tym przypadku – atrakcja nie znajduje się w żadnym mieście, nocleg planujemy w najbliższym większym – w tym przypadku była to Banja Luka, już w Bośni.

Mostar, most - symbol miasta, odbudowany w 2004 r. po zburzeniu go przez Chorwatów w 1993 r.

Mostar, most – symbol miasta, odbudowany w 2004 r. po zburzeniu go przez Chorwatów w 1993 r.

Kotor, widok na Bokę Kotorską z twierdzy

Kotor, widok na Bokę Kotorską z twierdzy

Apollonia, widok na Bouleuterion ze wzgórza (Quote 104), stoliki restauracji

Apollonia, widok na Bouleuterion ze wzgórza (Quote 104), stoliki restauracji

Çanakkale, koń trojański z filmu "Troja" na nadmorskiej promenadzie

Çanakkale, koń trojański z filmu „Troja” na nadmorskiej promenadzie

I dalej poruszamy się wg schematu – kilka godzin jazdy i następny postój w jednym z miejsc z listy marzeń. Tak wychodzi nam trasa: Banja Luka (Bośnia) – Mostar (słynny most, Bośnia) – Kotor (zabytkowe miasto nad Zatoką Kotorską, Czarnogóra) – Durres (plaże, Albania) – Saranda (blisko starożytnego Butrintu, Albania). Grecję sobie odpuszczamy – planujemy tu kiedyś przyjechać jako do celu wakacyjnego, planujemy tylko jeden nocleg w Salonikach (dużo zabytków). Na część turecką zostawiamy sobie trzy noclegi: Canakkale (przed zwiedzaniem Troi), Ayvalik (przed zwiedzaniem Pergamonu) i Izmir (ostatni nocleg, następnego dnia przed dojazdem do Bodrum zwiedzanie Efezu).

Odpadły nam nie pasujące do tej trasy m.in. Sarajewo (Bośnia, zwiedzone w 2014 i 2015 r.), Srebrenica i Wiszegrad (Bośnia, zwiedzone w 2015 r.), monaster Ostrog (Czarnogóra, zwiedzone w 2015 r.) czy Berat (Albania, zwiedzone w 2015 r.). Dokładnie ten sam schemat stosujemy w przypadku planowania podróży powrotnej. Całą podróż do Turcji i z powrotem możecie prześledzić tutaj. Ten etap ma konkretny efekt – mamy wyznaczone punkty noclegowe – rozpoczynamy więc rezerwacje miejsc noclegowych w hotelach czy pensjonatach.

Etap V – rezerwacja noclegów

Bardzo lubimy ten moment, bo spina on kończącą klamrą wszystkie nasze oczekiwania, dotyczące wakacyjnego wyjazdu. Mamy już swoją optymalną trasę, z grubsza znamy najważniejsze miejsca, które zobaczymy. Rezerwacja spania daje ten psychiczny komfort – mamy zaplanowane wakacje. Resztę możemy zrobić w dowolnym czasie – nikt już nam wyjazdu nie zabierze.

Na ogół jesteśmy wiernymi użytkownikami booking.com. Jakoś tak przyzwyczailiśmy się do tego, że serwis ten sprawdza się w praktyce, złożone rezerwacje są raczej pewne. Szczególnie polegamy na systemie ocen, stosowanym przez ten serwis, opartym na opiniach użytkowników – realnych gości hoteli i pensjonatów, które znajdują się tam w ofercie. Serwis ten bowiem przyjmuje opinie wyłącznie od użytkowników, którzy za jego pośrednictwem dokonali rezerwacji. Dodatkowo są to opinie świeże – na ich zapisanie klienci mają 28 dni od daty opuszczenia danego miejsca. Zdarzało nam się rezerwować hotele w innych serwisach – szczególnie w tych droższych lokalizacjach (np. Norwegia, Szwecja, w innych serwisach można poszukać kodów rabatowych, booking.com ich nie stosuje. Za to booking.com stałych klientów nagradza przypisaniem do programu „Genius”, dającego dodatkowe rabaty). Wszędzie trafiały nam się od czasu do czasu przygody, ale nie zawinione przez serwis. O tym za chwilę.

Na co zwracamy uwagę przy wyborze miejsca noclegowego ? Oczywiście przede wszystkim na cenę. Kiedyś ważnym kryterium było też położenie maksymalnie blisko centrum. Wyjazd do Turcji był ostatnim, podczas planowania którego trzymaliśmy się tego kryterium. Ideą było zaoszczędzenie czasu – hotel czy pensjonat w centrum daje to, że wychodzisz z niego i jesteś wśród najważniejszych atrakcji miasta. Nie trzeba się przemieszczać, tracić czasu, szukać transportu miejskiego czy podjeżdżać samochodem i szukać parkingu, najczęściej w centrum płatnego. Słowem – wygoda.

Albania, Durres. Piętrowe łóżko w hotelu Bellavista (hotel ***)

Albania, Durres. Piętrowe łóżko w hotelu Bellavista (hotel ***)

Śniadanie z turecką herbatą w hotelu w Ayvalik

Śniadanie z turecką herbatą w hotelu w Ayvalik

Rożen, winiarska piwnica w hotelu Dinchova Kushta

Rożen, winiarska piwnica w hotelu Dinchova Kushta

Nie trzymaliśmy się tego warunku sztywno, ale była to nasza wyraźna preferencja. Do noclegu w greckich Salonikach w drodze do Turcji, kiedy to obsługa hotelu dość wyraźnie uszkodziła nam samochód podczas parkowania go na parkingu podziemnym. Więcej znajdziecie tutaj. Przy następnych wyjazdach już luźno podchodziliśmy do kryterium położenia w centrum. Z reguły bowiem hotele w centrum parkingi mają małe, ciasne, a czasem są to po prostu miejsca przy ulicy przebiegającej przed hotelem. Czasem w ogóle nie da się znaleźć hotelu w centrum z parkingiem, bo centrum jest w danym miejscu strefą zamkniętą.

Parking jednak pozostał podstawowym naszym wymaganiem. Naprawdę rzadko zdarza się nam rezerwować miejsce noclegowe w miejscu, które wyraźnie nie pisze, że ma własny, prywatny parking, i to bezpłatny (znaczy wliczony w cenę noclegu). Jeżeli czytaliście nasz wpis o roli samochodu w naszych podróżach, to wiecie już, że dbamy o nasz pojazd jak o członka rodziny i nie zostawiamy go w obcym miejscu na noc bez opieki. To zdecydowanie daje komfort psychiczny w trakcie długiej podróży, szczególnie w miejscach, co do których mamy wątpliwości dotyczące bezpieczeństwa auta.

Drugie nasze wymaganie to bezpłatne WiFi. Ważne na kilku płaszczyznach. Dla nas, dorosłych, to przede wszystkim możliwość kontaktu z rodziną (zawsze zostawiamy w Polsce psa, czasem zostają niektóre dzieci – kontakt jest zawsze potrzebny), szczególnie w krajach, nie objętych „promocyjnym” roamingiem w ramach Unii Europejskiej. W obrębie UE mamy mniejszy problem z racji posiadania odpowiedniej opcji abonamentowej u jednego z polskich operatorów telefonii komórkowej (więcej o tym już w następnym wpisie z tej serii – będzie właśnie o internecie i aplikacjach przydatnych w podróży). Od kiedy blogujemy – daje to też możliwość relacjonowania na bieżąco naszej podróży, przynajmniej na kanałach społecznościowych. Z zasady bowiem nie blogujemy podczas podróży – jest ona na tyle intensywna, i cała dla nas, że nie chcemy zbywać Was, naszych czytelników, pobieżnymi kilkoma zdaniami z trasy.

No i wreszcie – WiFi jest dla naszych dzieci. W dzisiejszych czasach dzieci internetem żyją i może i da się, ale nie chcemy ich odrywać od „cywilizacji” w czasie wyjazdów. Zawsze jadą z nami w samochodzie komórki i komputer – dzieciaki mogą po ciężkim dniu pełnym zwiedzania odetchnąć przy „fejsie” lub pogadać z kolegami / koleżankami choćby na Skypie. Albo pograć w jakieś swoje gry, które też czasem wymagają dostępu do sieci. W końcu – czasem w trakcie naszych podróży trafiają się okazje szczególne, w tym sportowe, kiedy po prostu sportowa dusza wymaga oglądnięcia ważnego meczu. Bywało, że finał Mistrzostw Europy 2012 oglądaliśmy w Berlinie, finał Ligi Mistrzów 2015 w Helsinkach, a decydujący o naszym awansie na Euro 2016 mecz z Irlandią – na Cyprze.

Co jeszcze ? Istotne są godziny pracy recepcji. Preferujemy przybytki pracujące całodobowo. Bo nie jesteśmy w stanie do końca przewidzieć godziny dojazdu do poszczególnych punktów. Nie żebyśmy przyjeżdżali w środku nocy, ale minimum do 22-giej recepcja musi pracować. Druga rzecz z tym związana to godzina wymeldowania – niegłupio byłoby, żeby była ona w okolicach południa – wtedy rano wychodzimy z hotelu na zwiedzanie, zostawiając przy nim samochód, nie mając potrzeby wymeldowywania się, wyjeżdżania samochodem i szukania parkingu w mieście. Jemy śniadanie, idziemy zwiedzać, wracamy, „wymeldowywujemy się” i jedziemy dalej w trasę.

Ayvalik, hotel Kaptan, widok z balkonu, panorama Morza Egejskiego

Ayvalik, hotel Kaptan, widok z balkonu, panorama Morza Egejskiego

Rezerwowaliśmy przez lata podróży po Europie setki miejsc noclegowych w każdym zakątku Europy oraz w Brazylii, Turcji czy Gruzji. Przypadków negatywnych mieliśmy raptem trzy (nie licząc wspomnianego uszkodzenia samochodu w Salonikach). Booking.com kompletnie nie sprawdził się w Rio de Janeiro – tu więcej szczegółów. Podczas planowania podawanej tu jako przykład podróży do Turcji trafił się drugi przykład. Na tydzień przed naszym wyjazdem, już w szczycie sezonu turystycznego, anulował nam nocleg pensjonat nieopodal Kotoru w Czarnogórze. Jako powód podał remont drogi dojazdowej – kładą nowy asfalt. W szczycie sezonu ? W noc z soboty na niedzielę (akurat tak wypadał nam tam nocleg) ? Potem okazało się, że tej nocy w Kotorze odbywał się karnawał i goście walili wszędzie drzwiami i oknami – pewnie dało się na nich zarobić więcej, niż na rezerwacji na jedną noc, zrobionej pół roku wcześniej… Na szczęście znaleźliśmy inny sensowny nocleg przed wyjazdem z Polski.

Osobnym ale najbardziej jaskrawym przykładem jest kilkudniowy wylot w 2015 r. do włoskiego Neapolu. Jeśli trzymać się zasad – nasza wina – rezerwacja zrobiona w innym serwisie internetowym i nie sprawdzone przez nas warunki rezerwacji. Pensjonat wymagał mailowego potwierdzenia minimum na dzień przed przyjazdem, co jest na booking.com nie do pomyślenia. Efekt – po przylocie do Neapolu zostaliśmy bez noclegu – pensjonat anulował nasze miejsce i dał je innemu chętnemu. Tyle że: po pierwsze po co wymagane potwierdzenie, skoro pobyt został z góry opłacony ? Po drugie: pensjonat „zapomniał” nas o anulacji powiadomić.

Poza tymi nielicznymi przypadkami, rezerwacje noclegów robione przez nas z wyprzedzeniem zawsze się sprawdzały. Tu znów wracamy do pierwszego zdania w tym punkcie – znalezienie noclegów na wyznaczonej trasie kończy podstawowy etap planowania. Wiemy gdzie, wiemy którędy jedziemy. Wiemy gdzie śpimy. Luz.

Etap VI – szczegółowe plany poszczególnych punktów

Tu kończą się przyjemne strony planowania naszych podróży, a zaczyna się nużąca momentami praca. Tak, praca. Jeżeli chcecie wykorzystać w podróży czas do maksimum i nie spędzać go na studiowaniu map i przewodników turystycznych, musicie tę lekcję odrobić wcześniej. Każdy z wybranych przez nas w trakcie planowania trasy punktów noclegowych nie został wybrany przez przypadek. To z reguły miasto, w którym warto spędzić kilka godzin i poświęcić je na zwiedzanie. Nawet, jeśli jest to miasto wybrane dlatego, że jest najbliższe atrakcyjnemu miejscu, znajdującemu się poza nim (Banja Luka – bo blisko Prijedoru, Saranda – bo blisko Butrintu).

Tak wyglądają nasze plany. Plan atrakcji tureckiej Bursy

Tak wyglądają nasze plany. Plan atrakcji tureckiej Bursy

Tak wyglądają nasze plany. Plan zwiedzania pozostałości Muru Berlińskiego

Tak wyglądają nasze plany. Plan zwiedzania pozostałości Muru Berlińskiego

Tak wyglądają nasze plany. Plan zwiedzania pozostałości Muru Berlińskiego

Tak wyglądają nasze plany. Plan zwiedzania pozostałości Muru Berlińskiego

Tu już czytamy wszystko, co damy radę znaleźć. I drukowane przewodniki, i Wikipedię, i oficjalne serwisy danych miast, i inne blogi podróżnicze – najczęściej angielskojęzyczne. Zasada jest prosta – mamy kilka (4-5) godzin do wykorzystania i chcemy zobaczyć absolutnie wszystko, co da się zobaczyć w danym mieście. Jeśli miasto jest większe, ograniczamy obszar do starego miasta, a jeśli to metropolia z wieloma atrakcjami… rezerwujemy sobie na nią dwa dni. Tak, bywają w naszych podróżach miejsca, w których spędzaliśmy taki „niby-weekend”, czyli rezerwowaliśmy dwa noclegi na trasie. Tak było m.in. w Paryżu, Barcelonie czy Stambule. Ale akurat w tych miejscach i tydzień byłoby zbyt krótko…

Wszystkie znalezione w takich miejscach punkty warte uwagi nanosimy na screeny z planów danego miasta, wykonane z map Google’a (o tym też będzie we wpisie o aplikacjach używanych w podróży). Mapę każdego takiego miejsca noclegowego zapisujemy w Evernote. Nie wiecie co to Evernote ? Będzie też we wpisie o aplikacjach.

Na koniec tego punktu mamy już: cel wakacji, trasy w tę i z powrotem oraz plan zwiedzania dla każdego miejsca, w którym mamy nocleg. Jesteśmy więc na poziomie naszego doświadczenia z 2012 r. Ale przecież posługujemy się wciąż przykładem z 2013 r. No to rozwińmy nasze planowanie o kolejny etap:

Etap VII – atrakcje pomiędzy punktami noclegowymi

Z czasem po powrotach z naszych podróży okazywało się, że znajdowaliśmy na naszej trasie miejsca, obok których przejeżdżaliśmy. Może nie dosłownie, ale leżały kilkaset metrów – kilka kilometrów w bok od drogi którą przejeżdżaliśmy.Miejsca ważne historycznie, które z pewnością by nas zainteresowały. Miejsca, do których to właśnie my mogliśmy dojechać, ze względu na podróż własnym samochodem. Bywaliśmy w wielkich miastach, do których docierał każdy, a nieświadomie omijaliśmy miejsca, do których to my mogliśmy dotrzeć. Omijaliśmy przewagę swojego sposobu na podróż. Czas to zmienić.

Nie da się uniknąć inspiracji. W konkretnym przypadku podróży do Turcji, dwa jej odcinki to wynik zainspirowania podróżami innych. Informacje o Turcji i jej atrakcjach czerpaliśmy wtedy przede wszystkim z niewyobrażalnego źródła inspiracji, jakim jest serwis TurcjawSandałach. To nie blog, a niemal encyklopedyczny spis ważnych historycznie miejsc w Turcji. Odcinek turecki w 2013 r. to efekt niemal wyłącznie lektury tego serwisu.

Tak wyglądają nasze plany. Plan objazdu tureckiej Troady

Tak wyglądają nasze plany. Plan objazdu tureckiej Troady

Tak wyglądają nasze plany. Plan objazdu monasterów niedaleko Nowego Sadu (Serbia)

Tak wyglądają nasze plany. Plan objazdu monasterów niedaleko Nowego Sadu (Serbia)

Z kolei na serwisie Cro.pl – poświęconym jak nazwa wskazuje, Chorwacji – trafiliśmy wtedy na fascynującą relację z przejazdu wzdłuż… serbskiej części Dunaju. Tak fascynującą, że postanowiliśmy ją powtórzyć podczas powrotu z Turcji. Efekt możecie zobaczyć tutaj. Cała reszta naszej podróży to efekt wyłącznie naszej mrówczej pracy. Jak ona wygląda ?

Mamy już trasę. Mamy główne punkty zwiedzania, w których śpimy. Mamy zarezerwowane noclegi, mamy plany zwiedzania głównych punktów. Szczęście i ulga. A na deser – jeszcze bardziej mrówcza praca. Wertujemy przewodniki, szukając ważnych miejsc na trasie, pomiędzy punktami noclegowymi. Często musimy posiłkować się mapami Google’a, by zlokalizować je konkretnie na mapie, przewodnikom zdarza się zbyt ogólnie podawać dokładne miejsca położenia. A na koniec porzucamy teraz wszelkie przewodniki, Wikipedie i inne informatory. Na chwilę. Bierzemy w obroty wyłącznie mapy Google’a, a dokładniej opcję zdjęć w tychże mapach.

To jest etap, w którym przejeżdżamy wirtualnie całą przyszłą trasę naszej podróży na komputerze. Z większymi miastami na trasie postępujemy jak z tymi, w których śpimy – robimy własną mapkę atrakcji wewnątrz nich (bośniackie Jajce czy Trebinje, albańska Szkodra czy grecka Joanina). A dodatkowo każdy z odcinków przewijamy na mapach Google’a na dużym poziomie zbliżenia, przy włączonej opcji podglądu zdjęć z trasy. Ekran po ekranie przewijamy trasę wzdłuż drogi przejazdu, szukając na zdjęciach interesujących nas miejsc. Co może interesować ? Dosłownie wszystko – zapomniane ruiny czy nekropolie, piękne lokalne świątynie, niezapomniane panoramy. Rzeczy pomijane w przewodnikach, obejmujących najważniejsze i najpopularniejsze atrakcje. Miejsca, które jeszcze bardziej wzmacniają Wasze pasje w podróży.

Tym sposobem odkryliśmy m.in. nekropolię Radimlja w Bośni, ruiny miasta Svac i oryginalne stanowiska rybackie za Ulcinjem w Czarnogórze czy ruiny Bargylii tuż przy miejscowości w której spaliśmy w Turcji. Potrafimy już znaleźć np. mały starożytny rzymski kamienny mosteczek, leżący 4 km jazdy wąską drogą od głównej trasy, gdzieś w środku Czarnogóry. I też tam pojedziemy, a co 🙂

Etap VIII – informacje praktyczne

Planując trasę nie sposób pominąć tematu informacji praktycznych, dotyczących miejsc czy krajów na naszej trasie. Podstawa to oczywiście informacje o wizach – potrzebowaliśmy ich raz, właśnie w Turcji. Da się je załatwić i opłacić przez internet, więc problemu w zasadzie nie ma. Drukujemy wizę w domu na kartce i jedziemy.

Jeżdżąc po Europie samochodem w zasadzie nie przejmujemy się przepisami celnymi, tym co i ile można wwieźć czy wywieźć. Wieziemy maks kilka butelek wina czy jakiejś rakiji, często arbuzy czy melony, nikt o takie rzeczy na granicach się nie czepia. Obowiązkowo zabieramy paszporty, dbając o ich aktualność – minimum 6 miesięcy ważności do przodu od daty ostatniego dnia planowanej podróży.

Sprawdzamy obowiązujące na trasie waluty. Akurat te z Bałkanów czy Turcji są u nas tak egzotyczne, że nie opłaca się ich kupować w Polsce. Zabieramy więc zapas gotówki w euro, wymieniając jakąś sensowną kwotę (powiedzmy równowartość 200 PLN) najszybciej jak się da po wjechaniu do poszczególnych krajów (Bośnia, Albania, Serbia, Macedonia). Zawsze dobrze mieć przy sobie coś na czarną godzinę.

Tak wyglądają nasze plany. Plan wycieczek po Turcji podczas pobytu wakacyjnego (zrealizowany tylko częściowo)

Tak wyglądają nasze plany. Plan wycieczek po Turcji podczas pobytu wakacyjnego (zrealizowany tylko częściowo)

Jeżeli na trasie mamy dużą metropolię, w której z reguły spędzamy dwa dni, warto też poszukać informacji o często stosowanych kartach turystycznych, uprawniających często do darmowej komunikacji miejskiej i wejść do najważniejszych muzeów czy innych atrakcji turystycznych. Akurat w Turcji w 2013 r. takie karty dostępne były wyłącznie dla obywateli tureckich, ale dobrym przykładem może tu być np. Paryż, który odwiedziliśmy w 2012 r. podczas podróży do Hiszpanii.

W Paryżu istnieje tzw. „Paris Museum Pass”, karta turystyczna, wykupywana na 2, 4 lub 6 dni. Uprawnia ona do darmowego wstępu w czasie jej ważności do topowych atrakcji (m.in. Luwru, muzeum d’Orsay, katedry Notre Dame czy Wersalu), w zasadzie zwraca się po odwiedzeniu trzech miejsc. A przede wszystkim daje prawo wejścia bez kolejki do kasy – nie trzeba mówić, jakie ogonki są np. przed Luwrem w szczycie sezonu turystycznego.

To samo dotyczy transportu miejskiego. W Paryżu można wykupić bilet „Paris Visit” na 1,2,3 lub 5 dni i jeździć całym transportem miejskim przez wykupiony czas. Co najlepsze – karty Paris Museum Pass można kupić z Polski przez internet i podać adres hotelu w którym będziemy mieszkać – zostanie ona tam dostarczona w dniu naszego przyjazdu. Dokładnie tak zrobiliśmy i… zapomnieliśmy 🙂 Zaskoczył nas recepcjonista w paryskim hotelu, który przy zameldowaniu wręczył nam czekającą na nas kopertę z kartami.

Etap IX – niespodzianki w podróży

Możemy sobie planować wszystko do ostatniego szczegółu, a i tak trafiają się niespodzianki podczas wyjazdów. Czasem są wynikiem dziur w tym planowaniu, a czasem po prostu nie da się ich przewidzieć.

Sztandarowym naszym przykładem słabego planowania, które skończyło się przyjemną niespodzianką, jest nasz wylot do Rio de Janeiro w lutym 2012 r. Na promocję lotów do Rio trafiliśmy podczas wakacyjnej podróży do Hiszpanii w 2011 r. Rezerwowaliśmy bilety siedząc w hotelu we włoskiej Weronie. Termin wybraliśmy tak, żeby wypadł w ferie zimowe naszych dzieci – miały pojechać do rodziny na czas wylotu dwójki rodziców. No to wybraliśmy ten termin (środa – środa, tak aby w środku pobytu wypadł nam weekend) i odłożyliśmy temat do powrotu do Polski.

Chyba nie jesteście w stanie wyobrazić sobie naszego zaskoczenia, kiedy już w Polsce zaczęliśmy szukać informacji co w tym Rio warto zobaczyć i dowiedzieliśmy się, że akurat w ten jeden jedyny weekend, który spędzimy w Rio, odbywał się tam będzie… słynny karnawał ! 🙂 Tak – na karnawał w Rio polecieliśmy całkowicie przypadkiem i niechcący 🙂 Karnawałowe parady widzieliśmy zresztą w kilku innych miejscach – w czarnogórskim Kotorze, na Malcie czy w… Helsinkach – za każdym razem nie mieliśmy o tym pojęcia, gdy wyjeżdżaliśmy.

Monachium, Allianz Arena - Cristiano Ronaldo

Monachium, Allianz Arena – Cristiano Ronaldo

Helsinki, parada karnawałowa

Helsinki, parada karnawałowa

Inna anegdotka. Francuskie Chamonix-Mont Blanc, przyjeżdżamy bardzo późno do hotelu, przed wejściem do pokoju bierzemy ot tak mapkę miasteczka. Dzieci spać, a my przy piwku otwieramy mapkę i… okazuje się że w Chamonix jest jedna z najwyższych na świecie kolejek linowych, wioząca niemal na wysokość 4000 m, skąd można oglądnąć sobie panoramę Alp ze szczytem Mont Blanc na czele. A my tylko chcieliśmy zobaczyć ten szczyt z hotelowego okna… Rano więc dzieci jeszcze śpią, a my dorośli biegiem do kolejki – obróciliśmy na górę i z powrotem zanim trzeba było się wymeldować z hotelu – i mamy jedne z najbardziej niezapomnianych wspomnień i zdjęć z podróży.

I jeszcze inna. Nocleg w małej wsi pod Monachium podczas wyjazdu do Chorwacji (2010 r.). Na kilka dni przed wyjazdem przypadkiem dowiadujemy się (chyba z telewizji), że dokładnie tego wieczoru w Monachium będzie towarzyski mecz Bayernu z Realem Madryt. Podjeżdżamy pod Allianz Arena „na wariata” i… udaje się kupić bilet od konika. Tak zaliczyliśmy pierwszy nasz mecz w Monachium (później byliśmy tam też na meczu z Barceloną). Dzień później w ostatniej chwili zauważyliśmy, że tuż obok naszej trasy przejazdu leży przepiękna, widokowa trasa na Grossglockner w Austrii. Szybka zmiana trasy przejazdu i znów jedne z piękniejszych widoków w naszych podróżach.

Pewnie dziś kilka z tych rzeczy odkrylibyśmy wcześniej, trochę nasze planowanie się jednak zmieniło przez ten czas, ale to pokazuje, że oprócz głowy, trzeba mieć też choć odrobinę szczęścia w podróży.

Etap X – i tak się nie uda…

Żeby nie było, że wszystko sobie tak planujemy, a dodatkowo spadają na nas przyjemne niespodzianki i dodatkowe atrakcje – często bywa też w drugą stronę. Nie da się przewidzieć wszystkiego. Najczęściej plany burzą nam korki na granicach, szczególnie tych bałkańskich. Teraz już staramy się je założyć w planach, ale bywało i tak, że stojąc po 2-3 godziny na przejściach granicznych, musieliśmy rezygnować z części atrakcji po drodze, bo zastawał nas zapadający zmrok.

Zdarza się też często, że plany mamy przeładowane i w praktyce okazuje się, że nie da się ich fizycznie zrealizować. Tak bywało podczas podróży do Turcji – odpuściliśmy m.in. bośniacki Travnik (zwiedzony w 2015 r.), czarnogórski Ulcinj (także odłożony do 2015 r.) czy albańską Szkodrę (w 2014 r.) po korku na granicy Czarnogóry z Albanią.

Granica kosowsko-albańska

Granica kosowsko-albańska

Stambuł, korek na autostradzie

Stambuł, korek na autostradzie

A czasem psikusa płata nam los. Największego spłatał nam właśnie w 2013 r., kiedy to po drodze padło nam w samochodzie chłodzenie i sporo miejsc odpuściliśmy, bo nie byliśmy w stanie do nich dojechać.

A co, jeśli jedziemy bez planu ?

Była wśród naszych wyjazdów jedna podróż pod względem planowania wyjątkowa – kwietniowa podróż wzdłuż Dunaju w 2015 r. Zorganizowana niemal w ostatniej chwili, niemal w ostatniej chwili była też decyzja, że będzie to wzdłuż Dunaju. Pojechałem na nią samotnie, mając zaplanowany wyłącznie niemiecki odcinek wzdłuż rzeki. Dalej była totalna dziura – a nie zabierałem ze sobą komputera.

Trzeba było sobie więc radzić „po harcersku” – wieczorami śpiąc w samochodzie planowałem dalsze dni przejazdu na… Kindlu. Tak, na czytniku ebooków. W jaki sposób spytacie ? Otóż Kindla da się kupić w wersji 3G, czyli z wbudowaną kartą SIM i ma on wtedy dostęp do internetu. I działa on niemal wszędzie w Europie – bez absolutnie żadnych kosztów przesyłu danych. Bardzo ograniczony – można we wbudowanej przeglądarce internetowej czytać wyłącznie jeden serwis – ale za to jaki przydatny – to Wikipedia. Ślęczałem więc z mapą Dunaju otwartą na komórce w jednej ręce i na Wikipedii czytanej na Kindlu w drugiej. Każde znalezione na mapie miasteczko na trasie „lustrowałem” w Wikipedii (angielskiej, niemieckiej, nieważne – w komórce jest też translator). Da się ? Da – przejechałem niemal cały Dunaj i naprawdę niewiele miejsc znalazłem potem, które mogłem zobaczyć, a pominąłem.

Tak wyglądają nasze plany. Donaueschingen, niemieckie miasto gdzie z połączenia dwóch rzek powstaje Dunaj

Tak wyglądają nasze plany. Donaueschingen, niemieckie miasto gdzie z połączenia dwóch rzek powstaje Dunaj

Podsumowanie

Można taki sposób planowania polubić lub nie, tak samo jak nasz sposób podróżowania. Nam sprawia to olbrzymią satysfakcję i uwalnia od chodzenia w ciemno lub planowania już na miejscu. Oszczędza nam czas w podróży i daje komfort poruszania się niemal „w ciemno” w miejscach, do których przyjeżdżamy. Wieziemy ze sobą mapki z zaznaczonymi hotelami, parkingami i wartymi zobaczenia atrakcjami.

Czasem plan przeładujemy, czasem czegoś nie zauważymy, czasem odwrotnie – na miejscu znajdziemy coś, czego nie planowaliśmy. Zdarza się nam zmieniać plany w trakcie podróży. Ale raz zrobiony porządny „risercz” procentuje w kolejnych podróżach. Po miejscach, które zaznaczyliśmy sobie w 2013 r. jako warte zobaczenia, podróżujemy do dziś – na Bałkanach byliśmy już trzykrotnie. Te miejsca, które nie zmieściły się nam na trasie w 2013 r., składamy w trasy kolejnych wakacyjnych wyjazdów. Wszystkie zapiski poczynione w 2013 r. przydały się nam w kolejnych wyjazdach – dzięki temu ich planowanie było dużo szybsze.

 

Inne wpisy z: Podróżnicze zaplecze

Macedonia, rakija, którą poczęstowali nas gospodarze na przywitanie

"Kofi, dżus, rakija?". Takim pytaniem witał nas pewien czarnogórski gospodarz w pewnym pięknym miasteczku nad Boką Kotorską. Pytał nas o to konsekwentnie za każdym razem, gdy wychodziliśmy z pokoju, nawet tuż po przebudzeniu o 7-mej rano. A przecież my za chwilę wyjeżdżaliśmy w dalszą drogę...

Evernote na komputerze, tu plan podróży po północnej Chorwacji (2015)

Kontynuujemy nasz mini-cykl o kwestiach, związanych u nas z podróżowaniem, a nie będących bezpośrednio "esencją" podróży. Tym razem będzie o tym, jak i do czego wykorzystujemy internet i tzw. nowoczesne technologie.

Boğaziçi, resort Lakeside Garden

Coroczny rytuał. Nadchodzi pewien zimowy lub wiosenny dzień, kiedy włącza się u nas myślenie - "co z wakacjami ?". I choć co roku ścieżka planowania bywa podobna, to jednak w miarę zwiększania się bagażu doświadczeń z lat poprzednich, planowanie robi się coraz bardziej zawiłe. Ale też coraz bardziej ekscytujące.

 

Dodaj komentarz